Collage - Baśnie

Dariusz Maciuga

Parę lat temu w jednym z magazynów muzycznych przeczytałem słowa, które były dla mnie niczym grom. Ktoś dokładnie nazwał i określił moje własne odczucia względem muzycznej sztuki. Absolutnie bez żadnej kokieterii powiem, że tym kimś był Artur Chachlowski, a słowa te brzmią tak: „Muzyka to przede wszystkim emocje. To szybsze bicie serca, to miłe ściskanie w żołądku, to ciarki na skórze i pozornie irracjonalna chęć słuchania danego utworu, czy płyty <sto razy pod rząd>”. Te dwa zdania całkowicie oddają mój sposób postrzegania muzyki, ale chyba do żadnej płyty nie odnoszą się tak silnie, jak do debiutu Collage – płyty o wdzięcznym tytule: „Baśnie” z 1990 roku.

Wraz z tym albumem otrzymaliśmy muzykę, którą wielu porównuje do wczesnego Marillion i innych pokrewnych grup z neoprogresywnej rodziny. Zważywszy na ekspresję i emocjonalność muzyki, można uznać, że to całkowita prawda. Jednak muzyka Collage w ogromnym stopniu zachowuje swoją indywidualność. Przede wszystkim brzmi bardziej „swojsko” i posiada klimat w pełni zgodny z tytułem. Właśnie ta druga cecha określa istotę albumu. Tworzą ją przede wszystkim wybijające się na pierwszy plan brzmienia klawiszowe, za pomocą których ówczesny klawiszowiec zespołu, Jacek Korzeniowski wprowadza wręcz namacalnie wyczuwalną baśniowo - oniryczną aurę. Dźwięki te nie są tylko tłami, ale pełnią równorzędną rolę z pozostałymi instrumentami. Drugi wyróżnik to gitara. Mirosław Gil zastosował zupełnie inne, z lekka ostrzejsze brzmienie niż na późniejszych płytach zespołu. Jednak jest ono tak charakterystyczne i unikalne, że stanowi specyfikę tego instrumentu na tym albumie. Na szczególną uwagę zasługują też teksty. Przede wszystkim duże uznanie należy się Tomaszowi Różyckiemu za zaśpiewanie ich po polsku, bo są naprawdę niezwykłe, mają intrygującą baśniową, a jednak nieoderwaną od rzeczywistości poetykę, przez co w sposób idealny podkreślają nastrój płyty. I choć nie ma sensu opisywać ich przesłania ani tym bardziej analizować i kombinować nad tym, „co autor miał na myśli”, to już pobieżne wsłuchanie się w nie ukazuje, że dotyczą jakiś ważnych spraw, przeżyć, przemyśleń, podanych w sposób bardzo poetycki. Nawet jeśli odnosi się czasem wrażenie banalności jakiegoś wyśpiewanego wersu, to nie wpływa to w żaden sposób na odbiór całego utworu, bo w tej prostocie tkwi poniekąd cały urok. Z reguły taki „rodzynek” po prostu pasuje do całości. Ponadto liryki te są bardzo uniwersalne i jest aż nadto oczywiste, że każdy może je interpretować we własny, bardzo osobisty sposób. Intrygujące jest też to, że nie da się wyszczególnić konkretnych utworów, które posiadają coś specyficznego, co wybijałoby je ponad inne. Od początku do końca wszystkie trzymają bardzo równy poziom zarówno techniczny, aranżacyjny, kompozytorski, jak również nastrojowy i emocjonalny.

Poza muzyką na szczególną uwagę zasługuje okładka. Tutaj pojawia mała zagwozdka, bo nie ma co ukrywać, że jest to obraz balansujący na granicy kiczu. Niemniej jest tak mocno zintegrowany z muzyką i tak wciągający, że trudno wyobrazić sobie jakikolwiek inny. Piękny, oświetlony światłem Księżyca las i elf z puszką Coca Coli w dłoni nie dość, że skłania do myślenia, to wyjątkowo silnie oddziałuje na emocje i wrażliwość słuchacza. Jest w tym obrazku (jak i w muzyce) coś wyjątkowo nostalgicznego, melancholijnego i magicznego zarazem. Coś, co mają tylko nieliczne płyty nielicznych wykonawców.

Chcąc zachować jakąś dozę obiektywizmu, trzeba uczciwie przyznać, że warunki, w jakich powstawał album wpłynęły niekorzystnie na jego brzmienie. Jest ono bardzo płaskie, brakuje mocy basu, bębny są mało selektywne*, itd. Trzeba mieć na uwadze fakt, że w Polsce panowały wtedy jeszcze praktycznie realia peerelowskie ze wszystkimi niedogodnościami i brakami. Jednak, jak by nie było, zespół maksymalnie wykorzystał dostępne możliwości, a przede wszystkim swój talent i drzemiący w muzykach potencjał, tworząc muzykę co najmniej dobrą. Chociaż nie do końca jest to właściwe określenie. Bardziej pasuje: niezwykłą.

Album ten świadczy, jak mało który, o tym, że muzyka to przede wszystkim dźwięki wypływające z duszy i serca, a nie z dziesiątków przesterów, triggerów, setek efektów i podrasowanych w pierwszoligowych studiach brzmień. To dowód na to, że za pomocą prostych brzmień i niewyszukanych instrumentów (oczywiście jak na dzisiejsze standardy), za to mając sporą wyobraźnię i wrażliwość można stworzyć muzykę, której słucha się latami. Co więcej, dla mnie osobiście to album na całe życie.       

Tymczasem, gdy piszę ten tekst nastaje „długa, długa noc, cienie wokół mnie”, więc odpalam płytę, bo „chcę zatrzymać czas – hen na stare ścieżki wyjść”, by znaleźć się „w zaklętych miejscach, gdzie marzenia zatrzaskują mnie”...

* Utwory z „Baśni” zagrane na żywo (czyli z odpowiednim nagłośnieniem) po prostu zwalają z nóg. Pierwsza myśl, jaka wtedy przychodzi do głowy to: „tak to powinno brzmieć na płycie”.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend w Zabrzu Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski