Atomic Sun – Atomic Sun

Maciej Niemczak

Rok 2025 obfitował w bardzo dobre wydawnictwa uznanych w świecie muzyki progresywnej artystów. Nie inaczej sprawa ma się z debiutami. Niektóre z nich są świetne i w zeszłym roku otrzymaliśmy kilka wręcz potężnych płyt ''nowicjuszy''. Jednym z takich albumów jest ''Atomic Sun'' duetu o takiej samej nazwie. Tworzą go: Mike Hewetson (klawisze i bas) oraz gitarzysta Jonathan Barry, znany z grupy The Far Meadow. Mike w latach 1987-88 grał w Galahad, a to już niezła rekomendacja, czyż nie? Od 2004 wydał kilkadziesiąt płyt w projekcie pod nazwą La Luna e le Stelle. Była to muzyka inspirowana J.M. Jarre’em, Vangelisem, Tomitą i Brianem Eno. W 2025 postanowił wyprodukować album progresywnego rocka - natchniony retro prog lat 70. Jako główne wpływy Hawetson wymienia muzykę Genesis, Yes, ELP, Focus, King Crimson, Marillion, The Enid, Arena, IQ oraz Vangelisa. Ja od siebie dodam jeszcze Pink Floyd, szczególnie w klimatycznych partiach gitary Jona Barry'ego .

Płyta trwa blisko 57 minut i składa się z sześciu rozbudowanych kompozycji: ''Atomic Sun Suite'' (Part 1, 2, 3) to monumentalny fundament albumu, łączący majestatyczne chóry mellotronowe, kościelne organy i emocjonalne solówki gitarowe; ''Atomic Blues'' – lżejszy, niemal oniryczny utwór z dominującym fortepianem i bluesową duszą; ''Nous Sommes Du Soleil'' – hołd dla klasyki gatunku (Yes); ''A Monk’s Prayer'' – ponad 14-minutowy finał, będący kulminacją technicznych i aranżacyjnych umiejętności duetu. Album jest pozycją obowiązkową dla fanów brzmień vintage.

Teraz trochę o warsztacie instrumentalnym, bo to bardzo istotna wskazówka przy ocenie tej płyty. Dla fanów brzmienia retro album jest prawdziwym katalogiem legendarnych instrumentów. Mike Hewetson, znany w środowisku jako "Moogtron", wykorzystał m.in.: mellotron M4000D – kluczowy dla uzyskania majestatycznych partii smyczkowych i chóralnych; minimoog Voyager i Roland Jupiter 80 – odpowiedzialne za soczyste, analogowe barwy syntezatorów; pedały basowe Moog Taurus Bass (MK 1) – generujące potężne, niskie pasmo, które w 2025 roku wciąż uznawane jest za wzorcowe dla gatunku symfonicznego prog rocka; gitarę basową Cort – opisywaną przez muzyków jako "najlepiej strzeżona tajemnica świata basówek" i stanowiącą fundament rytmiczny płyty. No i wisienka na torcie: organy piszczałkowe. Jon Barry natomiast używa klasycznych modeli Ibanez i Gibson oraz gitary 12-strunowej, co nadaje muzyce onirycznego, floydowskiego charakteru.

Czas na opis poszczególnych utworów. Suita "Atomic Sun" to podróż do najgłębszych zakątków wszechświata. Mimo braku tradycyjnej, żywej perkusji, wykorzystany zestaw elektroniczny Roland TD-11 brzmi tu bardzo naturalnie i dynamicznie, unikając efektu "automatu perkusyjnego". To właśnie ta kompozycja sprawiła, że album w 2025 roku był wymieniany jako jeden z najlepszych debiutów w gatunku symfonicznego rocka instrumentalnego. Część 1 otwiera płytę potężnymi organami kościelnymi, budując klimat niemal sakralny. Następnie przechodzi w bombastyczną erupcję, w której główną rolę odgrywają majestatyczne partie gitary oraz potężne brzmienie pedałów basowych Moog Taurus. Nagranie wprowadza słuchacza w stan gęsiej skórki dzięki wykorzystaniu organów Hammonda (przypominających styl Keitha Emersona) oraz chórów wygenerowanych z mellotronu. Sekcja ta płynnie przechodzi w długie, wirujące solówki syntezatorów i gitary, które budują kosmiczny klimat. Druga część suity to moment większego zróżnicowania tempa. Rozpoczyna się od bardziej nastrojowych, powolnych rytmów i wrażliwych linii gitary elektrycznej, które mogą budzić skojarzenia z grupą Focus. Następnie muzyka gwałtownie przyspiesza, wchodząc w cięższe, niemal heavymetalowe (w progrockowym znaczeniu) rejony, przypominające najbardziej intensywne momenty tria Emerson, Lake & Palmer. Kulminacją są tu soczyste solówki gitarowe Barry'ego wspierane przez potężną ścianę dźwięków wydobywających się z mellotronu. Część 3 to emocjonalny finał, w którym dominują płaczące solówki gitarowe Jona Barry'ego osadzone na bogatych podkładach mellotronowych. Zaczyna się od delikatnej, klasycznej etiudy fortepianowej, którą można porównać do techniki gry Ricka Wakemana. Z czasem utwór przeradza się w monumentalny finał z dominującym minimoogiem i kolejnymi partiami ociekającej łzami gitary, tworząc spójne i podniosłe zakończenie całego cyklu. Znów słyszymy organy piszczałkowe. Suita "Atomic Sun" to serce i najdłuższa część albumu o tym samym tytule, trwająca łącznie blisko 30 minut. Te trzy powiązane ze sobą części stanowią pokaz umiejętności Mike’a Hewetsona i Jona Barry’ego w tworzeniu nowoczesnego symfonicznego prog rocka.

Niezwykle pięknie i delikatnie rozpoczyna się utwór ''Atomic Blues''. Ten trwający 7:27 utwór to czwarta ścieżka na albumie i stanowi on fascynujące instrumentalne połączenie klasycznego bluesa z symfonicznym rockiem progresywnym. Jak wspomniałem, zaczyna się od onirycznej, marzycielskiej atmosfery. Mike Hewetson wprowadza delikatne partie fortepianu elektrycznego, które kojarzą się z rozgwieżdżonym niebem, podczas gdy Jon Barry dodaje subtelne, brzdąkające dźwięki gitary. Po eterycznym wstępie kompozycja osiada w wolnym, typowo bluesowym rytmie. Tutaj Jon Barry może w pełni zaprezentować swoje umiejętności – jego grę w tej części można porównać do stylu Gary’ego Moore’a ze względu na jej emocjonalny, niemal wyjący charakter. To, co odróżnia ten utwór od zwykłego bluesa, to wejście potężnych organów kościelnych i mellotronowych chórów. Dodatkowo, fundament niskich tonów zapewniają pedały basowe Moog Taurus, co nadaje bluesowej strukturze progresywny ciężar. Cudowne nagranie.

Równie wspaniały jest "Nous Sommes Du Soleil" trwający 5:22. To jeden z najbardziej lirycznych momentów na albumie “Atomic Sun”. Choć tytuł bezpośrednio nawiązuje do słynnego refrenu z suity "Ritual" zespołu Yes (z albumu ''Tales From Topographic Oceans''), interpretacja duetu Aytomic Sun nadaje tej idei zupełnie nowy, instrumentalny wymiar. Kompozycja jest znacznie krótsza i bardziej intymna niż epickie suity otwierające i zamykające album. Opiera się na delikatnym, niemal kruchym fundamencie fortepianu, który dominuje w pierwszej części utworu. Zwróćmy uwagę na odważne i udane podejście do interpretacji tekstu grupy Yes ("Jesteśmy ze słońca") poprzez dźwięki. Zamiast wokali, emocje i "treść" frazy przekazuje śpiewna gitara elektryczna Jona Barry'ego, która wchodzi w drugiej połowie utworu, tworząc czuły i podniosły dialog z syntezatorami. "Nous Sommes Du Soleil" pełni funkcję emocjonalnego łącznika. Po rozbudowanych suitach i "Atomic Blues", a przed monumentalnym finałem "A Monk’s Prayer", ten utwór stabilizuje klimat płyty, pokazując techniczną powściągliwość muzyków na rzecz czystej melodii i hołdu dla progresywnej tradycji. Dla fanów Yes jest to czytelne mrugnięcie okiem, jednak dla postronnego słuchacza to przede wszystkim przykład wysokiej klasy instrumentalnego art rocka, w którym fortepian rządzi i tworzy marzycielską atmosferę.

Przechodzimy do monumentalnego, trwającego ponad 14 minut, zwieńczenia albumu ''Atomic Sun''. "A Monk’s Prayer" to najbardziej epicki i duchowy moment całej płyty, stanowiący ostateczny pokaz technicznych możliwości duetu. Wstęp do utworu jest bezpośrednim nawiązaniem do legendarnego "Watcher of the Skies" zespołu Genesis – słychać w nim charakterystyczne, gęste partie mellotronu, które budują atmosferę tajemnicy i podniosłości. Następnie przekraczamy granicę królestwa organów kościelnych. Instrument ten, określany często mianem "Godzilli instrumentów", wypełnia całe spektrum dźwiękowe, tworząc potężną, niemal fizycznie odczuwalną ścianę dźwięku. W środkowej części pojawiają się partie minimoogu oraz kaskady mellotronowych chórów, co potęguje wrażenie symfonicznego rozmachu. Finał utworu to wyciszenie w formie uroczystego, ambientowego zakończenia, które można potraktować jako duchowe oczyszczenie. Podobnie jak na całej płycie, kluczową rolę odgrywają tu pedały basowe Moog Taurus, które nadają kompozycji głębi i sprawiają, że utwór brzmi niezwykle masywnie, szczególnie podczas odsłuchu na dobrym sprzęcie audio. ''A Monk’s Prayer" to soniczna kulminacja albumu – moment, w którym wszystkie wcześniej zarysowane motywy łączą się w jedną podniosłą całość, pozostawiając słuchacza w stanie głębokiej zadumy. Prawdziwy majstersztyk.

Reasumując, to dosyć długa recenzja, ale płyta po prostu na nią zasluguje. Pozycja wręcz obowiązkowa dla miłośników symfonicznego prog rocka. Budzi zachwyt swoją produkcją oraz nostalgią. Można określić ją mianem "staroświeckiego'' symfonicznego arcydzieła, które udowadnia, że instrumentalny prog rock wciąż ma wiele do zaoferowania. Jeśli szukasz muzyki, która wymaga skupienia i "odpłynięcia" (najlepiej suchając jej na słuchawkach), ten album jest aktualnie jednym z najlepszych wyborów w swoim gatunku. “Atomic Sun” to doskonały przykład na to, że klasyczny, instrumentalny rock progresywny wciąż ma się świetnie i potrafi zachwycać brzmieniem vintage w nowoczesnym wydaniu. Jeśli planujesz odsłuch, najlepiej zarezerwuj sobie wolną godzinę, załóż dobre słuchawki i daj się porwać tej kosmicznej podróży panów Mike'a Hewetsona i Jona Barry'ego. Bardzo gorąco polecam.                                                                                                        

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski