mlwz - edunitsky - banner - prog rock

Tritop - Tritop120

Rysiek Puciato

Czy można polubić album ze względu na jeden utwór, który jest na nim zarazem najdłuższym i najbardziej niesamowitym? Odpowiedź musi być prosta – tak! Zwłaszcza, że najnowsze, drugie, dzieło włoskiego zespołu Tritop zawiera raptem cztery kompozycje, z których pierwsze trzy trwają w sumie tyle, co ta ostatnia. Dodatkowo zespół zachowuje w tym przypadku pewną ciągłość, bowiem na debiutanckim albumie – „Rise Of Kassandra” (2023) - także zamieścił cztery kompozycje i także pierwsze trzy trwają w sumie tyle, co ostatnia. Nie wiem czy to przypadek, czy zaplanowane działanie, ale, fakt faktem, ostatni utwór (lub ostatnie utwory jeśli brać pod uwagę płytę debiutancką) trwa ponad dwadzieścia minut i nawet gdyby ten utwór (te utwory) był (były) jedynym (jedynymi) nagraniem (nagraniami) na krążku, to warto byłoby poświęcić im wiele, wiele uwagi.

Tritop to progresywny projekt muzyczny, który powstał w 2016 roku. Inicjatorem jego powstania był Ivo Di Traglii, młody włoski perkusista i kompozytor, do którego kilka lat później dołączyli Pierfrancesco Di Pofi (klawisze), Francesco Caponera (gitary), Jacopo Tuzi (gitara basowa), Mattia Fagiolo (wokal) i Iacopo Di Traglia (teksty). A ich debiutancka płyta „Rise Of Kassandra” to jeden z najbardziej wybuchowych albumów symfonicznych 2023 roku. Tytułowa kompozycja – „Rise Of Kassandra” - od pierwszego momentu bezceremonialnie przenosi nas do krainy rocka symfonicznego, a kończący album utwór – „The Sacret Law Of Retribution” (to ten trwający niemal dwadzieścia cztery minuty) wciska w fotel i nie pozwala na żadną przerwę w słuchaniu.

Najnowsze dzieło Włochów, album „Tritop 120”, to, bez dwóch zdań, olbrzymi krok naprzód w muzycznym rozwoju zespołu, to bez trzech zdań kolejny manifest ich artystycznej ewolucji i śmiałych eksploracji brzmieniowych. To wreszcie niesamowite muzyczne zaproszenie dla osób, które zainteresowane są twórczością przekraczającą utarte progresywne granice stylistyczne, choć bazujące na ich sposobach aranżacji i brzmienia. Jednocześnie to doskonały przykład czegoś, co można by nazwać „nową falą włoskiego prog rocka”, która nie musi się kojarzyć jedynie ze kanonadą klawiszy, nieco operowym wokalem, artrockowa manierą i lekko jazzującymi rytmami. Na przestrzeni tego roku można zauważyć szereg zmian w twórczości zespołów włoskich. Oto mamy kilka dobrych płyt podążających w kierunku „nastrojowo-alternatywnym”, a także (jakby z drugiej strony) kilka dobrych przykładów pomieszania klasycznego ‘rock progressivo italiano’ (RPI) z nowoczesnymi, mocniejszymi i bardziej zwariowanymi sposobami komponowania. Tritop to najlepszy przykład tej drugiej drogi. Płyta „Tritop 120” osadzona jest w klasycznym brzmieniu RPI i jednocześnie przekracza go niemal na każdym kroku.

„Rebuild Nothing” to pierwszy utwór z nowego albumu. Raptem minuta z okładem. Niby typowe intro… zapraszające, kuszące obietnicą tego, co będzie na chwilę. Odgłosy natury, klasyczna gitara akustyczna. Klasyczna kompozycja z kręgu RPI, która jednak uwodząc klasycznym brzmieniem wcale, ale to wcale, nie przygotowuje do tego co stanie za chwilę.

Bo utwór nr 2 to „muzyczna przekora do kwadratu”. „Master of Drama” jest zbiorem różnorodnych motywów i tematów. To demonstracja możliwości zespołu w operowaniu wieloma muzycznymi pejzażami i tworzeniu niesamowicie brzmiących, przeplatających się struktur zaczerpniętych z ciężkiego rocka symfonicznego, prog metalu i klasycznego RPI z jego wijącymi się pasażami wokalnymi. Mamy tu cały emocjonalny przekrój muzycznych niespodzianek. Hardrockowe gitary, symfoniczne organy i metalowy wokal. Nie brakuje suitowej epickości i karkołomnych solówek klawiszowych i… wszystko to brzmi. Wszystko to jest spięte kompozycyjną ramą trzynastominutowej kompozycji.

„Wanderlust” sprowadza słuchacza na ziemię. A właściwie prezentuje esencję rocka symfonicznego i jego spektakularność. W drugiej minucie jego trwania czuć moc i epickość, jaką ze sobą niesie połączenie vintage’owskich brzmień organów z energetyczną, lekko metalizującą aranżacją tak dobrze znaną z dokonań takich zespołów, jak choćby Spock’s Beard. I ponownie muszę przyznać, że to wszystko „działa” lub jak kto woli „spina się”, tworząc przebogaty brzmieniowo utwór.

I wreszcie utwór nr 4 - „Asymmetrical Reflections Of A Restless Heart”. Opus magum na tym krążku. Dwadzieścia trzy i pół minuty muzycznej podróży z porywającymi aranżacjami i poruszającymi tekstami, skłaniającymi do głębokiej refleksji nad ludzkimi emocjami. Suita podzielona jest na pięć części, które eksplorują najintymniejsze zakątki ludzkich pragnień i potrzeb:

„(…) Wspiąłbym się na najwyższą wieżę / Aby cię spotkać, / Na tym świecie nie zrobiłbym niczego / bez ciebie u mego boku (…) / Noc z jej najciemniejszą godziną / Mówiącą mi / Słowa, których nie potrafię opisać, rozpływają się w powietrzu, / Niebo odrzucone”.

Suita, która niezwykle płynnie przechodzi od intymnych, introspekcyjnych pasaży do wielkich, symfonicznych aranży, w których współistnieją na równych prawach melodia i instrumentalna złożoność improwizatorska, Hammody, mellotron, syntezatory, mocne gitary i… chórek żeński, który wygładza i wysubtelnia ostre brzmienia dodając, jak to się mówi czasami, żeńskiego elementu emocjonalnego, który udramatycznia i jednocześnie uwzniośla kolejne linie wokalne. A powtarzające się, niczym refren, słowa: „(…) Przekrocz granicę,/ Jestem gotów zostawić / Wszystkie wspomnienia za sobą (…) / Przekrocz krainę,/ Szukam iskry / I wizji światła”… dodają suicie lekkości i niemal piosenkowego wymiaru.

W takim momencie przypomina mi się scena z filmu „Bohemian Rhapsody”, kiedy Freddie Mercury przynosi do studia radiowego singla z kompozycją trwającą pięć minut i pięćdziesiąt pięć sekund, który według wytwórni płytowej był zbyt długi i powinien zostać skrócony do typowego rozmiaru singlowego. Co się dzieje później pewnie Państwo pamiętają i choć w rzeczywistości historia ta miała nieco inny przebieg, pozostaje pytanie: co by się stało i czy jest taka stacja radiowa, która zaprezentowałaby utwór trwający dwadzieścia trzy i pół minuty…? Bo proszę mnie nie pytać czy warto. Nie myślałem, że to powiem, ale „Asymmetrical Reflections Of A Restless Heart” to mój osobisty ‘singlowy’ numer jeden tego roku, choć jeszcze całkiem niedawno było nieco inaczej. A przecież jeszcze trochę tego roku pozostało…

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski