Dwóch doświadczonych multinstrumentalistów z Francji - Olivier Bonneau (Half A Band) i Henri Vaugrand (Grandval) - postanowiło połączyć siły i nagrali album ''Pretty Soily Company''. Swójn projekt nazwali tak samo jak płytę i miejmy nadzieję, że to nie ostatnie słowo tego duetu. Żeby doprecyzować dodam, że Oliver uczestniczył w znaczącym stopniu przy nagrywaniu drugiej i trzeciej płyty Grandvala. W czasie planowania czwartego wydawnictwa obaj muzycy przynosili muzykę do dyskusji, ale kiedy Vaugrand dostarczył teksty w języku angielskim, zdali sobie sprawę, że potencjalnie zmierzają w zupełnie innym kierunku od dotychczasowego i stąd pomysł na zupełnie nowy projekt.
Jaka jest ta płyta? Arcyciekawa. Debiut Pretty Soily Company to dobrze wykonany i bogaty w smaczki album, który równoważy nostalgię z oryginalnością. Kompozycje są ciepłe z wycyzelowaną aranżacją, a gra obu panów jest pewna I przekonywująca, co sprawia, że słuchacz angażuje się w to wszystko, co sąączy się ze słuchawek/głośników. Dla fanów melodyjnego prog rocka z psychodelicznym akcentem jest to na pewno wydawnictwo warte poznania.
''Pretty Soily Company'' to zbiór sześciu utworów (w tym jednej długiej suity) i trwa on 46 minut i 22 sekundy.Album otwiera ''We Reverse'' - utwór, który natychmiast nadaje ton retro organowymi teksturami, melodyjnymi liniami basowymi i warstwowymi harmoniami wokalnymi. Mimo Emersonowskich klawiszy, nagranie jest połączeniem klimatu The Beatles z francuską interpretacją stylu Canterbury, prawdopodobnie z zamiarem bycia jak najbardziej bezpretensjonalnym. Kompozycja jest ciepła, melodyjna, z kilkoma wspaniałymi partiami basu, cicho natarczywym śpiewem i wspaniałym prowadzeniem gitary, które od razu przywodzi na myśl styl Floydów.
Jeszcze bardziej beatlesowski w nastroju jest ''Upside Down''. Co prawda zaczyna się sielską gitarą a’la Pendragon, ale bas, to prawdziwy Paul McCartney z ''Abbey Road''. Glos wokalisty przypomina momentami młodego Nicka Baretta. Po drugiej minucie zaczyna się psychodeliczny odjazd. a całość wieńczą newwave’owe klawisze. To pełen miłości hołd dla muzyki epoki przełomu lat 60. i 70.
''Tribal Crimes'' wkracza na bardziej mgliste terytorium. Początek napędzają trochę mroczne tony przypominające brzmienia Porcupine Tree, nawet głos jest podobny do Wilsona. Później utwór skręca ku brzmieniu Pink Floyd, a kulminacją jest piękna solówka na gitarze, która wręcz płacze z emocji. Świetna perkusja przewija się przez cały czas i stanowi idealny fundament dla tego przemyślanego utworu, jakim niewątpliwie jest ''Tribal Crimes''.
''Get Out Of Here'' zmienia nieco nastrój płyty. To melancholijna kompozycja w lekko popowym nastroju. Niby znów dużo tu floydowskich wpływów (akustyczny rytm), pięknych klawiszy i McCartneyowego basu, ale utwór istotnie różni się od poprzednich. Ciekawe jaki wpływ na nazwę projektu Francuzów miał utwór grupy The Wings zatytułowany ''Soily''?...
Przechodzimy do nagrania, które ostatnio mi wszędzie towarzyszy. Chodzi o przepiękne ''In the Shades'' - ciche, refleksyjne i kontemplacyjne. Mam wrażenie, jakby Tim Bowness nagrał duet z Bjørnem Riisem lub nagrano nową wersję jakiegoś zagubionego nagrania Memories Of Machines. Fani Airbag, Nosound, Dim Gray czy Single Celled Organism, a nawet Stevena Wilsona, z pewnością będą ukontentowani. Kompozycja rozwija się powoli, odsłaniając warstwy dźwiękowych detali. Multiinstrumentalne podejście duetu jest tutaj w pełni słyszalne, z syntezatorami, teksturami akustycznymi i efektami ambientowymi mieszającymi się w delikatnie wciągający pejzaż dźwiękowy. Szkoda, że tak szybko się kończy...
Niewielu muzyków w obecnych czasach decyduje się nagrywać bardzo długie utwory, tym większe brawa dla Oliviera i Henriego za ponad 22 minutową kompozycję ''A Scent Of Ohelo Berry''. Suita podzielona jest na 9 części i przeplatają się w niej rock, progresja, folk, pop i bardziej współczesne, a nawet futurystyczne brzmienia skręcające w stronę fusion. Całość zaczyna się alienującym, przestronnym pejzażem dźwiękowym żywcem wyjętym z muzyki Tangerine Dream. Następnie mamy floydowski fragment akustyczny, a potem słyszymy już wpływy tworczości Cosmograf, King Crimson, Yes, Genesis, The Beatles, Hawkwind, Eloy i Porcupine Tree. Prawdziwy muzyczny misz masz, który przypomina za co wszyscy kochamy progresywnego rocka. Pomimo długości i szerokiego zakresu stylistycznego, suita pozostaje spójna dzięki silnemu rozwojowi tematycznemu i ostrożnemu tempu. Niesamowicie dobre to nagranie, które wieńczy ten naprawdę udany album.
Debiut Pretty Soily Company to krok w dobrym kierunku i zastanawiam się co jeszcze ten duet może wymyślić w przyszłości? Dwaj francuscy artyści oferują nam piękną podróż przez krainę wielkich muzycznych uniesień, oferując zestaw, który oddaje hołd licznym luminarzom przeszłości i teraźniejszości, zachowując przy tym swoją wizję prog rocka. Bardzo gorąco polecam.
