Nemrud - At The End Of The Day

Rysiek Puciato

Początki rocka progresywnego w Turcji, bo do tego kraju prowadzi płyta, która właśnie się ukazała, sięgają lat siedemdziesiątych XX wieku podobnie jak to miało miejsce w Europie i Ameryce. I choć ówczesne zespoły nie miały technicznych możliwości podobnych jak grupy europejskie, to jednak można wyróżnić kilka, których muzyka łączyła w sobie elementy rocka psychodelicznego z folkową muzyką turecką, tworząc w ten sposób swoisty styl muzyczny zwany rockiem anatolijskim. Dziwnym trafem to wokół miasta Anatolia działało najwięcej grup grających taką muzykę. Można tu wymienić takich wykonawców, jak: Bunalım, Barış Manço z Kurtalan Ekspres, Cem Karaca z Dervişan, a później Edirdahan, Moğollar na kilku swoich albumach, Erkin Koray i Fikret Kızılok z zespołem Tehlikeli Madde. Zainteresowanych odsyłam do takich płytm jak: Barış Manço – „Yeni Bir Gün” (A New Day) z piękną grą organów Hammonda czy Erkin Koray – „Elektronik Türküler’’ zasługujący na uwagę ze względu na interesujące dodanie do europejsko brzmiących fraz muzyki bliskowschodniej oraz tureckich tekstów. Przełomowym albumem w rozwoju tureckiego rocka progresywnego był krążek Cem Karaca And Dervişan pt. ‘Yoksulluk Kader Olamaz’ (1975) (Poverty Can Not Be Destiny – przyp. RP). Można by tu jeszcze wymienić grupę 21 Peron z Izmiru, która gra do dzisiaj, a ich ostatni album  ‘Sanki Hep Buradaydik’ ukazał się w roku 2018.

Początek lat osiemdziesiątych to, oprócz muzyki disco i punka, pierwsze nagrania zespołu Asia Minor. Jego dwa albumy: “Crossing The Line” (1979) i “Between Flesh and Divine” (1980) to już słyszalne tony zespołów Camel i Jethro Tull. W roku 1980 zespół Hardal zrealizował swój album „Nasıl? Ne Zaman?” do dzisiaj nazywany najlepszym tureckim albumem progresywnym wszech czasów.

Lata dziewięćdziesiąte to zwrot w kierunku metalu i hard rocka. Zespoły takie, jak Pentagram (Mezarkabul) wydawały albumy hardrockowe i metalowe z elementami progresywnego rocka, Kronik i Dr Skull byli aktywni na scenie metalowej, a Bulutsuzluk Özlemi, Kesmeşeker i Mavisakal stali na czele łagodniejszej odmiany tureckiej sceny rockowej. Proszę w wolnej chwili posłuchać albumu  „Köledoyuran” zespołu Replikas – naprawdę warto.

Wreszcie dochodzimy do końca tej historycznej części, która, jak mam nadzieję, nikogo nie znudziła, bowiem w 2010 roku ukazała się pierwsza płyta zespołu, który jest bohaterem tej recenzji. Zespołem tym jest Nemrud.

Pierwszy album grupy Nemrud (który swoją nazwę wziął od góry Nemrut w południowo-wschodniej Turcji mierzącej 2150 m n.p.m., znanej z grobu-sanktuarium zbudowanego w 62 r. p.n.e. przez króla Antiocha I Theosa z Kommageme na szczycie, i widoku na dolinę Eufratu) z 2010 roku – „Journey of the Shaman” będący albumem koncepcyjnym składającym się z trzech części i opowiadającym turecką mitologiczną historię o „Eposie o stworzeniu Ałtaju”, gdzie ścierają się dobro i zło. Dobro i zło przedstawiane są jako Ulgen (ten dobry) i Erlik (ten zły). Drugi album, „Ritual” z 2013 roku, był krokiem naprzód dla zespołu i prawdopodobnie jest ich najlepszym dotychczasowym dziełem. Potem wydali jeszcze płytę pt. „Nemrud” (2016). Wspólnym mianownikiem wszystkich tych trzech albumów jest mroczny nastrój, wyrafinowane i przemyślane teksty oraz ciągnące się, lecz nie nudne, melodie. W muzyce Nemrud można znaleźć trochę wpływów Eloy oraz Camel. A sam zespół uważany jest w Turcji za najlepszy zespół grający rock progresywny, symfoniczny i atmosferyczny. Tyle, że rok 2016 był ostatnim znakiem życia grupy. Ale teraz, po dziewięciu latach milczenia, wracają z nowym albumem zatytułowanym „At The End Of The Day”. Album ten , który ukazał się jako podwójny longplay, porusza tematy wewnętrznego konfliktu, upadku moralnego, utraty sprawiedliwości i dążenia ludzkości do ostatecznego końca, a wszystko to wyrażone jest poprzez bardzo charakterystyczne brzmienie.

Prawie dziesięć lat ciszy i otrzymaliśmy wydawnictwo, na które składa się czternaście kompozycji i które trwa ponad siedemdziesiąt minut. Słucha się go z zapartym tchem, bowiem jest w nim jakieś skupienie, powolne frazowanie, mroczna atmosfera, jednostajność, która rzuca zaklęcia słuchania, jest wreszcie wokal, który niską szarawo-melodyjną barwą wręcz hipnotyzuje. Czternaście, wcale nie krótkich, kompozycji to duże zadanie dla każdego zespołu. To długi czas do muzycznego zagospodarowania, do przekonania słuchacza, że warto podążyć za kolejnymi utworami, że mają one coś nowego i wspólnego zarazem do powiedzenia. Na tym krążku udaje się to lepiej niż dobrze.

Podczas pierwszych przesłuchań coś mi nie pasowało. Jakby część kompozycji powstała dużo wcześniej, w innych warunkach. Dopiero kolejne podejścia do tego wydawnictwa, słuchanie płyty od początku do końca, bez przerwy oraz lektura wywiadu, jakiego udzielił lider formacji, Mert Göçay, pozwoliły mi, jak się wydaje, zaryzykować sformułowanie pewnych wniosków oraz dokonanie podziału wszystkich utworów na trzy grupy, trzy ścieżki, które wiodą przez wspólne tematy i podobne muzyczno-aranżacyjne rozwiązania, ale, stanowiąc jedność, są zarazem różne. Ścieżka pierwsza to utwory od pierwszego do trzeciego akcentujące sferę osobistych przeżyć, indywidualnego spoglądania na otaczający nas świat. Druga to dwie kolejne kompozycje stanowiące jakby przerywnik w budowaniu atmosfery zadumy i rezygnacji. Wplatającymi w aranżacje odgłosy poszukiwania stacji radiowej czy głosów dzieci. Wreszcie ścieżka trzecia to pozostałe kompozycje, od szóstej do czternastej, przy czym ostatnia jest zarazem utworem podsumowującym płytę i jednym z najlepszych fragmentów tego wydawnictwa. Dlaczego taki właśnie podział? Jak się wydaje pierwszą przyczyną jest czas, w jakim powstawała płyta. We wspominanym wywiadzie Mert bardzo precyzyjnie określa czas i okoliczności powstawania tej płyty: „(…) Tak naprawdę zaczęliśmy nagrywać ten album już w 2020 roku, dokładnie w momencie, gdy pandemia COVID-19 wstrząsała całym światem. W Stambule obowiązywała ścisła godzina policyjna każdego wieczoru o 20:00, więc naszą rutyną stało się wchodzenie do studia wcześnie rano i granie aż do rozpoczęcia lockdownu. To była nietypowa i wymagająca atmosfera, ale też dziwnie inspirująca – świat na zewnątrz był cichy, a my mogliśmy głęboko zanurzyć się w muzyce. Długa przerwa, która nastąpiła później, wynikała z połączenia poważnych problemów zdrowotnych i faktu, że członkowie zespołu mieszkali w różnych krajach, co jeszcze bardziej skomplikowało proces.(…) To, co naprawdę podniosło nas na duchu w tym okresie, to obserwowanie pojawiania się nowych zespołów rocka progresywnego. Obserwowanie tej nowej energii na scenie zmotywowało nas do ponownego spotkania i ostatecznego dokończenia nagrań. W pewnym sensie cisza, przeszkody i czas rozłąki stały się częścią DNA albumu”.

Drugi powód zaproponowanego wyżej podziału to zasada, która towarzyszyła muzykom podczas tworzenia albumu: „(…) Na naszych wcześniejszych albumach podchodziliśmy do aranżacji z filozofią „mniej znaczy więcej”, ograniczając partie gitarowe i klawiszowe do minimum i skupiając się na przejrzystości. Ale na „At the End of the Day” pozwoliliśmy sobie na znacznie większą swobodę. Całkowicie otworzyliśmy zawory, że tak powiem, i zaakceptowaliśmy bogatszą, bardziej rozległą paletę dźwięków. Należy jednak pamiętać, że złożoność ma sens tylko wtedy, gdy każda warstwa ma swój cel. Bardzo starannie dobieraliśmy tony, tekstury i częstotliwości, aby nic nie kolidowało ani ze sobą nie rywalizowało. Każdy element musiał wspierać emocjonalny rdzeń utworu, a nie odwracać od niego uwagi”.

Czas i nowe pomysły – to powody zróżnicowań, które słychać na tym krążku. „The Fate”, „Open Your Eyes” i „Keep On Stay”, będące odrębnymi kompozycjami, jednocześnie z muzyczną łatwością przechodzą jeden w drugi. Ostatnie dźwięki utworu poprzedzającego bezbłędnie wpasowywują się w początek kolejnego, tworząc zróżnicowaną tematycznie i muzycznie, ale jednak w jakiś sposób połączoną całość. Całość nieco surową aranżacyjnie i brzmieniowo, całość prostą w sposobie przekazu, całość niesamowicie melancholijną i pełną brzmieniowej szarości. A przy tym od pierwszego riffu możemy dokładnie odczuć co czeka nas w dalej: „(…) Walę głową w ścianę / I słyszę, kiedy wołasz / I nawet gdy moje życie się skończy / Wciąż część mnie będzie w tobie / Po prostu zostań!”. Smutek, beznadzieja… mrok: „(…) I wytrzyj krew ze swojej ręki, to twoje prawo / Otrząśnij się, wróć do walki”.

Zmianę narracji i muzycznego przekazu przynoszą kompozycje: „Fabrication Journey” i „Every Human”. Z tematów bardzo intymnych, osobistych przechodzą w opisy bardziej ogólne, ogólnoludzkie. Wspomniane odgłosy poszukiwania stacji radiowych w pierwszym z nich czy głosy dzieci w drugim, wywracają dotychczasową „osobistą” melancholię na rzecz swoistej analizy sytuacji człowieka w świecie. „(…) Każdy człowiek ma swoją rolę do odegrania / Zaufaj swoim myślom, aby odnaleźć drogę / Oczyść emocje z szarości / Złącz ręce w geście dumy” – te słowa wzięte z utworu „Every Human” to główne przesłanie tych kompozycji. To jednocześnie piosenkowy przełom tego wydawnictwa. „Every Human” wprowadza album na nowe tory aranżacyjne, na tory (wspomnianych w cytacie z wywiadu zaprezentowanym wyżej) bardziej bogatych brzmieniowo palet dźwięków bez porzucenia tego, co stanowi największą wartość tego krążka – melancholijnego, ale nie depresyjnego opisu świata i ludzkich emocji. Nie po raz pierwszy w swej historii zespół wykorzystuje aranżacyjne dodatki w typie odgłosów stacji radiowych i im podobnych. Proszę w wolnej posłuchać płyty „Nemrud” z roku 2016. Przy okazji „Every Human” to jedna z najlepszych kompozycji na tym wydawnictwie, a następujący po niej kolejny utwór „Somewhere Between Doom And Prophecy” („Gdzieś pomiędzy zagładą a proroctwem”) mimo złowróżbnego tytułu, to kolejna najlepsza kompozycja.

Tematykę trzeciej ścieżki, trzeciej grupy utworów z tego wydawnictwa, chyba najlepiej charakteryzują następujące słowa: „(…) Tyle dobra jest w najgorszym z nas / I tyle zła w najlepszym z nas / Musisz odkryć swoją nienawiść / Odrzucić swoje ograniczenia” oraz wypowiedź lidera zespołu: „(…) W swojej istocie, album „At the End of the Day” ma poprowadzić słuchaczy przez szeroki łuk emocjonalny, odzwierciedlający zarówno kruchość, jak i odporność ludzkiego doświadczenia. Nie chcieliśmy, aby album po prostu opisywał ciemność; chcieliśmy, aby poruszał się przez nią, pozwalając każdemu słuchaczowi skonfrontować się z własnymi pytaniami, wątpliwościami i refleksjami. Podróż rozpoczyna się od poczucia wewnętrznego konfliktu, poczucia stania na progu, gdzie coś się zmienia, zarówno osobiście, jak i zbiorowo. W miarę rozwoju albumu muzyka prowadzi słuchacza przez napięcie, niepewność i chwile emocjonalnej turbulencji. Te fragmenty mają być chwilami niepokojące, ponieważ odzwierciedlają świat, w którym żyjemy. Ale im dalej podróżujesz, tym bardziej poszerza się perspektywa. Muzyka stopniowo otwiera się na szersze, bardziej kontemplacyjne przestrzenie, gdzie rezygnacja przeradza się w akceptację, a akceptacja w cichą formę nadziei. Gdy ostatnie nuty ucichną, naszym zamiarem jest, aby słuchacz poczuł poczucie uwolnienia, niekoniecznie rozwiązania, ale głębszego zrozumienia własnego krajobrazu emocjonalnego. Dzięki temu album jest mniej nastawiony na udzielanie odpowiedzi, a bardziej na oferowanie przejścia: podróży od zgiełku zewnętrznego świata do wewnętrznej ciszy, gdzie mogą zacząć kształtować się jasność i znaczenie”.

I w chwilę po zakończeniu „Somewhere Between Doom And Prophecy” do odtwarzacza wkrada się utwór „Unjust” wraz z jego radosno-smutnym przesłaniem: nowe życie rodzi się z popiołu. „From Hell To Eternity” zastanawia się nad kwestią wolności i zasad, które nas prowadzą przez życie. „Let It Burn” niejako zmusza do zaakceptowania prostej prawdy: „to ja i moje czyny kształtują mnie i moje oblicze”. „Return To Void” niemal recytuje: „(…) Nie chcę być / Nie chcę widzieć / Nie chcę uciekać / Nie mogę cię uwolnić”. A wszystko to nie potrzebuje mocnych gitarowych riffów, przesterowanych klawiszy, punkowej prosty czy krzyku. Te utwory uwodzą smutkiem, melancholią i skrywaną łagodnością. Nie ma tu aranżacyjnej złości, eksperymentalnych pasaży… Jest ogromna, intymna prostota przekazu.

Kolejne utwory – „End Of The Day”, „All This Time” czy „Emotion Of Gray” to subtelne i bardzo melodyjne połączenie klawiszowych pasaży z prostą grą gitary. Takie niespieszne, pełne wokalnej kontemplacji i wykonawczej pokory. I otaczający słuchacza nastrój intymnego obcowania z kolejnymi frazami delikatnej muzyki, choć zabarwionej smutkiem i odrobiną poczucia beznadziei.

Płytę kończy utwór pt. „The Gate” – pełen buntu, mocniejszych dźwięków, muzycznego zdecydowania i przekazu zamkniętego w buntowniczym refrenie: „(…) Z piekła do wieczności / Zagłada i proroctwo / Przez śmierć i niewolę / Już nie będzie matkowania”. Proszę samemu zdecydować czy to wezwanie do buntu czy też uznanie niemocy.

Na swojej nowej płycie Nemrud – pionierzy rocka progresywnego w Turcji - nie tylko, jak to się mówi, „dają radę”. Misterne struktury aranżacyjne, igranie na nastrojach i emocjach, nieco psychodeliczny blask pomieszany ze smutkiem przekazu i melancholią dźwięków czynią to wydawnictwo jednym z najlepszych w tym roku. Nie spodziewałem się takiego albumu, nie spodziewałem się, że po raz kolejny przemówi do mnie prostota aranżacji, która w ascetyczny instrumentalnie sposób sprawi, że od momentu wydania tego krążka, co jakieś dwa, trzy dni wkrada się on do mojego odtwarzacza, by zniknąć dosłownie na chwile i powrócić niczym tęsknota za czymś bardzo niepowtarzalnym, niesamowitym i wyczekiwanym.

W skład zespołu Nemrud wchodzą: Mert Göçay (wokal, gitara), Mert Alkaya (perkusja) i Levent Candas (gitara basowa). Płyta powstała przy współudziale gości: klawiszowca Leventa Candasa i Basaka Alkaya (chórki). Zainteresowanych nabyciem fizycznego wydawnictwa zachęcam do cierpliwego przeszukania internetu, bowiem nie zetknąłem się z żadnym europejskim sklepem posiadającym w sprzedaży ten krążek. W planach jest wydanie boxu ze wszystkimi płytami zespołu. Trzymam kciuki. A zainteresowanych historią rocka progresywnego w Turcji odsyłam do wspaniałego artykułu autorstwa Barışa Mumcu pt. „The Story of Turkish Progressive Rock Spanning Half a Century” i dziękuję za szereg szczegółowych, wykorzystanych w niniejszej recenzji, informacji (całość patrz tutaj).

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend w Zabrzu Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski