Kilka tygodni temu Rhys Marsh, jako 'Rhys Marsh & Mandala', wydał swój nowy album zatytułowany „Until The End Of Time”. Jest to mroczna, epicka i wielowątkowa muzyczna podróż, która zgłębia tematykę straty i miłości.
Z utworami o długości od dziesięciu do osiemnastu minut, pejzaż dźwiękowy albumu jest w dużej mierze zdominowany przez majestatyczne syntezatory analogowe, a jego dynamika jest rozległa i charakterystyczna dla ekspresji znanej z wcześniejszych albumów Marsha (na naszym portalu omówiliśmy szereg płyt tego artysty, na czele z niedawno wydanym krążkiem „Towards The West” z 2023 roku) - od cichego szeptu po potężne ściany dźwięku.
Rhys Marsh wydał w przeszłości jedenaście albumów – zarówno solo, jak i jako wokalista i autor tekstów w różnych zespołach – a to jest trzeci album firmowany wspólnie z Mandalą. Zespół Mandala, założony w Londynie w 1997 roku, przez lata koncertował w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i Ameryce Północnej, grając w kultowych miejscach, takich jak CBGB w Nowym Jorku i The Marquee Club w Londynie. Połączenie folku, muzyki noir, rocka progresywnego i psychodelii – wszystko otulone nastrojowymi i dynamicznymi melodiami Marsha – zdobyło uznanie i stało się hitem w wielu krajach, a ich single znalazły się na playliście Radio Caroline i osiągnęły sukces na listach przebojów iTunes w Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Pisali o nich najbardziej renomowani krytycy, którzy nazwali brzmienie Mandali „kalejdoskopem progresywnego, psychodelicznego i folkowego brzmienia” i chwalili ich „ostre klimaty i melodie z nutą Wschodu” (The Independent), The Guardian określił ich muzykę mianem „folk-noir”, a Time Out wyróżnił ich „przepełnione melancholią melodie”.
„Until The End Of Time” to album, którego trzeba słuchać od początku do końca. Utwory są długie, a tematy rozwijają się powoli, kaskadowo i nieśpiesznie. Płyta zawiera dialogi i słowa mówione w trzech językach: angielskim, norweskim i walijskim. Odpowiedzialni są za nie członkowie rodziny głównego kompozytora: Silje Marsh, Daniel Leirvik-Marsh i Shirley Marsh. A sam Rhys Marsh, który wykonuje główne partie wokalne, gra na gitarach, obsługuje melotron oraz pokaźną baterię instrumentów klawiszowych twierdzi, jako autor, że jest jeden wers, który najlepiej podsumowuje ogólny nastrój albumu:
„Królestwa wieczności
Przyprowadzą cię tutaj
Aż do końca czasu
Gdzie nicość
Prowadzi nas w wieczność”.
Płytę wypełnia pięć długich kompozycji. Pięć monumentalnie i mocarnie brzmiących utworów utrzymanych w mrocznym, depresyjnym klimacie. Nic dziwnego, wszak ten mroczny album porusza tematykę straty i miłości. Robi to w sposób przekonywujący, stawiając na końcu tezę, że nawet kiedy tracisz kogoś, kogo kochasz, to nadal go/ją kochasz aż do końca świata… Rhys Marsh umiejętnie buduje atmosferę, która sprawia, że muzyka przez cały czas ma pompatyczny wydźwięk, często graniczący z delikatnością, ale też i klasycznym doomem. Można odnaleźć też pierwiastki post rocka (dzięki długim narastającym strukturom dźwiękowym), a także elementy rocka progresywnego (z porywającymi melotronami), a nade wszystko głębokie poczucie melancholii i wycofania. Rhys i Mandala grają ciszą i hałasem. Liryką i ekspresją. Królująca przez cały czas atmosfera orkiestrowej monotonii daje odbiorcy przestrzeń do refleksji, marzeń i dryfowania w dal. Album konsekwentnie tonie w morzu łez i melancholii. No i powiem Wam, że to działa. I to nadspodziewanie dobrze! Muzyka przez cały czas trzyma uwagę odbiorcy w napięciu i w efekcie po godzinie (album trwa prawie 63 minuty bez kilku sekund) tych intensywnie mrocznych dźwięków wiemy, że mamy do czynienia z albumem tyleż angażującym, co interesującym, a przede wszystkim wciągającym i hipnotyzującym.
