„Ten podwójny album to najbardziej szczery obraz tego, kim jesteśmy na scenie: energii, emocji i głębokiej więzi z publicznością. Chcieliśmy dać naszym fanom szansę na ponowne przeżycie tych wyjątkowych nocy, kiedy tylko zechcą. „Live Voyager” to nie tylko album – to prawdziwa podróż z nami” – tak powstanie najnowszego koncertowego albumu komentuje założyciel i klawiszowiec grupy Barock Project, Luca Zabbini.
„Live Voyager” – taki jest pełny tytuł tego dwupłytowego albumu. Jest to już drugie wydawnictwo live zespołu po wydanym w roku 2016 albumie „Vivo”, który zawierał nagrania z koncertu w Mediolanie. A zarazem to już dziewiąty pełnometrażowy krążek w dorobku tego włoskiego zespołu.
Już sam tytuł tego wydawnictwa podpowiada, co się na nim znajduje, choć nie wypełnia go w całości. W zapowiedziach wydawniczych tego albumu można było wyczytać następującą informację: „(…) „Live Voyager” zawiera 15 utworów wykonanych wyłącznie na żywo, co zapewnia autentyczne i angażujące doświadczenie, oddające energię zespołu na scenie. Lista utworów zawiera znaczną część materiału z najnowszego albumu „Time Voyager”, a także najważniejsze utwory, które naznaczyły artystyczną podróż Barock Project na przestrzeni lat”. Nie jest to koncertowa kopia albumu „Voyager”, choć utwory z tej właśnie płyty stanowią znaczną część setlisty, jaką zespół wykonywał podczas koncertów. Jego cechą charakterystyczną jest fakt prezentacji kompozycji z tego albumu w surowym i mocniejszym wydaniu niż na płycie studyjnej, co powinno zainteresować dotychczasowych fanów grupy, do których się bezwzględnie zaliczam, a być może pokazać tym, którzy zespołu jeszcze nie znają, że Barock Project to bez trzech zdań „zespół koncertowy”. Zresztą sami muzycy zachęcają do słuchania w taki sposób: „(…) „Live Voyager” to nowy rozdział w historii zespołu, łączący przeszłość z teraźniejszością w jednym muzycznym świadectwie, przeznaczonym zarówno dla wieloletnich fanów, jak i tych, którzy pragną doświadczyć intensywności naszego brzmienia na żywo”.
Proponuję zatem na nic nie czekać, tylko od razu zabrać się do słuchania. Zespół przygotował niemałą porcję muzyki – dwie płyty, piętnaście utworów, ponad sto minut muzyki. I to co od razu rzuca się w oczy, to fakt, że rzeczywiście zarejestrowany koncert promował ostatni album grupy „Time Voyager” i w zasadzie jego repertuar obejmuje poza nim dwa wcześniejsze wydawnictwa: „Detachment” z 2017 roku, „Skyline” z 2015 i zagrany na bis utwór „Fool’s Epilogue” z albumu „Coffe In Neukölln”, który ukazał się w roku 2012.
Tak jak na płycie, tak i podczas koncertu pierwszym utworem była kompozycja „Carry On”. Od pierwszej sekundy słychać, że ten koncert nie będzie brzmieniową kopią albumu studyjnego. Nie wiem jak udało się to zespołowi, ale od pierwszego dźwięku brzmi orkiestra i od pierwszej zagranej nuty dostajemy bogaty aranżacyjnie produkt. Od razu pojawia się wykonawcze zdecydowanie i wyczuć można olbrzymią chęć muzyków do zaprezentowania się w całej instrumentalnej okazałości. I wszystko od samego początku brzmi ostrzej, lecz z zachowaniem charakterystycznych klasycyzujących wstawek muzycznych wzmocnionych organowymi improwizacjami przeplatanymi z, jakże udanymi, pasażami fortepianowymi. To bardzo zdecydowane i mocne rozpoczęcie koncertu, po którym nie ma wątpliwości, że zespół Barock Project jest w bardzo dobrej formie.
Nie gorzej jest w przypadku kolejnej kompozycji – „Summer Set You Free”. Można by o niej powiedzieć wszystko to, co już powiedziałem o kompozycji otwierającej (a nie mam co do tego żadnych wątpliwości), to kolejny utwór kreujący wspaniałe koncertowe widowisko.
Ciekawym zabiegiem jest zagranie po tych dwóch niezwykle energetycznych kompozycjach utworu „Happy To See You” z płyty „Detachment” z jego długim instrumentalnym początkiem. Melodyjnie koncert zwalnia. Skręca z energetycznej na romantyczną ścieżkę. Pojawiają się miękkie symfoniczne dźwięki i wspaniałe solówki w wykonaniu lidera zespołu, Luki Zabbiniego. I kręci się ta kompozycja w niesamowicie progresywnych zawijasach.
„An Ordinary Day's Odessey” podtrzymuje ten romantyczny nastrój, wprowadzając jednak szereg wątków improwizacyjnych i epickość.
Podczas koncertu odwrócono kolejność utworów z płyty „Time Voyager”. Jako pierwszy został zagrany utwór „Voyager”, a dopiero po nim „The Lost Ship Tavern”. To bardzo trafny krok z punktu widzenia dramatyzmu koncertu. „Voyager” jest jednocześnie utworem o ostrzejszych liniach melodycznych i zawiera także pasażowo-łagodne solówki, które nawiązują do poprzednio zaprezentowanych kompozycji, a jednocześnie utwór ten znowu podnosi energetyczną temperaturę brzmieniową. Bo „The Lost Ship Tavern” to już (jak wskazuje niejako sam tytuł) opowieść „rubaszna”, mocniejsza, „knajpiana”, folkowa. Doskonała do wprowadzenia w koncertowy rytm elementu piosenkowego.
Utwory „Broken” i „Alone” pochodzą w płyty „Detachment”. W obu na tej płycie studyjnej wokalnie udzielał się ich współautor, Peter Jones. Podczas koncertu pojawia się on na scenie tylko w drugim z utworów i… brzmi fantastycznie. Obie te kompozycje są zarazem jakby energetycznym wytchnieniem dla słuchacza. Spokojne, jakby akustyczne, po prostu wyborne. Fortepianowy akompaniament w utworze „Alone” nadaje mu jakiejś zadumy i wyjątkowości.
I chyba nie jest zaskoczeniem, że po dwóch wolniejszych kompozycjach zespół zagrał „Overture” z płyty „Skyline”, ponownie kierując się w stronę energii i pokazując instrumentalną maestrię. Partie organowo-syntezatorowe brzmią tu perfekcyjnie, a przewijający się ślad muzyki klasycznej dodaje całości epickiej wzniosłości, mieszając ją z najwyżej klasy improwizacjami rodem z lat 70.
„Morning Train” zwalnia. I tak już będzie do końca tego niesamowitego koncertu. Zespół na drugim krążku miesza nastroje, podnosi muzyczne ciśnienie i angażuje do wytężonego słuchania popisując się mnóstwem środków wyrazu. Wręcz rockowo brzmi „Rescue Me”. A na pewno bardzo gitarowo. I tylko proszę wsłuchać się w niezwykle efektowną polifonią wokalną.
Ostatni utwór z płyty „Time Voyager” zagrany na koncercie to „Voyager's Homecoming” i jest to improwizacyjny majstersztyk. Współpracujące ze sobą linie gitary i organów z towarzyszącymi im orkiestracjami to popis w stylu bardzo zaangażowanego rocka symfonicznego, który w drugiej części z aranżacyjną łatwością przechodzi w kompozycję niemal balladową.
„Tired” i „The Longest Sigh” – utwory z płyty „Skyline” wyciszają koncert, choć dzieje się to bardzo, bardzo wolno. „Tired” jeszcze niesie ze sobą elementy improwizacyjne, jeszcze słychać ostrzejsze dźwięki organów, ale już w końcowej części zmierzamy ku nastrojowi i delikatności. „The Longest Sigh” brzmi dostojnie i atmosferycznie, choć czuć w nim skrywaną potęgę dźwięku.
A na koniec bis – kompozycja „Fool's Epilogue”, która przez dziewięć minut prowadzi nas krętymi drogami symfonicznej maestrii ze wspaniale brzmiącymi wątkami klasycznymi. I jest moc, i jest atmosfera, i jest delikatność, i jest improwizacja, i są wspaniałe sola gitary przeplatane z fortepianowymi, i jest wokal przypominający nieco symfoniczny metal.
I jest wreszcie koniec tego niezwykłego koncertu, koniec tego niezwykłego wydawnictwa. Sto minut mija jak z bicza strzelił. Czy mam napisać, że jest to najlepsza koncertowa płyta spod znaku rocka symfonicznego w tym roku?... No to już napisałem. Czy mam dodać, że jest to najlepsza koncertowa płyta tego roku w ogóle?... No to już napisałem. Czy mam napisać, że szkoda, że mnie tam nie było?... Ubolewam nad tym, ale mam nadzieję, że jeszcze nadarzy się okazja, by zobaczyć zespół na żywo i posłuchać jeszcze lepszego koncertu, siedząc twarzą w twarz z artystami i z bliska obserwując ich grę...
Na chwilę obecną płyta jest dostępna tylko w postaci fizycznych krążków CD. Wersja cyfrowa dopiero pojawi się na rynku. Informacja na stronie zespołu jest następująca: „The digital version will be available from January 7, 2026”. A zwykle jest przecież odwrotnie. Ale nie to jest ważne. Ważne jest, że ten wspaniały album już jest i cieszy uszy fanów symfonicznego rocka.
