mlwz - edunitsky - baner - motyl

Lindberg, Jonas & The Other Side - Time Frames

Rysiek Puciato

O swoim najnowszym albumie pt. „Time Frames” jego autor, Jonas Lindberg, mówi tak: „(…) Time Frames odnosi się do albumu tworzonego w ramach wielu krótkich terminów. W pewnym sensie gitary zostały nagrane w tym właśnie czasie, a miksy musiały zostać ukończone w tym samym czasie. Poprzedni album powstał podczas pandemii, kiedy wszyscy mieliśmy mnóstwo wolnego czasu, tym razem musieliśmy go tworzyć, jednocześnie żonglując wszystkimi innymi rzeczami”. Przekładając to na „nasze” można by określić to wydawnictwo jako powstałe w tzw. międzyczasie - gdzieś, kiedyś pomiędzy innymi „ważniejszymi” obowiązkami muzycznymi i mogłoby się wydawać, że taki sposób powstawania mógłby rzutować na jego jakość, że to, co powstało szybko, jakoś tak „pomiędzy”, może brzmieć gorzej. Nic bardziej mylnego. To album porywający, pełny wspaniałych i wciągających melodii oraz pokazujący perfekcje wykonawczą wszystkich muzyków. Tym razem Jonas Lindberg, który gra na gitarach, basie, klawiszach, mandolinie, ukulele i do tego jeszcze śpiewa, do udziału w najnowszym płytowym przedsięwzięciu zaprosił dodatkowych wokalistów - Jonasa Sundqvista i Jenny Storm grającą na instrumentach perkusyjnych Marię Olsson, dodatkowych gitarzystów - Callego Schonninga, Nicklasa Thelina i Joela Lindberga oraz perkusistę Jonathana Lundberga. Ważnym gościem na płycie jest też skrzypaczka Conny Lindgren. W takim składzie powstało to trzecie już z kolei wydawnictwo sygnowane nazwą „Jonas Lindberg & The Other Side”. Trzy lata po poprzednim albumie „Miles From Nowhere” oraz dziewięć lat po pełnowymiarowym debiucie „Pathfinder” otrzymaliśmy nowy krążek z siedmioma utworami z których dwa (pierwszy i ostatni) trwają dobrze ponad dziesięć minut.

„Na tym albumie od początku sesji postanowiłem sam zagrać na większości instrumentów w podkładach. Pomysł był taki: jeśli potrafię, to zagram. Ale zostawiłem wiele rzeczy, o których wiedziałem, że inni zagrają o wiele lepiej ode mnie i pozwoliłem im na to (haha)” – komentuje Lindberg. I dobrze, że tak się stało,bowiem jeżeli od pierwszego dźwięku słychać, że to nowe wydawnictwo z jednej strony jest kontynuacją poprzednika, to z drugiej - różni się od niego co do muzycznego rozmachu, bardziej symfonicznych melodii i, przede wszystkim, słychać w każdej z kompozycji jakąś większą dojrzałość, jakąś zwiększoną muzyczną perfekcję. Całość nie tylko dorównuje wydawnictwom takich tuzów szwedzkiej muzyki progresywnej jak Karmakanic czy The Flower Kings, ale kreuje nową muzyczną jakość. Wydaje mi się, że uważny słuchacz znajdzie tu dźwięki kojarzące się zespołami rocka symfonicznego i muzyki folk (a nawet zaryzykuję stwierdzenie: „muzyki świata”) oraz prog metalu, lekkiego ambientu i wreszcie prostego, zwyczajnego, ale jakże melodyjnego, rocka.

Już pierwszy z utworów – trzynastominutowy „End of the Road” - otwiera bramy progresywnego nieba. Dostarcza, jak mi się wydaje, wszystkiego, co potrzebne do muzycznego szczęścia fanowi gatunku: panuje tu eteryczna atmosfera, jest skandynawski duch, słyszalne są dźwięki zaczerpnięte z rocka symfonicznego oraz napięcie, które towarzyszy każdej frazie, każdemu riffowi i akordowi. Można sobie tylko, słuchając tego utworu, zadać pytanie parafrazując tytuł: jeżeli taki jest koniec muzycznej drogi na tej płycie, to co będzie dalej? Wspaniale wypada wokalna mieszanina głosów i sposobów śpiewania. Mamy tu chórki, duety, mocniejsze, metalowo brzmiące i gardłowe frazowanie oraz bardzo dobrze pasujący, typowo AOR-owy, timbr. Całość jest trzymana w ryzach przez umiejętnie wplecioną grę klawiszy. Jednym zdaniem można określić te szybko mijające trzynaście minut jako doskonałe połączenie rocka symfonicznego z typowym AOR-owskim frazowaniem.

Zupełnie inaczej jest w przypadku drugiego utworu. „Someone Like Me” to zwięzła pięciominutowa piosenka w stylu folkowym. Akustyczna gitara w połączeniu z linią wokalną w wyższych rejestrach tworzą bezpretensjonalną, prostą piosenkę. Jednak proszę dokładniej przysłuchać się wątkom pojawiającym się w drugiej minucie. Wzrasta napięcie, podnosi się emocjonalna moc i pojawiające się słowa: „(…) Niesamowite, że wiesz, co robić. / Zawsze blisko, zawsze tam, kiedy na ciebie patrzę. / Kiedy się do ciebie uśmiecham, ty odwzajemniasz uśmiech. / Kiedy się ruszasz, po prostu się śmieję i zaczepiam cię”… Nabierają one nowego, radosnego znaczenia, stając się jakby swoistym hymnem na cześć radości płynącej z obcowania z drugim człowiekiem.

Ale wracajmy do rocka symfonicznego. Jest to o tyle proste, bo trzecia kompozycja pt. „Faces Of Stone” to doskonały przykład symfonicznej maestrii. Pomimo akustycznej gitary i balladowego wokalu na początku, z chwili na chwilę ten utwór nabiera coraz to odważniejszej symfonicznej barwy i ciężaru gatunkowego. Rozwija się niczym lot komety na niezmierzonym nieboskłonie. Jest cała potrzebna energia, wszystkie niezbędne emocje i siła potrzebna do ujawnienia muzycznego polotu. A powtarzający się motyw muzyczny w refrenie można nucić z powodzeniem.

Jeżeli poprzedniej kompozycji udało się wprowadzić Państwa na szlak kosmicznej komety zgrabnie poruszającej się po symfonicznych bezdrożach, to utwór „Galactic Velvet” już samym tytułem wydaje się wskazywać na jej dalsze trwanie. Początek elektroniczny, początek melodyjny, początek bardzo skupiony na kolejnych dźwiękach oraz słowach:

„(…) Płynąc rzeką ciemności

Wirując w świetle

Przez wir nocy

Zaginając wszystkie fragmenty rzeczywistości

Wliczając gwiazdy w chmurze

Zamieszkiwane przez nieznane dotąd stworzenia”

Delikatny żeński wokal w wykonaniu Jenny Storm i wspaniała gra klawiszy - nic więcej nie potrzeba. Efektem tego zjednoczenia jest kolejna wspaniała piosenka o radości odkrywania, radości przeżywania zwykłego szczęścia. To pogodna piosenka o szczęśliwej podróży, a elementy muzyki folkowej dodają jej niesamowitej lekkości. I tylko szkoda, że tak szybko mija te dziewięć minut, bo kończąca utwór solówka gitary mogłaby trwać i trwać. A wokalna delikatność mogłaby wodzić nas na przysłowiowe pokuszenie.

Gruvan – to największa w Szwecji kopalnia minerałów. „Gruvan” to zarazem tytuł kolejnej kompozycji z tej płyty, tym razem instrumentalnej. Nie wiem czy jest jakikolwiek związek pomiędzy wielkością złóż mineralnych, techniczną strukturą przeogromnych szybów kopalnianych, trudem pracujących tam ludzi, a utworem, który swoją zmiennością stylizacyjną bardzo pozytywnie zaskakuje. W każdej z ośmiu minut stykamy się z innym motywem muzycznym. Ten konglomerat emocji tworzy wspaniałą kompozycję, która przyciąga uwagę narastającą chęcią odszyfrowania muzycznych pomysłów jej twórców. Może to bardzo emocjonalny opis widoku, jaki zarysowuje się patrząc na kopalnie Gruvan, a może jest to po prostu tytuł grający na wszystkich możliwych skojarzeniach? Najważniejszy jest wspaniały muzyczny efekt jaki dostajemy – muzyczną doskonałość.

Co zwykle nas ogranicza w muzycznych podróżach…? Czas. Przedostatnia kompozycja, „Running Out Of Time”, jest właśnie o tym: „(…) Zawsze w biegu / Wiruję jak tancerka /(…) Czekam na odpowiedź”. Czas… upływ czasu, brak czasu, nieuchronność płynącego czasu: „(…) Poczuj wiatr wiejący w twarz / Biegniesz, jakby jutra miało nie być / Wydaje się, że przegrywasz cały ten wyścig / Z powodu desperacji i smutku”. Mimo podskórnego smutku to bardzo wesoły utwór pokazujący aranżacyjna maestrię twórców. Są melodyjne refreny, ocierające się o prog metal solówki, zwykłe rockowe riffy i czuwające nad wszystkim brzmienia klawiszy. Wspaniała piosenka na każdą okazję.

To wydawnictwo rozpoczyna utwór trzynastominutowy, a kończy kompozycja… siedemnastominutowa pt. „The Wind”. Pozwolą Państwo, że nic o niej nie napiszę. Nie mam wystarczającej ilości słów, aby oddać choć w minimalnym stopniu jej muzyczną doskonałość. Jest to w mojej opinii muzyczny brylant najwyższej próby. Słychać w nim wszystko co lubię w rocku progresywnym: delikatność ballady, moc gitar, melodyjność klawiszy, przełamywane rytmy, głębia tekstów, symfoniczny rozmach, płynna moc aranżacji i… kołyszący podmuch niezwykłej atmosfery. Nic więcej nie powiem… Słowa i tak tu nie wystarczą.

Płyta „Time Frames” ukazała się 7 listopada. Przewróciła, po raz kolejny, moją muzyczną układankę. Ponownie mój progresywny świat ewoluował w kierunku… bardzo frapującym. Poddałem się tej „burzącej” fali i nie żałuję. To trzecie pełnowymiarowe wydawnictwo sygnowane nazwą Jonas Lindberg & The Other Side. To zarazem wydawnictwo z mojej prywatnej pierwszej trójki tego roku, ale nie uprzedzajmy faktów. Mój muzyczny, progresywny świat ciągle ewoluuje, a do końca roku jeszcze przecież tyle niezwykłych muzycznych chwil. Jestem gotowy na kolejne zawirowania i zmiany, oczekuję ich z radością, uprzyjemniając sobie chwile tą niezwykłą płytą. Czego i Państwu życzę.

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski