Atomic Sun – Atomic Sun

Rysiek Puciato

Nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie pomyślałbym, że ostatnią nową płytą 2025 roku, która wpadnie mi w ręce będzie album debiutancki i do tego instrumentalny. Choć to tylko dowodzi, że nigdy nie należy się zarzekać i być pozytywnie nastawionym do spraw, które czasami dzieją się przez przysłowiowy przypadek. Proszę się nie pytać co mnie przekonało, by odejść od zamiłowania w pełnych treści i muzycznej epickości form muzycznych do… hmmm, operującej nastrojem, potężną dawką klawiszy i niesamowicie melodyjnymi aranżacjami płyty, przy słuchaniu której nie dostajemy podpowiedzi płynących z tekstów, a jedynie zdani jesteśmy na swoją własną siłę wyobraźni i samodzielnego wyczarowywania światów, które próbują pokazać nam twórcy wydawnictw całkowicie instrumentalnych.

Proszę po prostu wsłuchać się w trzyczęściową suitę, która rozpoczyna ten album. Może to zająć Państwu trochę czasu. Jakieś dwadzieścia dziewięć minut. Zbyt mało, zbyt krótko…? Zdecydowanie tak. Zdecydowanie zbyt szybko kończy się tytułowa suita z płyty „Atomic Sun” zespołu o tej samej nazwie.

Jakie są te trzy części? Imponujące. Pełne płynących niczym rwący potok dźwięków mellotronu i Hammondów połączonych z brzmieniami organów kościelnych, bombastycznie brzmiącą gitarą, ozdobione basowymi pochodami mooga i wspaniałymi solówkami, których nie powstydziłby się Keith Emerson.

Część druga to zmyślne połączenie mellotronu i mooga z potężnymi uderzeniami perkusji i ostrymi gitarowymi pochodami, które (jak sądzę) mają wzmocnić efekt blasku „atomowego słońca”. Focus, Emerson Lake & Palmer… – jak najbardziej, to bardzo możliwe skojarzenia. I jeszcze minimoog i… wcale nie cofamy się do lat siedemdziesiątych. Cały czas jesteśmy tu i teraz. Cały czas słychać ‘nową’ muzykę.

Część trzecia to intro ze wspaniałą grą fortepianu przechodzącą w dobrze znany, oldschoolowy rock symfoniczny. I wreszcie, w części środkowej, instrumentalny „wybuch atomowego słońca” zobrazowany przez zwariowaną i karkołomną muzykę z pogranicza muzycznego eksperymentu. To także hołd dla zespołu Emerson, Lake & Palmer, to także przypomnienie o King Crimson i jego muzycznych rozwiązaniach. To wreszcie wspaniałe zakończenie tej „zbyt krótkiej” suity. To także koniec potężnej dawki muzycznych emocji i swoisty szok dla słuchacza, że to już minęło, że trzeba wrócić do pozamuzycznej rzeczywistości.

Jakby tego było za mało, zespół daruje nam kolejne muzyczne zaskoczenie – prawie ośmiominutowy utwór „Atomic Blues”. Gitara, elektryczne pianino, powolny, łagodny rytm i niesamowita atmosfera emanująca zrównoważonymi dźwiękami, taki „ładnymi” pasażami i, zaiste, bluesowym feelingiem. Nie jest to typowy blues, proszę nie oczekiwać tego od zespołu, który właśnie poczęstował słuchacza prawie trzydziestominutową suitą pełną najprzeróżniejszych klawiszy. Zasłuchanie w kołyszącym powolnym rytmie początku mija, przeobrażając się w epicki, pełnowymiarowy utwór symfoniczny. I jeśli istnieje bluesowo-symfoniczne niebo, to właśnie się w nim Państwo znajdą.

„Nous sommes du soleil” – jesteśmy ze słońca… Tak jak początek tego utworu: fortepianowy, łagodny, kołyszący, taki swojski. Taki narracyjny, choć brakuje słów. Taki letni, choć za oknami śnieg i mróz. Taki otulający… Proszę się przekonać, szczelnie zasłoni nas od „niechcianego”.

Na koniec kolejna niespodzianka. Tak, zespół lubi zaskakiwać. Bazując na jakże dobrze znanych frazach, nawiązując do tych, co już kiedyś tak grali, tworzy jednak zmyślne i nowe kompozycje. Modlitwę mnicha („A Monk's Prayer”) rozpoczynają bombastyczne organy kościelne i dzwony, by w chwilę potem oddać ten monumentalny nastrój rozpoczynającej się w ciszy i szepcie mellotronu muzycznej modlitwie brzmiącej niczym wielogłosowe murmurando. Emanujący spokój i skupienie są osią tej kompozycji sprawiając jednocześnie, że mamy do czynienia z bardzo introwersyjnym i intymnym utworem, który swoim spokojem brzmi głośniej niż niejedna „głośna” kompozycja. Ten spokój aż krzyczy, by przygotować słuchacza do przewspaniałej końcówki. Ósma minuta – wznosi na szczyt muzyki i prowadzi słuchacza po niebieskich łąkach przez kolejne pięć minut, by pozwolić potem na wyciszenie, na uspokojenie, na powrót do zimowej rzeczywistości.

Z powodów formalnych napiszę tylko, że zespół tworzą nie byle jacy muzycy: były członek zespołu Galahad - Mike „Moogtron” Hewetson i gitarzysta Jon Barry znany z grupy The Far Meadow.

Podsumowanie…? Niestety takowego nie będzie. Proszę po prostu dać się zaczarować tej płycie. Jak dla mnie to „must have” dla wszystkich, którzy nie zapomnieli o ELP, Tonym Banksie, Ricku Wakemanie, King Crimson, Focus i… proszę po prostu posłuchać. Ach, wzmacniacze na full!

Zespół pracuje właśnie nad drugim albumem.

MLWZ album na 15-lecie Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski