Gift, The – Seven Seasons

Rysiek Puciato

W przekładzie na język polski tekst, który posłużył za inspirację do napisania piosenek na najnowszy album grupy The Gift pt. „Seven Seasons” brzmi tak:

„(…) Cały świat to scena,
A wszyscy mężczyźni i kobiety to po prostu komedianci;
Którzy znikają ze sceny i się na niej pojawiają,
I każdy człowiek za swego żywota odgrywa różne role,
Akty te rozgrywają się na siedmiu etapach życia”.

Cały świat to teatr… Czyż słowa te nie wtopiły się w nasz codzienny język? Czy nie stały się podstawą do prób wytłumaczenia ludzkich zachowań, stylów życia…? Cały świat to scena, a my, pojedynczy ludzie, odgrywamy jakieś role: swoje role… nakazane role… wyćwiczone role…. Chyba nie pomylił się zbytnio melancholijny Jacques w akcie II, scenie VII, wersie 139 komedii pasterskiej pt. „Jak Wam się podoba” autorstwa niesamowitego obserwatora natury ludzkiej we wszelkich jej przejawach - Williama Szekspira. Wszyscy gramy przecież te życiowe role z większą lub mniejszą maestrią.

Nie da się zrozumieć albumu „Seven Seasons” bez tego wstępu. Wstęp oraz następujące po nim utwory, których w sumie jest siedem, zgodnie z zacytowanym wierszem to muzyczne przedstawienie faz życia ludzkiego, a jednocześnie cała zawartość piątego albumu grupy The Gift wydanego na początku stycznia. Koncept albumu narodził się w czasie pandemii i czekał pięć lat na ostateczną realizację. Choć trzeba przyznać, że zespół nigdy nie spieszył się z publikacją kolejnych wydawnictw. Założony w roku 2003 przez Mike'a Mortona (wokal, gitary akustyczne, fortepian, aranżacje smyczkowe) i Leroya Jamesa (gitary, chórki, programowanie, fortepian, aranżacje smyczkowe) powstał z myślą o stworzeniu albumu koncepcyjnego, początkowo pomyślanego jako jeden długi utwór. W trakcie prac do nagrań dołączyli kolejni muzycy, w tym Jim Thomas (gitara basowa), Rod Haverhill (klawisze) i David Storey (perkusja). Po pozytywnych reakcjach na wczesne dema, The Gift podpisał kontrakt z wytwórnią Cyclops, która 9 października 2006 roku wydała ich debiutancki podwójny album „Awake And Dreaming”. Album składał się z dwóch długich suit, poruszających tematy takie jak wojna, pokój, przemoc domowa i odporność ludzkiego ducha. I… nastąpiła długa przerwa w działalności trwająca aż do roku 2013. Powrót do wspólnego grania zaowocował dwoma kolejnymi mi albumami: „Land Of Shadows” (2014) i „Why The Sea Is Salt” (2016). Warto wspomnieć, że w nagraniach tego ostatniego uczestniczyli jako zaproszeni goście Steve Hackett i Anthony Philips. Po kolejnej przerwie nagrali jeszcze album „Antenna” (w roku 2019) i teraz powracają z tym właśnie „Szekspirowskim” wydawnictwem właśnie. Ponownie pojawiają się na tym wydawnictwie wspaniali gości: Steve Hackett grający na gitarze w pierwszym utworze i John Hackett na flecie w kompozycji nr 7 – „Evensong”.

Nie jest to „stety” lub niestety typowy album progresywny. Już poprzednie wydawnictwo „Antenna” wkazywało na odejście od typowych muzycznych rozwiązań progresywnych na rzecz nastroju i melodyjności, na krok w kierunku muzyki AOR. Dlatego wszystkim poszukiwaczom precyzyjnych określeń proponuję określenie ‘prog-related’, bowiem mimo odstępstw od kanonu muzycznej linii progresywnej całość jest mocno zanurzona w jej duchu.

Pierwszy z utworów – „Overture” ze Steve Hackettem na gitarze, sekcją smyczkową i pejzażowymi syntezatorami - może nieco zmylić słuchacza. To zdecydowane, mocno współczesne, progresywne granie z improwizującym solo gitary elektrycznej, klawiszami nadającymi rytm i zadziorną aranżacją. Słowem, wstęp jakiego nie powstydziłby się żaden progresywny zespół, który może sugerować, że dalej, w następnych utworach, będziemy mieli do czynienia z solidną dawką typowego rocka progresywnego. Tymczasem zespół skupia się na siedmiu fazach z życia człowieka i podporządkowując muzyczne tony treści, co sprawia, że dalej mamy do czynienia z przewagą rocka nad innymi stylami.

A skoro świat to scena, a życie rozgrywa się na siedmiu etapach, to pierwszy utwór musi dotyczyć narodzin. „Coming Down To Land (Birth And Infancy)” – narodziny i niemowlęctwo… To sześć minut muzyki rozpisanej na głos i fortepian z cichym dodatkiem perkusji i… pojawiające się w odważniejsze dźwięki orkiestracji połączonej z odważniejszymi improwizacjami organowymi i gitarowego solo. Jak to wszystko brzmi… delikatnie, „cichutko”.

Czasy szkolne rozpoczyna nabijanie perkusji i ostra gitara. Pewnie pamiętacie Państwo ten zbuntowany czas… „Baby Blue Eyes (Schooldays)” to rzeczywiście nieco ostrzejsze granie z rockową linią wokalną. Udaje się tu jednak zachować balans pomiędzy rockowym buntem, a melodyjną opowieścią z akcentem na tę drugą. W czym swoją ogromną rolę odgrywają klawisze.

A skoro były lata szkolne, to trzeci utwór musi dotyczyć tego, co dopiero przed niektórymi z Państwa (jak mam nadzieję) i tego, co wspomina się czasami z rozrzewnieniem - lata cudownej młodości. Kompozycja „Sweet Bird Of Youth (Young Prime)” oddaje muzycznie to, co się w tych latach działo/dzieje. Gitara, rock, swoboda, wiatr we włosach…. Wiara, że wszystko się uda, że „bright future is open”. To rasowy rockowy kawałek z bardzo przyjemną aranżacją i śpiewnymi refrenami. No i te organy w tle robią naprawdę dobrą robotę.

Co może być dalej? Tytuł mówi sam za siebie:„Lay Your Heart On Me (Love)”. Czy mam napisać, że jest spokojniej, romantycznie, atmosferycznie?... Przecież to zrozumiałe. I ta gitara na początku, syntezatory w części środkowej i fortepian elektryczny w końcówce. To piękna ballada w starym oldschoolowym stylu z lat siedemdziesiątych. No bo jak się człowiek zakocha, to… Sami zresztą Państwo wiecie.

Piątym etapem w życiu człowieka jest… Niech za odpowiedź posłuży po raz kolejny tytuł: „Yours Sincerely (Mid-Life Crisis)”. Kryzysy zawsze jakoś towarzyszą naszemu życiu. Ten, jak to się mówi, kryzys wieku średniego, czasami bywa nieco dziwaczny, przydługawy, czasami niebezpieczny. Muzycznie ponownie mamy dobry rockowy utwór, choć nie ma tu machania „grzywą włosów”, ale solo gitary w połowie trzeciej minuty ze wspaniałym syntezatorowym dodatkiem wynagradza te „estetyczne braki”.

Co dalej? „Evensong (Autumn Years)”. Przedostatnia kompozycja z tej płyty. Improwizujący, jazzujący fortepian, atmosfera zadymionego baru, wygodny fotel, lecz bez starych kapci. Delikatne solo fletu w wykonaniu Johna Hacketta. Barytonowy wokal. To wystarczy, według mnie, by oddać atmosferę dorosłego spojrzenia na przeszłość, na czas który za nami, na życiową podróż jaką odbyliśmy i jaka jeszcze przed nami, bo ta z pewnością jeszcze jest.

Koniec… Czy musi być koniec?... Tego nie wiem, ale muzycznie płytę kończy utwór – „Love Is Where We’re From (End Of Life)”. Mamy tu orkiestrowy początek, mocną sekcję rytmiczną i gitarowe solo. Przecież podobno koniec to nie koniec. Delikatny wokal i snująca się opowieść o tym, że nie czas na pożegnania, że to jakieś przejście jak po moście na drugą stronę rzeki. Pogubiły się tu progresywne rytmy, zastąpił je zwykły balladowo-popowy aranż, ale ten dziewięciominutowy utwór ma w sobie melodyjną moc i nutę melancholii. Po prostu fajnie się go słucha. Proszę sprawdzić samemu.

Podobno to koniec roku jest czasem podsumowań i wspomnień. Ta płyta spowodowała, że ten czas rozważań nad tym, co było przesunął się na początek 2026 roku, ale w niczym to nie przeszkadza. To dobra okazja, by posłuchać tzw. „albumu na temat”. A ten temat przecież jest w nas. Muzycznie mamy tu całkiem spore pomieszanie wielu elementów i stylów, choć oczywiście dominuje dobra rockowa piosenka. Ale życie to scena… Więc może warto zaprosić na nią zespół The Gift? Niech nam zagrają o życiu.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend w Zabrzu Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski