Od pierwszego przesłuchania, od pierwszego dźwięku miałem z tą płytą wiele problemów. Po pierwsze, nie zorientowałem się, że nazwisko jej autora powinno być mi już znane. Ale usprawiedliwieniem jest fakt, że pierwszą płytę z zespołem, którego był założycielem nagrał w roku 1998. Jakby nie patrzeć to dawno, dawno temu.
Po drugie, ta płyta nie jest typowym wydawnictwem, na które składają się „piosenki”, ot tak poukładane w jakiejś kolejności. Album składa się z sześciu krótkich „preludiów” przed każdym z sześciu pełnometrażowych utworów, po których następuje „postludium” kończące płytę. Zdaniem autora każdy z krótkich preludium, trwających od nieco ponad trzydziestu sekund do prawie dwóch minut, ma być samodzielnym tworem, porównując to do albumów z muzyką klasyczną, w których obecne są zarówno krótkie, jak i dłuższe utwory. A skoro tak, to ułożył każdy z krótkich tematów w takiej kolejności, aby zmaksymalizować płynność albumu. „(…) Te (krótkie) utwory w naszym gatunku trochę się gubią” – mówi autor - „(..) Chciałem więc, żeby publiczność wiedziała, że to kompletny pomysł. Że to miało tak być. (…) Miałem gotowe bardziej rozbudowane utwory i w myślach zastanawiałem się który z nich będzie pasował do większej całości, żeby wszystko stało się dziełem sztuki, a nie tylko, no wiecie, zbiorem utworów. Udało mi się to zrobić, niezależnie od tego, czy tonacja była podobna, czy nuta w akordzie pasowała, a potem nastąpiło płynne przejście”.
Po trzecie, to wydawnictwo jest pierwszym solowym krążkiem tego wykonawcy.
Wreszcie po czwarte, praca nad powstaniem krążka była długa, choć nie jest to do końca pasujące określenie do lat, w trakcie których powstała koncepcja albumu – „(…) Nie pamiętam dokładnie roku, ale to było chyba około 2003 roku, kiedy moja żona Anmarie kupiła mi mój pierwszy syntezator. (…) Nie był rewelacyjny, ale miał wszystkie te analogowe brzmienia, do których tak naprawdę wcześniej nie miałem dostępu. Jednocześnie robiłem magisterkę w SUNY-Purchase College. Wszyscy moi profesorowie skupiali się tylko na awangardzie. Nie mogłem iść na inne zajęcia, na których nie zachwalaliby niesamowitej muzyki awangardowej i musieliśmy się jej uczyć. Musieliśmy ją prezentować. Musieliśmy ją pisać. Więc to było w mojej głowie. Więc wszystkie te krótkie preludia (z płyty solowej – przyp. RP), te minutowe kawałki, to w zasadzie po prostu bawiłem się (nimi – przyp. RP) w okresie, w którym byłem w szkole i po prostu próbowałem zrobić coś innego dla zabawy. Nigdy nie myślałem, że stanie się to częścią czegokolwiek, co w przyszłości wydam na płycie”.
I dobrze się stało, że koniec końców ta płyta wreszcie się ukazała, bo pomimo swej złożoności pasuje doskonale do zbioru płyt nieoczywistych, z którymi przyszło mi się w tym roku spotkać. Jej autorem jest założyciel, klawiszowiec i wokalista amerykańskiej grupy Izz - Tom Galgano, a jej tytuł to „Sleepwalking In A Strange Land”. Jaka jest jej zawartość? Może w uformowaniu własnej opinii pomoże Państwu taki cytat z jednej z wypowiedzi Toma: „(…) Muzyka IZZ jest wyjątkowa i prawie wszystko, co komponuję, powstaje z myślą o zespole. (…) Jednak po latach nagrywania, miksowania i produkcji albumów IZZ, pozwalam sobie na muzyczne eksperymenty z pomysłami, które niekoniecznie pasowałyby do zespołu. Mój solowy album to zbiór tych eksperymentów, zbiór dzieł tworzonych z przerwami między 2005 a 2025 rokiem”. Dwadzieścia lat i oto ukazuje się pierwsza solowa płyta Galgano. Bardzo nieoczywista, o czym można się przekonać już od pierwszego z sześciu preludiów pt. „Ray of East”.
Bo pierwszy z utworów to raptem niecałe dwie minuty spaceru w jakimś intymnym leśnym zakątku, fortepianowe solo, śpiew ptaków… zapowiedź czegoś tajemniczego i jednocześnie bardzo przyziemnego wraz z narastającym szumem silnika samolotu, który kończąc ten wstęp płynnie przechodzi w gitarowo-bluesową opowieść pt. „A Riddle Song”. To opowieść rozciągnięta pomiędzy wieloma muzycznymi stylami, trudna do jednoznacznego zakwalifikowania, ale jednocześnie pełna progresywnych i całkiem nie-progresywnych dźwięków. To opowieść o tworzeniu, o powstawaniu, o rodzeniu się poezji, muzyki, rzeźby, to zarazem opowieść i skarga.
Jest to niespełna czterominutowa kompozycja, po której następuje drastyczna zmiana muzyczna. Nadchodzi bowiem wstęp (preludium numer dwa) pt. „Take Captive Every Thought”. Zwariowane, eksperymentalne, improwizujące, brzmiące niczym muzyk, który gra to, co się mu w danej chwili podoba, nie zważając na dyrygenta i zapis nutowy.
Następujący po drugim preludium utwór „Lens of Suspicion” to pokaz współpracy fortepianu i głosu wokalisty. To niby ballada, ale jej zawartość muzyczna w swej środkowej części wykracza poza ramy przyjęte dla takiego stylu, wkraczając na tereny klawiszowych improwizacji i bardzo elektronicznych dźwięków zespawanych z porywającą orkiestracją. To nic, że cały utwór jest reakcją na narastające ludzkie podejrzenia skierowane przeciwko wszystkiemu dookoła, że narracyjnie jest próbą ucieczki od innych, od świata. Muzycznie bowiem dostajemy nieoczywistą kompozycję będącą połączeniem skargi narracyjnej z dość eksperymentalną linią muzyczną opartą na elektronice, orkiestracji i ciekawej linii instrumentów klawiszowych.
W przypadku preludium numer trzy, „Make Me”, sprawa wygląda nieco inaczej. To dwuminutowy gitarowy żart nie będący utworem instrumentalnym, lecz piosenką o tym „(…) czy potrafisz sobie wyobrazić czas? / Gdybyśmy nie musieli myśleć / Gdybyśmy byli na krawędzi”. I jakby dla przeciwwagi, następujący po nim utwór - pełnometrażowa kompozyja „When Are You Coming Down Again” to, rzec by można, wreszcie utwór progresywny pełną gębą. Wielogłos, pulsujące dźwięki fortepianu i włączające się klawisze. Tak jak ma być!
Półminutowe, kolejne preludium „The Dreaming Earth” to delikatna minisonata fortepianowa, która „przygotowuje grunt” pod jakże neoprogresywną kompozycję pt. „Carried Away”. Po raz pierwszy w tym utworze pada, jak mi się wydaje, częściowe wyjaśnienie tytułu płyty - Lunatykowanie w dziwnym świecie: „(…) Powracam znikąd / Odzyskuję siły, by znaleźć swoje życie / Im więcej widzę, tym bardziej chcę być / w tym miejscu marzeń” – bo każdy muzyczny fragment tej płyty to nowy świat, nowy początek i następujący po nim nowy obraz życia.
Majestatycznie i nieco psychodelicznie brzmi kolejne z preludiów – „Love And There Will Be Love”. Jakby miało zapowiadać bardzo syntezatorowy utwór. I tak jest rzeczywiście. „Good Friend of Mine” brzmi podobnie. Nuta psychodelii, nieco pinkfloydowskie brzmienie z okresu „Ummagumma”, dominująca gitara i… aranżacja w podobnym gitarowo-psychodelicznym stylu.
Wreszcie ostatnie preludium, „It's Not a Table!”, zaczyna się niemal jak progresywne utwory z lat siedemdziesiątych. Zdecydowane brzmienie organów na granicy pomiędzy rockiem symfonicznym, a improwizacją nagle przepoczwarza się w fortepianową kompozycję „Let Poetry Do What Poetry Does”. Pod płaszczykiem poezji rozbrzmiewa jednak pieśń zabarwiona religijnym wyznaniem wiary. Ten utwór to zdecydowane powiedzenie „tak” otaczającemu nas sacrum i wspaniała muzyczna opowieść, którą wieńczy postludium pt. „Meditating On A Mystery”. To w sumie cztery minuty hipnotycznej gry fortepianu, śpiewu ptaków, delikatnego murmurandum i… kroki kogoś wychodzącego z tej lunatycznej dziwnej krainy.
Proszę nie zrażać się „dziwnością” tej płyty. Być może nieco pomocne w jej zrozumieniu będzie wyobrażenie sobie sali operowej lub filharmonicznej. Oto siadamy na swoich miejscach, teoretycznie wiemy, że będzie preludium, kolejne akty i tak do końca, ale odsłania się kurtyna, pojawiają się śpiewacy, muzycy i stajemy oko w oko z żywym procesem stawania się, dziania się i nagle zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy tylko biernymi uczestnikami, a stajemy się z chwili na chwilę współuczestnikami wydarzeń, które rozgrywają się przed nami. Może nie jesteśmy ich twórcami, ale aktywnymi odbiorcami, segregującymi pojawiające się emocje. Bo taka jest ta płyta… Każde jej przesłuchanie uruchamia coraz to nowe pokłady emocjonalne zależne od dnia, humoru, samopoczucia czy choćby banalnej temperatury otoczenia… Powstawała przez niemal dwadzieścia lat i jest obrazem lunatyka, który znalazł się w dziwnym świecie.
