Od dawna jestem wielkim fanem Alana Morse'a i uważam, że jego gra na gitarze w Spock’s Beard bywa często niezauważana, a ogromny talent muzyczny niedoceniany. Ma on bardzo charakterystyczny styl i kiedy w latach 90. zobaczyłem Spock's Beard na żywo, pomyślałem, że jest to gitarzysta wyjątkowy. A już widok jego i Neala Morse’a grających razem na jednej gitarze – każdy na trzech strunach - to coś, co zapamiętam chyba na zawsze. Niedługo po odejściu Neala z zespołu miałem również okazję przeprowadzić wywiad z Alanem. Wydał się ciepłą i autentycznie interesującą osobą, więc z niecierpliwością zawsze czekałem na jego solowe płyty. Tak jak i na ten nowy album.
To już drugi solowy krążek Alana. Pierwszy, autorski i instrumentalny, „Four O’Clock And Hysteria” ukazał się w 2007 roku, a tym razem mamy album z utworami wokalnymi, w których gościnnie wystąpiło wielu muzyków. Alan skomponował lub współtworzył cały materiał i znalazł w nim przestrzeń na występy niemal całego składu Spock's Beard, zarówno obecnego, jak i dawnego, z wyjątkiem Nicka Pottersa (ale biorąc pod uwagę, że w zespole było już w sumie czterech perkusistów, prawdopodobnie nie było już dla niego wystarczająco dużo miejsca). Alan sam udziela się instrumentalnie, grając na większości gitar i basie, ale w jednym utworze pojawia się stary kumpel z zespołu, Dave Meros, a w drugim – Tony Levin.
To bardzo „rodzinny” album. Poza Tony Levinem na basie i saksofonistą Domonicem Deanem Breaux, album jest dziełem rodziny: John Morse gra na perkusji, Alan i Neal dzielą się wokalem prowadzącym i wspierającym oraz gitarami, Neal gra na syntezatorach, podczas gdy sam Alan gra na gitarach, basie i na… wiolonczeli.
Płyta „So Many Words” brzmi dokładnie tak, jak powinna brzmieć – wyraźnie słychać, że jest ona projektem pobocznym dla kogoś, kto gra w znanym zespole i w którym nie jest głównym autorem piosenek. Zawiera zróżnicowaną muzykę, a Alan udowadnia że oprócz bycia kompetentnym muzykiem, ma bardzo przyjemny głos i posiada talent do śpiewania głównych linii wokalnych (chociaż w jednym nagraniu śpiewa Ted Leonard, w dwóch Alan razem z Nealem, a w kolejnym - Julia Morse). Dla mnie najważniejszy nie jest kunszt muzyczny zaangażowanych osób, który, podkreślmy, jest naprawdę ogromny, ale jakość i spójność samych utworów. Alan skomponował dwa z Nealem, a pierwszy z nich, „I Don't Want To Travel Time If It Takes Forever”, zdecydowanie wyróżnia się na tle innych. To porywający, melodyjny numer rockowy, mocno osadzony w power popie i zasługujący na miano wielkiego hitu radiowego w Stanach Zjednoczonych.
Są też na tej płycie inne, całkiem ciekawe nagrania, jak na przykład „Make Me Real Again” - stosunkowo ciężki, ale udany numer, ale już na przykład instrumentalny „Bass Solo” jest w rzeczywistości słabszy i całkowicie inny, niż sugeruje tytuł – zbyt dużo w nim elektronicznej perkusji i efektów, co psuje delikatny i interesujący nastroj. Styl i jakość całego albumu są niestety dość niespójne, ponieważ Alan przechodzi od jednego gatunku do drugiego i stara się trzymać głównie w komercyjnym, radiowym power popie i soft rocku, tylko gdzieniegdzie wprowadzając niewielką domieszkę progresywnych smaczków, z którymi przecież zazwyczaj go kojarzymy.
Efektem jest album, który z pewnością przypadnie do gustu przede wszystkim oddanym fanom Spock’s Beard, ale poza kilkoma niezłymi piosenkami nie ma na nim niestety zbyt wielu mementów, do których i oni będą chcieli chętnie wracać.
Tłumaczenie: Artur Chachlowski
