Świat art rocka oferuje pokaźną gamę albumów, które w sposób oczywisty należą do klasyków gatunku. Takich, które niejako zdefiniowały ten styl oraz takich, które okazały się przełomowe dla danego zespołu, a nawet całego gatunku. Wreszcie całą rzeszę takich, które nie wyróżniają się w żaden sposób.
Wydany w 1996 roku „The Masquerade Overture” grupy Pendragona jest najlepszym przykładem tej drugiej sytuacji. Nie jest to arcydzieło, biorąc pod uwagę cały dorobek Brytyjczyków. Nie jest to album zbyt oryginalny, nie prezentuje bowiem muzyki szczególnie odkrywczej i nowatorskiej na tle innych dokonań zespołu, a tym bardziej na tle tego, co prezentują inni wykonawcy (żeby wspomnieć chociażby ich pobratymców z Marillion). Zdaję sobie sprawę z tego, że dokonuję wręcz kolosalnego uogólnienia, ale nie chodzi tutaj o analizę porównawczą, a jedynie szczere stwierdzenie faktu. Mimo powyższych twierdzeń nie da się uciec od jednego: to bardzo dobra płyta i przede wszystkim bardzo wciągająca.
Poznałem ten krążek na początku mojej przygody z rockiem progresywnym. Równocześnie z nią zasłuchiwałem się w Collage i Marillion. Być może właśnie dlatego darzę tę płytę tak wielką estymą, jak „Baśnie” i „Misplaced Childhood”. Siła muzyki zawartej na tym albumie tkwi w pięknych melodiach i urokliwym klimacie wyczarowanym w szczególności przez klawiszowca zespołu - Clive'a Nolana. Same utwory są standardowo mocno rozbudowane i składają się zazwyczaj z kilku różnych tematów melodycznych i nastrojowych. Melodie i klimat to tak naprawdę rdzeń tej muzyki. I właśnie to one są kluczem do właściwego odbioru „The Masquerade Overture”. Praktycznie nie ma utworu (poza tytułowym, pierwszym na płycie, ale jest on typowym intro), który byłby ich pozbawiony. Cały album stanowi przykład bardzo dobrego połączenia melodii i nastroju. Bo jakkolwiek by nie spoglądać na rozwiązania czysto brzmieniowe i produkcyjne, tracą one znaczenie wobec magii współgrających ze sobą melodii i teł wychodzących z syntezatorów. Aura, która dzięki temu się wytwarza to, jak wspomniałem, meritum albumu. Choć trzeba zaznaczyć, że sama w sobie nie byłaby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie dobra aranżacja poszczególnych utworów, a w efekcie całej płyty. Daje to naprawdę sporą różnorodność nastrojową.
Jest na tym albumie bardzo żywiołowo i optymistycznie, a nawet w pewnym stopniu... romantycznie (wiem, że brzmi to dziwnie, ale lepszego słowa jakoś nie znalazłem), jak w utworach „As Good As Gold”, „The Pursuit of Excellence” i po części „Guardian of My Soul”. Jednak dominują tu klimaty tajemniczo–melancholijno-baśniowe, czego najlepszym przykładem są kompozycje „Paintbox” i „Masters of Illusion”. Ostatecznie jednak trzeba mieć na uwadze to, że wymienione tu nastroje mocno się ze sobą przeplatają, a ich odbiór może być bardzo subiektywny.
Podsumowując, można muzykę zawartą na „The Masquerade Overture” określić jako taką, która nie pozostawia miejsca na jakiekolwiek negatywne odczucia i emocje. Bije z niej niezwykła witalność i optymizm. Paradoksalnie nie odrywa słuchacza od rzeczywistości, ale w osobliwy sposób utwierdza w niej, nadając jej bardziej pozytywny i pogodny ton. I choć wszystko, co tu opisałem może się odnosić do (w większym lub mniejszym stopniu) każdego albumu Pendragonu, to w moim odczuciu tylko „The Masquerade Overture” brzmi tak magicznie.
