Pozwolę sobie zacząć tę recenzję od słów, które napisałem w zeszłym roku przy okazji omawiania innej płyty (Ensio & Kusiset Tassut pt. "Valo Rakoilee Ikkunassa"): „(…) Gdyby przez przypadek trafiła w Państwa ręce ta płyta, to znak, że tak miało być. I nie chodzi tu o jakieś przeznaczenie czy fatum, ale o to, że musieliście szukać dźwięków tak mocno zakorzenionych w muzyce progresywnej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, że można by powiedzieć o muzycznym odkryciu archeologicznym, o znalezieniu zagubionej płyty nieznanego autora, która została nagrana w tamtych latach. I jeśli jesteście tzw. „przypadkowym przechodniem”, który ot, znalazł się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu, by posłuchać tego, co bohater dzisiejszego opisu ma do muzycznego opowiedzenia, to jest możliwe, że zostaniecie z tą płytą na dłużej”.
Dlaczego tak? Jest kilka przyczyn. Ta najprostsza, to fakt, że oba zespoły - Ensjo & Kusiset Tassu oraz Featherfoot - pochodzą z Finlandii. Druga, że ich wydawnictwa to „nowoczesny zabytek”, „archeologiczne” zjawisko w morzu nowoczesnych dźwięków, zmasowanych ataków różnej maści eksperymentalnych i alternatywnych wydawnictw z jednej strony i zwyczajną muzyczną szmirą - z drugiej. Trzecia, to fakt, że po prostu lubię takie krążki. Przypominają mi bowiem, że nie zawsze trzeba szukać czegoś nowego, czegoś tak specyficznego, że aż trudnego do zrozumienia, że czasami wystarczy po prostu zagrać proste dźwięki, by zdobyć całkowitą uwagę słuchacza.
Nie potrafię powiedzieć czy nazwa zespołu – Featherfoot - odnosi się do aborygeńskiego czarownika, który używa specjalnych butów, aby poruszać się bezszelestnie i niezauważalnie, często w celu wymierzenia duchowej kary. Może została wzięta z książki „After Man: A Zoology Of The Future”, gdzie występuje fikcyjne zwierzę wypluwające pienistą substancję w ramach mechanizmu obronnego? Niezależnie od tego jaki jest źródłosłów nazwy grupy jej debiutancki album nie jest ani karą, ani żadnym z mechanizmów obronnych. Przed nią nie musimy się bronić. Tej płyty należy po prostu słuchać i słuchać i słuchać. Pięć utworów, tylko trzydzieści pięć minut wszechogarniającego spokoju, który otula słuchacza szczelnym kordonem prostych dźwięków. Panowie: Ville Repo (wokal, gitara), Janne Kuosmanen (gitara), Jani Viljakainen (bas), Joni Rantanen (perkusja) i Aleksi Raappana (perkusja) po prostu grają jakby nie chodziło o nagranie jakiegoś wyjątkowo brzmiącego albumu, a o proste jammowanie. Bo tak było w istocie. Początki zespołu sięgają bowiem 2011 roku, gdy Janne (gitara), Jani (bas) i Joni (perkusja) rozpoczęli wspólne granie, by chwilę potem zniknąć, rozpłynąć się w niebycie aż do roku 2020. I nawet wtedy nic nie zapowiadało powstania debiutanckiej płyty. Prace nad jej powstaniem rozpoczęły się dopiero w roku 2024. A jej wynik pojawił się 10 października br.
Pierwsze dźwięki utworu „Powder Room” to sześć minut instrumentalnego jammowania „przeprogramowanego” na kompozycję, którą rozpoczyna leniwa i nieporadna gitara, do której dołącza sekcja rytmiczna. Bez pośpiechu, bez zbędnego natężenia dźwięków. Proste solo gitary obudowane podkładem kroczącego basu i cichej perkusji. Całość krąży wokół powtarzających się motywów muzycznych to przyspieszając, to zwalniając, budując w ten sposób atmosferę lekkiej nerwowości, którą natychmiast „gaszą” spokojne, psychodelicznie brzmiące solówki. Nie ma żadnego pośpiechu. Słychać tylko całkowite poddane się tej atmosferze.
W utworze „Dissension” do niespiesznej gry instrumentów dochodzi wokal. Ten zabieg dodaje całości piosenkowego charakteru i w miejsce instrumentalnego jammowania dostajemy, w sumie, prostą piosenkę, która rozbrzmiewa z iście indierockową werwą, A melodyjność refrenu sprawia, że można się zasłuchać. Ale jedno się nie zmienia: dalej nie ma tu żadnego pośpiechu.
„Sonic Silk” podąża na Bliski Wschód. Egzotyczna gitara, smyczki i rodząca się z sekundy na sekundę orientalna, psychodeliczna atmosfera, która jednak traktuje elementy orientalne jedynie jako dodatki wzmacniające swoistą transowość tego utworu. Ponownie mamy do czynienia z niespiesznym utworem łączącym wspomnianą orientalną transowość z gitarową psychodelią i szeptanym wokalem. Prosta gra gitar i to wystarczy.
„Amplified Flowers” może stać się numerem 1 na listach przebojów w radiostacjach nastawionych na muzykę świata, indierockowy pop czy po prostu dobry, lekko pachnący balladą rock. Nie, nie brakuje tu psychodelicznej przyprawy, dźwięków z lat 60. i wciągającego, transowego rytmu. To łącznie osiem i pół minuty gwarantowanej radości ze słuchania.
Płytę kończy utwór „Flood”. Rockowo-popowy aranż sprawia, że ostatni utwór z tego krążka brzmi niczym beztroska piosenka z elementami rytmów typowych dla muzyki reggae. Nie zatracając swojej psychodelicznej transowości dostajemy melodyjny, nieco odstający od poprzednich, ale utrzymany w tonacji całej płyty, utwór dający wytchnienie po minutach spędzonych w podróży po nieoczywistym świecie muzyki grupy Featherfoot.
Oczywiście nie jest to płyta progresywna. To pięć utworów zanurzonych jest w transowo-psychodeliczny świat prostej przyjemności i niespiesznego grania muzyki „zwyczajnej”. Muzyki bez eksperymentów, muzyki prostej, codziennej i jednocześnie pozwalającej na mentalną podróż w krainę „zwyczajnych” dźwięków. Proste dźwięki, prosta przyjemność, proste życie… Tak, czasami tego brakuje. Dlatego znajdując takie wydawnictwa warto poświęcić im chwilę i pozwolić, by wciągnęły nas w swój świat, bo może w ten sposób znajdziemy się w świecie, w którym dotychczas nie byliśmy, którego dotychczas nie znaliśmy, który może się nam na tyle podobać, że zostaniemy w nim na dłużej?
