mlwz - edunitsky - baner - motyl

Depeche Mode - Memento Mori: Mexico City

Tomasz Dudkowski

Okres od wydania poprzedniej płyty koncertowej („Spirits In The Forest” (2020)) należał do najtrudniejszych w karierze Depeche Mode. Wszystko za sprawą śmierci jednego z założycieli grupy, Andrew Fletchera, który odszedł nagle 26 maja 2022 roku, na kilka tygodni przed planowaną sesją, której owocem miał być piętnasty studyjny album zespołu. Popularny Fletch nie był co prawda wybitnym muzykiem, jego wkład w twórczość zespołu był marginalny, ale był on dobrym duchem grupy, odpowiedzialnym za stronę biznesową oraz za łagodzenie w przeszłości tarć pomiędzy liderami - twórcą większości piosenek Martinem L. Gore’em i wokalistą (a od pewnego czasu także autorem repertuaru) Dave’em Gahanem. Album „Memento Mori”, który ostatecznie ukazał się 24 marca 2023 roku przesiąknięty był tematyką nieuchronności śmierci, a także kondycji współczesnego świata. Zespół promował krążek podczas 112 koncertów na całym świecie, które zgromadziły w sumie ponad 3 miliony fanów.

W dniach 21, 23 i 25 września 2023 roku grupa zawitała do stolicy Meksyku. Wyprzedane występy na stadionie Foro Sol, mogącym pomieścić 65 tysięcy widzów, zostały zarejestrowane przez reżysera Fernanda Friasa de la Parrę. Na ich podstawie powstał dokument „Depeche Mode: M” z jednej strony skupiający się na koncertach, a z drugiej - obejmujące tematy świata Depeche Mode i Meksyku, oba w kontekście konfrontacji ze śmiertelnością. Dokumentowi towarzyszy zestaw „Memento Mori: Mexico City” będący zapisem samych występów. Ukazał się on jako samodzielne wydawnictwo na dwóch płytach kompaktowych lub czterech winylach oraz, w wersji z obrazem, jako dodatek do wspomnianego filmu wypełniający drugi dysk Blu-ray (lub DVD) i dwa krążki CD. I to właśnie on jest głównym przedmiotem niniejszego tekstu.

Na olbrzymiej scenie, której głównym elementem wystroju jest wielka litera M, będąca równocześnie jednym z ekranów, ustawiono dwa zestawy instrumentów klawiszowych oraz perkusję. Grupa, po śmierci Fletchera, nie zdecydowała się na zatrudnienie dodatkowego muzyka koncertowego i po raz pierwszy od ponad dwóch dekad występowała jako kwartet – do Gore’a i Gahana dołączyli stali współpracownicy – perkusista Christian Eigner oraz klawiszowiec Peter Gordeno. Obaj uzupełniają podstawowy skład od końcówki XX wieku.

Cóż można powiedzieć o tym wydawnictwie? Ano to, że jest… tradycyjne, choć nie do końca. Po pierwsze – najliczniej reprezentowana w setliście jest najnowsza płyta, „Memento Mori”, co oczywiście nie może dziwić. Jako pierwszy wybrzmiewa utwór „My Cosmos Is Mine” z Gordeno na basie, zaraz po nim słyszymy „Wagging Tongue”, a w dalszej części jeszcze „Speak To Me”, „Soul With Me” (śpiewane przez Martina w akompaniamencie Gordeno z publicznością robiącą iluminacje latarkami swoich smartfonów) oraz „Ghost Again”.

Po drugie – zabrakło utworów z poprzedniej płyty („Spirit” (2017)), a także jeszcze wcześniejszej („Delta Machine” (2013)). Dopiero z wydanej 16 lat temu płyty „Sounds Of The Universe” pojawia się singlowy „Wrong”.

Po trzecie – końcówka koncertu to przegląd największych hitów. Zasadniczą część kończy rozbudowana wersja „Enjoy The Silence” („Violator” (1990) z popisami Eignera i Gore’a. Na bis najpierw wybrzmiał nastrojowy „Waiting For The Night” z tej samej płyty z Gore’em i Gahanem śpiewającymi na końcu specjalnego wybiegu wśród świateł telefonów oraz Eignerem wspomagającym Gordeno na drugim zestawie klawiszy. Finał to już trzy hiciory z lat 80. Najpierw porywająca wersja „Just Can’t Get Enough” z debiutu (“Speak & Spell” (1981)), potem „Never Let Me Down Again” z płyty “Music For The Masses” (1987) z lasem rąk machającej rytmicznie publiczności „dowodzonej” przez Gahana i wreszcie na finał bluesrockowy „Personal Jesus” (1989, wydany rok później na albumie „Violator”).

Co poza tym? Trzy utwory pochodzą z płyty „Ultra” (1997) – bujający „It’s No Good”, nastrojowe „Sister Of Night” i „Home” z Gore’em na wokalu. Także swoich trzech reprezentantów ma krążek „Songs Of Faith And Devotion” (1993) – pełne rockowej werwy „In Your Room” i „I Feel You” oraz niewiele im ustępujący pod względem drapieżności „Walking In My Shoes”. Z pochodzącego już z tego wieku albumu „Playing The Angel” (2005) zespół wykonał energiczne „A Pain That I’m Used To” (tu ponownie za bas chwycił Gordeno) i „John The Revelator” oraz spokojniejszy „Precious”.

Setlistę uzupełniają utwory „Stripped” („Black Celebration” (1986)) i “Everything Counts” (“Construction Time Again” (1983)). W obu grupę wydatnie wspomogła swoimi głosami publiczność. Największe wzruszenie wzbudza jednak wykonanie pieśni „World In My Eyes” („Violator”) dedykowanej zmarłemu koledze. Na ekranach wyświetlane są zdjęcia Fletcha, a jego podobizny widnieją też na kartkach w rękach publiczności, która dodatkowo co pewien czas układa dłonie robiąc „oczka” znane z okładki singla.

Całość robi naprawdę spore wrażenie, za co duże brawa należą się reżyserowi obrazu Fernando Friasowi oraz odpowiadającej za miks audio Marcie Salogni. Niestety tym razem zabrakło miksu przestrzennego, dostępna jest tylko wersja stereofoniczna. Inną wadą jest brak kilku utworów, które pojawiły się podczas tych trzech koncertów w setliście („A Question Of Lust”, „My Favourite Stranger”, „Strangelove” i „Condemnation”), a które mogłyby zostać dołączone do całości w formie bonusów. Niemniej te „wady” nie obniżają wartości zestawu.

Dlaczego napisałem, że to tradycyjne, ale nie do końca wydawnictwo koncertowe Depeche Mode? Ano dlatego, że choć zapis występu niczym nie zaskakuje, to nowością są bonusowe utwory studyjne. Podczas sesji do albumu „Memento Mori” zostały zarejestrowane dodatkowe cztery pieśni, ale dotąd, mimo próśb fanów, nie zostały one opublikowane. Teraz wreszcie ich życzenie zostało spełnione. Podobnie jak cały album studyjny ,tak i one zostały wyprodukowane przez Jamesa Forda i zmiksowane przez Martę Salogni.

Pierwszym z nich jest „Survive”, utrzymany trochę w stylu nagrań grupy z pierwszej dekady XXI wieku, napisany przez duet Gahan – Gore. Ten drugi jest samodzielnym autorem pieśni „Life 2.0”, z powtarzanym w zwrotkach tytułem przetworzonym, odhumanizowanym głosem, co idealnie pasuje do jej tematyki – zatracenia się w świecie technologii kosztem samodzielnego myślenia. Ostatnie dwa utwory Martin Gore napisał z Richardem Butlerem (The Psychodelic Furs), który miał także swój udział przy tworzeniu piosenek na „Memento Mori”. „Give Yourself To Me”, to dźwiękowa mieszanka klimatów nagrań grupy z lat 80. ze współczesnymi, z bardziej wyrazistym brzmieniem perkusji i dodatkowymi nutami zagranymi na gitarze pedal steel (na obu instrumentach zagrał Ford, który udziela się jako muzyk także w pozostałych nagraniach). Całość kończy, jakże adekwatnie zatytułowane, nagranie „In The End” (pojawia się on także podczas wyświetlania napisów końcowych w filmie „Depeche Mode: M”), które wybrane zostało do promocji wydawnictwa. To dość mroczne nagranie opowiadające o przemijaniu i nieuchronności śmierci, co w obliczu straty jaką jest odejście Fletchera nabiera dodatkowego wymiaru:

“You're no one, going nowhere/ We're all nothing in the end/ We're weightless, floating endlessly
We'll be dust again in the end”.

Wszystkie cztery premierowe propozycje z powodzeniem mogłyby znaleźć się w programie ostatniej płyty, gdyż w niczym nie ustępują tym, które ostatecznie zostały na niej umieszczone. Dobrze, że zespół zdecydował się na ich publikację, choć wydaje mi się, że lepszym posunięciem byłoby wydanie ich na osobnym minialbumie niż „upchanie” na końcu drugiej płyty kompaktowej lub ostatniej stronie edycji winylowej z zapisem występu na żywo.

Niemniej „Memento Mori: Mexico City” to bardzo udane wydawnictwo, przedstawiające Depeche Mode w aktualnej formie. Może i na twarzach Gore’a i Gahana widać coraz więcej zmarszczek, może taniec tego drugiego nie jest już tak żywiołowy (choć nadal niejeden dużo młodszy człowiek może pozazdrościć mu kondycji), ale nie sposób odmówić duetowi (a głównie wokaliście) wielkiej scenicznej charyzmy, którą nieustannie porywa niezliczone rzesze fanów. Dla nich opisywany zestaw to pozycja obowiązkowa, ale także ci, którzy słuchają nagrań grupy niejako z doskoku znajdą tu coś dla siebie. To kolejny, niezwykle udany album koncertowy w karierze grupy i jeszcze jedno ważne wydawnictwo „live” jakie ukazało się, w niezwykle obfitym w nie, 2025 roku.

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski