W moim małym, purpurowym świecie ostatnie dni i tygodnie upłynęły pod znakiem pożegnań. David Coverdale oficjalnie zamknął sklep pod szyldem ‘Whitesnake’ – najpierw sprzedał prawa do katalogu, a teraz wycofał się nawet z aktywności w mediach społecznościowych. Glenn Hughes przewraca się na scenie i odwołuje koncerty z przyczyn zdrowotnych. To samo spotkało zresztą Ritchiego Blackmore’a. Pewne rzeczy w sposób nieunikniony powoli dobiegają końca...
Choć kibicuję Deep Purple jako całości i cieszę się z każdej formy ich aktywności, to szczególną atencją darzę Iana Gillana, który stosunkowo rzadko udziela się gościnnie poza macierzystą formacją. Dlatego, gdy grubo ponad rok temu – jeszcze przed premierą płyty „=1” - w mediach zaczęły pojawiać się plotki o jego udziale w utworze włosko-portugalskiej grupy Urock, moje zainteresowanie od razu wzrosło. Zespół tak długo zapowiadał ten materiał, że momentami traciłem już wiarę, czy kiedykolwiek ujrzy on światło dzienne. A jednak, 12 grudnia miała miejsce premiera singla oraz wideoklipu „The Line”.
Ale skąd w ogóle Urock i dlaczego "włosko-portugalski"? Liderem zespołu jest włoski wokalista, który nazywa się Umberto (Sulpasso) Urock, na co dzień dziennikarz i prezenter rzymskiego Radia Rock (106.6 FM). To właśnie do tej stacji Umberto zaprosił kiedyś Gillana, co stało się początkiem ich znajomości. Umberto mieszka też w Portugalii (w regionie Algarve), gdzie jest właściwie sąsiadem wokalisty Deep Purple, i to tam panowie nagrywali razem ten utwór. Warto dodać, że Urock wystąpił już wcześniej jako support przed koncertem Deep Purple w Lizbonie (Campo Pequeno) w 2022 roku.
To niezależny samofinansujący się projekt grupy przyjaciół, którzy postanowili potraktować muzykę poważnie. Do pracy nad albumem zatrudnili nie tylko Gillana, ale również legendarnych producentów: Alana Parsonsa (inżynier dźwięku Pink Floyd, The Beatles) oraz Jacka Endino (producenta „Bleach” Nirvany).
Sam singiel, "The Line", to krótki, bluesowo-hardrockowy kawałek, stylowo bardzo bliski Deep Purple. Nie ma tu zbędnego kombinowania, jest proste, ale nie prostackie granie. Brak tu fajerwerków, ale wszystko pasuje do siebie idealnie. Utworu słucha się dobrze, brzmienie jest organiczne, a aranżacja, choć nieskomplikowana, brzmi full profesjonalnie.
Wokalnie Umberto Urock wypada znakomicie. Jest on więcej niż dobrym wokalistą i można zaryzykować stwierdzenie, że w tym duecie brzmi nawet lepiej niż Gillan. Dużą część utworu panowie śpiewają razem, unisono, co daje bardzo ciekawy efekt. To chyba pierwsza tego typu wokalna kooperacja w historii Gillana, przynajmniej od czasów Episode Six.
Ujmujący jest również teledysk skupiający się na sesji nagraniowej Iana. Widok starszego pana w okularach, z plecaczkiem i kubkiem kawy, ma w sobie coś rozczulająco zwyczajnego... Proszę obejrzeć to tutaj.
Warto podkreślić, że Urock to nie byle jakie granie, a zaproszenie Gillana nie jest jedyną wartością tego projektu. Świadczy o tym wydany kilka tygodni wcześniej singiel "Resurrection" – kawał super solidnego rocka z lekkim, grunge’owym twistem (do posłuchania i obejrzenia tutaj). Po tych dwóch utworach wiem, że warto czekać na cały krążek.
Fajnie, że takie rzeczy wciąż się dzieją. Gillan osobiście zaangażował się w promocję, co na pewno przysporzy formacji Urock nowych słuchaczy, a zespół walczy o swoje miejsce na rynku z godną podziwu determinacją. Próbują dokonać rzeczy chyba niemożliwej – chcą, aby "The Line" stał się świątecznym numerem 1 w UK. Sam fakt, że porywają się na taki cel, jest dla mnie ujmujący. Każdy kto kupi singiel w iTunes lub innym serwisie, może dołożyć do tego cegiełkę.
Dla mnie całe to wydarzenie jest szalenie nostalgiczne, ale cieszy mnie, że oprócz sentymentów słychać tu kawał naprawdę dobrego, zaangażowanego grania. Ian Paice nagrał ostatnio album z cover bandem Purpendicular, ale to, co oferuje Urock, jest muzycznie o wiele wyższych lotów.
