mlwz - edunitsky - baner - motyl

Zen Orchestra – Zen Orchestra

Maciej Niemczak

''W konfrontacji strumienia ze skałą, strumień zawsze wygrywa – nie przez swoją siłę, ale przez wytrwałość''. To cytat zaczerpnięty z buddyzmu i idealnie pasuje do zespołu Zen Orchestra. Drążyli tę skałę (w tym przypadku po prostu życie), drążyli, aż w końcu pękła i dzięki temu ujrzała światło dzienne bardzo dobra płyta zatytułowana ''Zen Orchestra''.

Oto historia grupy opowiedziana przez jej członków: ''Steve Smith i Mark Barrett byli członkami-założycielami Walking On Ice, progresywnego zespołu rockowego, który powstał pod koniec lat 80. i słynął z intensywnych tras koncertowych. Steve i Pete opuścili zespół w 1991 roku, a Mark Barrett opuścił Walking On Ice (mark II) około 1992 roku. Po pewnym czasie Steve odnowił kontakt z Markiem i pracowali razem ze Stewartem Milnerem i Steve’em Rixem nad serią nagrań, które zwieńczyła “Zen Orchestra mark I”. Jedna z taśm trafiła do wytwórni Shattered Records, która zaoferowała Steve'owi i Markowi kontrakt płytowy w 1996 roku. Niestety, nie udało się wynegocjować odpowiednich warunków i grupa Zen Orchestra przeszła w stan hibernacji, a członkowie zespołu zmagali się z prawdziwymi wyzwaniami związanymi z karierą i życiem rodzinnym. Mark i Steve pozostali w kontakcie, ale dopiero w połowie 2014 roku Steve dostarczył Markowi płytę CDR z nowym materiałem. Początkowo był to solowy projekt, ale entuzjazm Marka skłonił ich do ponownego rozbudzenia projektu Zen Orchestra. Szybko skontaktowano się ze Stewartem Milnerem i Stevem Rixem, którzy wyrazili chęć ponownego dołączenia do projektu. Steve i Mark zabrali się za opracowanie nowego materiału, adaptację i przearanżowanie istniejących utworów Steve'a oraz wspólne komponowanie dodatkowego materiału. Po ukończeniu i nagraniu wersji demo, Steve i Mark zabrali się za harmonizację swoich urządzeń nagraniowych, aby móc pracować zdalnie. Rozpoczęli nagrywanie ostatecznego materiału od podstaw. Po drodze pojawiło się wiele nieudanych prób oraz wyzwań technicznych i życiowych, ale pod koniec 2022 roku materiał został nagrany – aczkolwiek bez gitarzysty. Poszukiwania odpowiedniego kandydata trwały trochę czasu, ale w końcu trafili na Johna Stammersa, który wyraził duże zainteresowanie, lecz ostatecznie rolę gitarzysty przejął James Stephenson. W marcu 2023 roku, tuż przed premierą „Circles”, zespół otrzymał tragiczną wiadomość o nagłej i niespodziewanej śmierci ukochanego przyjaciela i wybitnego basisty, Stewarta Milnera. Był to ogromny szok i zespół do dziś odczuwa tę stratę. Za namową żony Stewarta, poszukiwano basisty, który pomógłby dokończyć album. Zgłosił się Alberto RigonI z Włoch, aby pomóc w dokończeniu albumu, który ukazał się wreszcie 20 września 2025 roku".

Musiałem zamieść to bio, żeby uświadomić Wam, przez co musieli przejść muzycy grupy Zen Orchestra, aby w końcu dojść do celu. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko z górki.

Co do zawartości albumu, składa się on z 7 utworów, które trwają łącznie lekko ponad 52 minuty. Muzyka to melodyjny rock progresywny, łączący wpływy oldschoolowego i neoprogresywnego rocka. Dla przypomnienia i usystematyzowania, nagrany został w składzie: Mark Barrett - wokal i projektowanie dźwięku, Steve Smith - klawisze, zmarły Stewart Milner - bas (w dwóch utworach), Steve Rix - perkusja, James Stephenson - gitary i Alberto Rigoni - gitara basowa.

Otwierający utwór „Minds” (jeden z dwóch utworów z udziałem Stewarta Milnera, tym drugim jest „Circles”) wykorzystuje sprytne użycie dysonansu i pulsującej, rytmicznej energii, aby stworzyć muzyczne napięcie i konflikt (co jest oczywiste, biorąc pod uwagę, że tekst wygląda tak, jak inni mogą nas postrzegać, co samo w sobie jest ukłonem w stronę zdrowia psychicznego). Rezultatem jest siedem i pół minuty zmieniającego kształt współczesnego rocka spotykającego się z ostrym neoprogiem z nutą prog metalu. Muzycznie to orzeźwiający i bardzo naładowany początek płyty.

Kolejny utwór, ''Faces'', można uznać za epicki. Trwa prawie 10 minut i znajdziemy tu wszystko to za co kochamy progresywnego rocka. Rozpoczyna się dźwiękami perkusji, po czym powracają te wspaniałe ambientowe syntezatory. Mark śpiewa ciepłym głosem, a w tle brzęczy intrygująco gitara. W refrenie wybucha sekcja rytmiczna, a wraz z nią klawisze. Po szalonej solówce Steve'a Smitha (przypomina nieco styl Clive'a Nolana) następuje wyciszenie. Znów wokalista powraca do delikatniejszych tonów i słychać gitarę akustyczną. Klawisze niespiesznie falują. Z chwilą eksplodującej gitary pojawiają się bombastyczne Wakemanowskie organy. W refrenie pięknie rozbrzmiewa gitarowa solówka. I gdy myślimy, że to koniec, powracają ambientowe klawisze i słychać doskonały bas Alberto i stonowaną perkusję Rixa. Świetny, pełen licznych zmian tempa to utwór.

Przypominający dawne IQ, powoli narastający ''Time'' jest moim ulubionym nagraniem na tej płycie. Rozpoczyna się dźwiękami szmiącego oceanu. Klawisze wystukują znajomy tykający dźwięk, który pamiętamy z nagrań Pink Floyd, ale na tym podobieństwa się kończą. Po zakończeniu ambientowego fragmentu z cudownym śpiewem Barretta syntezator nabiera orkiestrowego brzmienia, dając paliwo pozostałym instrumentom, by uwolniły swą moc. Utwór ten jest ponadczasowy i zapewne będziecie do niego wielokrotnie powracać.

W ''Billionaires'' usłyszymy przytłaczającą rytmiczną bazę brzmieniową (niesamowici Alberto Rigoni i Steve Rix). Po Oldfieldowskim wstępie słyszymy od razu grzmoty dochodzące z basu i perkusji. Krótka improwizowana solówka Steve'a Smitha podprowadza do śpiewu Marka, który oscyluje w tonacji pomiędzy Peterem Gabrielem a Geoffem Mannem. To bardzo dynamiczne nagranie z nieco pogrzebowymi tonami. Doskonale współgra ze świetnym tekstem (interpretację pozostawiam słuchaczom).

Lubicie dawne It Bites? Jeśli tak, to nagranie ''Circles'' na pewno Wam sie spodoba. Świetna praca śp. Stewarta Milnera oraz instrumentalna sekcja z radosnymi, ekspresyjnymi liniami prowadzącymi Jamesa Stephensona przeplatana jest świetnym wokalem. To prawie 9 minut melodii wydobytej z kapsuły czasu, abyś, drogi Słuchaczu, mógł się odprężyć.

''Heartless'' rozpoczyna się powolnymi dźwiękami klawiszy i odległą gitarą elektryczną. Wnosi do pejzażu dźwiękowego uroczysty ton. Bajecznie warczący bas i ponury atak perkusji rozpoczynają wspaniały występ Marka. Tak kołacze mi się po głowie, że Steve Rothery mógłby umieścić to nagranie na jednej z płyt Marillion. Krótkie Emersonowskie solo tworzy dynamiczną zmianę. Następnie utwór zwalnia tempo, ale nie jego siłę, na rzecz szybującego, klasycznego neoprogowego zakończenia. Finałowa część staje się cudownie porywająca i ociera się o boskość. Kolejny niesamowity utwór.

''Coda” to kompozycja zamykająca album. Instrumentalny utwór pełen znakomitych innowacji klawiszowych i gitary elektrycznej, dobrze zbalansowany przez bas i perkusję. To w sumie ponad trzy minuty wspaniałości na poziomie ELP i Areny. Brzmi jak fragment dodany do poprzedniego kolosa, niemal jak bis odświeżający ekscytujące akordy mocy i jego dudniący, rytmiczny napęd.
I tak się kończy album ''Zen Orchestra '' zespołu o tej samej nazwie. Zespołu, który miał do tej pory wiele pecha, ale w końcu go przezwyciężył i wydał wspaniałą płytę. Jeśli będą następne i to na tak wysokim poziomie, wejdą one na stałe do kanonu neoprogresywnego gatunku. Album jest, jak mówią sami członkowie zespołu, listem miłosnym do muzyki, z którą dorastali. Zapewne przywoła on wspomnienia muzyki, której słuchaliśmy jakiś czas temu. To bez żadnych wątpliwości płyta warta umieszczenia w Top 5 debiutów 2025 roku. Bardzo gorąco ją polecam.

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski