mlwz - edunitsky - banner - facet

Vintage Caravan, The - Portals

Rysiek Puciato

Można powiedzieć, że historia powstania i działalności tego zespołu to niemal gotowa opowieść o młodzieńcach, którzy postanowili założyć zespół muzyczny i to w dodatku w krainie lodu i zórz polarnych – Islandii. Zespół The Vintage Caravan powstał w 2006 roku z inicjatywy szkolnych przyjaciół Óskara Logi Ágústssona (gitara i wokal) oraz Guðjóna Reynissona (perkusja). I potem poszło jak z płatka. Debiutancki album zespołu, zatytułowany „Voyage”, ukazał się w 2011 roku, a następnie w 2014 roku ukazał się drugi album… „Voyage”. Nie, nie ma tu pomyłki, bowiem album z roku 2011 został wydany przez wytwórnię Sena, a później ponownie w roku 2014 wydany przez Nuclear Blast, która kontynuowała działalność wytwórni Sena. Okazją do jego wznowienia było kolejne wydawnictwo zespołu, czyli trzeci album pt. „Arrival” w 2015 roku i potem czwarty „Gateways” z roku 2018. Wreszcie w 2021r. ukazał się piąty album pt. „Monuments” i pewnie byłoby ich jeszcze więcej i zagubiłyby się gdzieś w odmętach mnogości produkcji muzycznych, które pojawiają się na rynku.

Przełomem i niezmiernie ważnym momentem dla zespołu okazał się rok 2019, kiedy to promując swój czwarty album „Gateways” The Vintage Caravan został supportem grupy Opeth na trasie koncertowej „In Cauda Venenum”. Okazało się, że ich retro progresywno-rockowy styl i… młody wiek zaowocowały wzrostem popularności i szerszą promocją. Nie bez znaczenia była także, jak się wydaje, przyjaźń z zespołem Opeth, bowiem jego wokalista Mikael Åkerfeldt użycza swojego głosu w jednym z utworów na najnowszym wydawnictwie Islandyczków pt. „Portals”, które ukazało się pod koniec września tego roku.

Najnowszy album ponownie pokazuje, że muzyka zespołu ciągle się rozwija wydobywając z, zdawałoby się, przebrzmiałych dźwięków nowe barwy. Mieszanka rocka psychodelicznego, bluesa, retro proga i lekko hardrockowych riffów zawarta na tym albumie po raz kolejny wciąga i zmusza do słuchania, stając się pozycją z cyklu „must listen” dla wszystkich fanów starych brzmień. I nie jest to wynik mody na styl vintage, na ładnie wyglądające w materiałach promocyjnych zapisy o analogowym sprzęcie, minimalnym miksie czy oryginalnych, starych instrumentach. Nie jest to też nowość w ich sposobie grania. Gitara Óskara Logi Ágústssona brzmi rzeczywiście vintage’owo, sposób śpiewania zaś wpisuje się w brzmienia takich wokalistów, jak David Coverdale czy Ian Gillan. Oprócz Óskara obecny skład zespołu tworzą basista Alexander Örn Númason (dodatkowo grający na syntezatorach) i perkusista Stefán Ari Stefánsson. A sama płyta jest pod względem strukturalnym przygotowana nietuzinkowo.

Co prawda krążek rozpoczyna się od bardzo mocnego akcentu – utworu „Philosopher” ze wspomnianym już udziałem Mikaela Åkerfeldta, ale wydaje mi się, że należy najpierw zwrócić uwagę na utwory (bo jest ich aż pięć) występujące pod tym samym tytułem – „Portal”. To krótkie interludia trwające od dziewiętnastu sekund do niespełna dwóch minut, które są z jednej strony zapowiedzi następujących po nich dłuższych kompozycji, a jednocześnie ich psychodeliczno-kosmiczne brzmienie oparte na syntezatorach jest zasygnalizowaniem zmian nastrojów. Pewnym wyjątkiem od tej reguły jest utwór „Portal V” – najdłuższy ze wszystkich. Ten mógłby z powodzeniem stanowić jakiś osobny fragment dłuższej elektroniczno-psychodelicznej kompozycji.

Jaka jest ta płyta? Jakby wyjęta z innej epoki, choć posługująca się całkiem współczesnym sposobem aranżacji i komponowania. „Philosopher” – pierwszy utwór z płyty i zarazem drugi singiel, to dobry hardrockowy utwór z nieco bardziej współcześnie brzmiącym, bardziej melodyjnym wokalem. Hardrockowe brzmienie gitary jest osłodzone miękkimi brzmieniami syntezatorów, choć nie brakuje tu tzw. mocnego uderzenia, które powinno zadowolić fanów Zeppelinów czy Purpli, a jednocześnie umiejscowić grupę The Vintage Caravan w gronie takich współczesnych grup, jak Graveyard, Blues Pills, Rival Sons, Monkey3 i Kadavar.

„Days Go By” – drugi z dłuższych utworów - to dominacja ciężkiego i pulsującego rytmu szatkującego utwór w dobrze znany z lat 80. rockowy sposób. Następny, „Here You Come Again”, co prawda rozpoczyna się ciszej, spokojniej, ale wraz z pierwszymi dźwiękami gitary pojawiają się znacznie cięższe brzmienia, które umiejętnie tworzą hardrockowy podkład dla linii wokalnej i porywającego solo gitary.

Zmianę tempa i zmianę brzmienia przynosi szósta kompozycja – „Current”. To wspaniały bluesowy kawałek wciągający swym narracyjnym brzmieniem i mieszanką melodyjnych klawiszy i wyrazistego solo gitary. Balladowy charakter, bluesowe brzmienie, organy – toż to gotowa recepta na dobrą kompozycję, choć ostra końcówka może zaskoczyć.

Wraz z siódmym utworem – „Give And Take” – zespół wraca na dobrze wypracowane drogi hard rocka. To chyba najbardziej zbliżony do klasycznych hardrockowych brzmień utwór. Pulsuje dźwiękami Deep Purple z dodatkiem całkiem współczesnych chórków.

Jest też coś dla miłośników retro-progresywnych brzmień. Kompozycja „Crossroads” dzięki rozedrganej solówce gitary brzmi progresywnie, czarując to mocą, to łagodnością. Dodając do tego melodyjną rozciągłość otrzymujemy interesujący utwór czarujący słuchacza przez prawie pięć minut. Podobnie jest z kompozycją „Alone”. Melodyjny początek, mocniejsza gitara i wpadający w ucho refren. Brzmi… radiowo, a solo gitary w trzeciej minucie – wyborne!

Utwór „Freedom” ma moc wciągania stóp w niekończące się przytupywanie, w narzucający się od pierwszego momentu rytm. Rytm, rytm, rytm i prosta aranżacja - to najkrótsza charakterystyka tej piosenki.

Jeżeli pomyśleli Państwo, że to taka zwykła hardrockowa płyta w starym stylu to proszę z uwagą posłuchać utworu „Riot”. „(…) „Riot” przyszedł mi do głowy we śnie. To jedyny raz, kiedy mi się to przytrafiło” – zdradza wokalista i gitarzysta Óskar Logi Águstsson - „(..) Obudziłem się około 7 rano, nucąc pierwsze dwa riffy i bardzo mi się to spodobało. Pomyślałem sobie: „Pójdę jeszcze trochę spać, a potem popracuję nad tym”. Potem znowu się obudziłem i zapomniałem głównego riffu, co było okropne i próbowałem sobie przypomnieć ten schemat przez cały dzień, aż w końcu się poddałem i poszedłem spać. Właśnie, gdy zasypiałem to do mnie wróciło! Na szczęście! Utwór jest energiczny i ciężki. Tekst został zainspirowany zamieszkami w Anglii w 2024 roku. W tamtym czasie koncertowaliśmy po kraju i myśl o uwikłaniu się w zamieszki była dla mnie bardzo surrealistyczna. Wiedziałem, że nie poradziłbym sobie w takiej sytuacji, więc to właśnie zainspirowało mnie do napisania tekstu. Mam nadzieję, że „Riot” przypadnie Wam do gustu i pamiętajcie: nie wszczynajcie zamieszek, po prostu posłuchajcie tego utworu”.

Czy potrzebują Państwo nieco oddechu? Jeżeli tak, to zapewnia go kompozycja „Electrified” – organowa, wpadająca w ucho, z wyraźnym podziałem na zwrotki i refren, z miękkimi gitarami. To drugi gotowy potencjalny radiowy hit.

Po ośmiu hardrockowych kompozycjach, dziewiąta to wspaniała ballada z gitarą akustyczną, fletem i lekkim podkładem syntezatorów. „My Aurora” z jej kojącymi, lekko bluesowo-countrowymi momentami wskazuje, że zbliżamy się do zakończenia płyty, otrzymując trzy i pół minuty muzycznego wytchnienia. To jednocześnie taki brzmieniowy „rodzynek” na tej płycie.

Całość kończy się zeppelinowsko. „This Road” – ostatnia kompozycja na tym albumie ponownie porywa rytmem i charakterystycznymi brzmieniami w stylu retro. Ponownie obecni są Purple, Zeppelini, może The Doors… Jest cały ten retro-rock.

Nie mogę powiedzieć, że jest to płyta dla wszystkich. Nie jest. To krążek dla retro-fanów, lecz nie tych, którzy nie chcą lub nie potrafią wyjść poza erę wspominanych Purpli i Zeppelinów. To płyta dla nowych retro-fanów, tych, którzy są gotowi poeksperymentować i spróbować jakby to było, gdyby połączyć „stare” dźwięki z nowymi aranżacjami, nowym spojrzeniem na muzykę. To także dobry przykład dla młodych słuchaczy, którzy odwracają głowy na samo wspomnienie o czymś z łatką „retro”. Na tej płycie owo „retro” brzmi całkiem współcześnie i udowadnia, że nie jest jakimś nudziarstwem czy zatęchłą pozostałością ze starych wieków.

I ponownie na koniec pozwolę sobie pomarzyć: jak by to brzmiało na koncercie? Pewnie wybornie, bowiem zespół The Vintage Caravan ostatnio brał udział w festiwalach Wacken Open Air i Hellfest i zyskał tam niesamowicie ciepłe przyjęcie...

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski