Lacrimosa - Lichtgestalt

Dariusz Maciuga

W mojej głowie powstał niegdyś dość osobliwy podział twórczości Lacrimosy na trzy etapy. Przedstawia się on następująco: pierwszy to trzy pierwsze płyty nagrane przez Tilo Wolffa jeszcze w pojedynkę. Prezentują one oszczędny w brzmieniu i zasobie instrumentarium, surowy i ponury dark wave z elementami rocka gotyckiego. Drugi etap zaczyna się przełomem – albumem „Inferno”. Muzyka staje się cięższa, zdecydowanie bardziej rozbudowana, dochodzą brzmienia symfoniczne i głos Anne Nurmi, klimat staje się bardziej mroczny, ale jednocześnie nie tak surowy, jak do tej pory.

Od albumu „Lichtgestalt” (2005) zaczyna się rozdział trwający do dziś, a charakteryzujący się sprawnym połączeniem (w zróżnicowanych proporcjach i konfiguracjach) brzmień i nastrojów z owych poprzednich etapów i nadania im nieco bardziej rockowej ekspresji. Chociaż uczciwie przyznaję, że w muzyce Lacrimosy nie zaszły znaczące zmiany w porównaniu z etapem poprzednim. Ten album to kwintesencja tego, co można określić „stylem Lacrimosy”. Nie ma tu typowego - zimnego, ponurego - gotyckiego klimatu, który zastąpiony został szeroko obecną, ale w żadnym wypadku nie dominującą, melancholią. Oczywiście sporo jest dźwięków orkiestralnych. Są one rdzeniem większości utworów, ale w pełnej krasie pokazują się w ostatnim - „Hohelied der Liebe”, gdzie są standardowo połączone z chóralnymi śpiewami, ciężkimi, gitarowymi riffami i bardzo powolnym tempem. Ponadto zespół prezentuje typowe dla siebie ballady w wykonaniu Tilo - „Nachtschatten” i „The Party is Over” oraz charakterystyczny dla Anne, utrzymany w stylistyce dark wave, „My Last Goodbye”. Reszta utworów to ekspresyjne, rockowo–symfoniczne - „Kelch der Liebe”, „Lichtgestalt” i „Letzte Ausfahrt: Leben”, którym jednak daleko od sztampy. Jednak niewątpliwym numerem jeden jest otwierająca płytę kompozycja „Sapphire”. Nawet, jeśli nie jest to arcydzieło w dorobku Lacrimosy (choć z pewną dozą ostrożności jestem skłonny tak uznać), to na pewno jest to najlepszy kawałek na tym albumie. Tutaj powstaje otwarte pytanie: czy warto najlepszym numerem rozpoczynać album? Niemniej „Sapphire” jest też jednym z najbardziej oryginalnych utworów, jakie stworzył Tilo. Wpływają na to trzy czynniki: konstrukcja utworu oparta o wolno rozwijający się temat, ultraciężkie brzmienie gitary i nietypowy wokal. Zaczyna się bardzo spokojnie: łagodna, przyjemna melodia, grana na flecie z typowym śpiewem Tilo. Potem stopniowo wprowadzane są kolejne partie instrumentów (klawiszowe tło, gitara akustyczna, obój), głos Anne iledwie słyszalna, mechaniczna perkusja. Wszystko toczy się w bardzo spokojnej, kojącej atmosferze. Istotną rolę pełni tu linia basu, która wyraźnie nakreśla to, co wydarzy się za chwilę. Muzyka nabiera mocy po prawie czerech minutach takiej sielanki wraz z wejściem trąby i kilkukrotnym uderzeniem w werbel, w tym momencie wchodzi najbardziej monstrualny riff w historii Lacrimosy. Oparty jest on o nisko strojone gitary i bas oraz mocne uderzenie perkusji i dość wolne tempo. Mówiąc bez ogródek: to brzmienie po prostu miażdży. Dodatkowo tym, co zwiększa ciężar utworu jest wokal Wolffa. Przyznam, że do tej pory nie słyszałem takich dźwięków wydobywających się z gardła tego artysty. To, co demonstruje to nie jest nawet krzyk, ale histeryczny, upiorny wrzask, który, mimo że trwa zaledwie minutę, powoduje, że dosłownie włos jeży się na grzbiecie. Przy okazji pokazuje dobitnie, że spektrum możliwości wokalnych, jakie posiada, jest w istocie zaskakujące. I choć różne pomruki, skowyty i piski pojawiały się gdzieniegdzie na pierwszych płytach, to w tym utworze Tilo zdecydowanie przeszedł sam siebie. W dalszej części tego utworu jest już zgoła inaczej, ale nie mniej interesująco: pojawiają się łagodne, instrumentalne momenty, perkusja staje się bardzo dyskretna i stanowi przez dłuższą chwilę tylko tło z cichymi pogłosami, w tle słychać delikatny śpiew Anne, a wokal Tilo staje się ponownie śpiewem. Wszystko to aż do krótkiego wyciszenia, które kończy tego jedenastominutowego kolosa.

Krótko podsumowując, „Lichtgestalt” to płyta w ogólnym zarysie bardzo zróżnicowana i na pozór dość nierówna, ale po kolejnych przesłuchaniach wyłania się jej „tajemnicza” spójność, pokazując swego rodzaju jedność w różnorodności. Choć nie zawsze zróżnicowanie płyty jest zabiegiem udanym, to w tym przypadku zdecydowanie się powiodło. A to wszystko z jednym ważnym zastrzeżeniem: że poświęci się temu albumowi trochę czasu na osłuchanie się z nim.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend w Zabrzu Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski