mlwz - edunitsky - banner - prog rock

EBB – The Mirror

Maciej Niemczak

Anna Fraser (instrumenty perkusyjne), Nikki Francis (instrumenty klawiszowe, saksofon, klarnet, flet), Kitty Bisquits (backing vocals, perkusja), Suna Dasi (backing vocals, syntazator), Erin Bennett (gitara, śpiew) oraz jedyny facet w składzie - Bad Dog (bas). To szkocki sekstet, który pod koniec listopada ubiegłego roku zawojował swoją płytą ''The Mirror'' progrockowe listy przebojów. EBB to kolektyw wizjonerów, gdzie każda z osób jest niezbędnym trybem w tej skomplikowanej, emocjonalnej maszynie.

Choć muzycy współpracowali ze sobą wcześniej, to rok 2022 był dla nich rokiem „zero”. Wydali wtedy album ''Mad & Killing Time'', który w świecie progresywnym zadziałał jak granat wrzucony do cichego jeziora. Zostali okrzyknięci ''najciekawszym debiutem dekady” (m.in. przez magazyn Prog). Płyta była duszna, pełna buntu, jazzujących wstawek i mrocznego art rocka, a teksty dotykały tematów kondycji ludzkiej, feminizmu i duchowości. Po sukcesie debiutu i entuzjastycznie przyjętej EP-ce ''The Gilded Mirror'' (2023), zespół poświęcił niemal dwa lata na dopracowanie swojego opus magnum. Album ''The Mirror'' wydany 30 listopada 2025 roku, to dzieło dojrzalsze, bardziej introspektywne, ale wciąż pełne tej specyficznej energii, którą fani nazywają „Ebb-ness”. Muzycznie EBB sytuuje się gdzieś pomiędzy dostojeństwem The Enid, drapieżnością The Reason, a oniryzmem Steve’a Hogartha. Sami określają swoją muzykę jako ''art rock dla odmieńców i marzycieli''. Swoimi kompozycjami udowadniają, że współczesny prog rock może być jednocześnie nowoczesny, drapieżny i głęboko refleksyjny.

EBB to zespół, który przywraca rockowi progresywnemu jego pierwotny blask – odwagę do bycia dziwnym, teatralnym i emocjonalnie obnażonym. To idealny temat na dużą recenzję, która pokaże czytelnikom, że ten rodzaj muzyczny w połowie trzeciej dekady XXI wieku wciąż ma się doskonale. Fundamentem tego brzmienia pozostaje niezwykła chemia między potężnym, rockowym głosem Erin Bennett a symfoniczną wyobraźnią Nikki Francis, której partie Hammonda i instrumentów dętych nadają całości niemal operowego rozmachu. Warto podkreślić, że zespół konsekwentnie buduje swój świat na własnych zasadach, wydając muzykę pod szyldem autorskiej wytwórni Bicca Records (Boudicca), co pozwala im na pełną artystyczną swobodę bez oglądania się na rynkowe trendy. Tytułowe lustro staje się tu metaforą autorefleksji – to album o konfrontacji z własnym odbiciem, podany w formie dźwiękowego teatru, w którym każda pęknięta tafla dźwięku odsłania nową prawdę o nas samych. Oto wędrówka przez dziewięć krain, trwająca ponad 61 minut, które tworzą architekturę ''The Mirror''. Każdy utwór to inna perspektywa i inny kąt padania światła na tytułowe lustro.

''Evenfal'' nie jest zwykłym otwarciem. To dźwiękowy zmierzch, w którym kontury rzeczywistości zaczynają się zacierać, ustępując miejsca onirycznej wizji. Krótka, dwuminutowa miniatura maluje obraz świata pogrążonego w półmroku, gdzie instrumenty dęte (klarnet, flet) brzmią niczym dalekie nawoływania w gęstniejącej mgle. Muzyka ma tu w sobie kruchą delikatność i pewien rodzaj skupionej powagi, działając jak zaproszenie do wejścia do wnetrza lustra. To moment, w którym czas zwalnia, a myśli stają się głośniejsze. ''Evenfall'' przygotowuje grunt pod emocjonalną burzę, która ma nadejść, sugerując, że droga, w którą właśnie wyruszamy, będzie wymagała od nas porzucenia powierzchowności. To brama, przez którą przechodzimy boso, czując pod stopami chłód szklanej tafli, która za chwilę zacznie pękać.

''Reason'' odzwierciedla bitwę o trzeźwość umysłu w świecie, który oszalał. Utwór od pierwszych sekund uderza zdecydowanym, niemal marszowym rytmem, w którym bas Bad Doga i perkusja Anny Fraser współpracują z bezlitosną precyzją. Tytułowy ''rozsądek'' nie jest tu jednak spokojną przystanią, lecz ostrą jak brzytwa krawędzią, po której stąpa wokal Erin Bennett. Muzycznie nagranie mieni się barwami klasycznego art rocka, ale podanego z nowoczesną, niemal industrialną drapieżnością. Partie klawiszowe Nikki Francis tną przestrzeń agresywnymi plamami syntezatorów, które kontrastują z wielogłosowymi, niemal sakralnymi harmoniami Kitty Bisquits i Suny Dasi. To fascynujące starcie: z jednej strony surowy, rockowy konkret, z drugiej – eteryczna nadbudowa, która sprawia, że ''Reason'' brzmi jak manifest zagubionego pokolenia szukającego punktu oparcia. To utwór, który nie pozwala na obojętność, zmuszając nas do pytania: ile racjonalności zostało w naszym odbiciu w lustrze?

''No One's Child'' jest momentem, w którym tafla lustra rozpryskuje się na tysiąc ostrych kawałków. Utwór pulsuje drapieżnym, niemal złowrogim basem Bad Doga i niespokojnym, poszatkowanym rytmem perkusji, co od razu buduje atmosferę zagrożenia i wyobcowania. Wokal uderza tu z niespotykaną wcześniej siłą – to pieśń o świadomym osieroceniu, o braku przynależności i o bolesnym procesie definiowania siebie na nowo, poza schematami narzuconymi przez świat. Muzycznie kompozycja ta jest majstersztykiem budowania napięcia. Zespół mistrzowsko operuje tu kontrastem: od niemal szeptanych, klaustrofobicznych zwrotek, po potężne, chóralne ściany dźwięku budowane przez Kitty Bisquits i Sunę Dasi, które brzmią niczym głosy w głowie zagubionego dziecka. Partie klawiszowe dodają całości tragizmu, tnąc przestrzeń mrocznymi pasażami, które przypominają ślady łez na zakurzonej szybie. ''No One's Child'' to jeden z najbardziej poruszających momentów na płycie – utwór, który nie tylko się słyszy, ale który czuje się pod skórą jako manifest niezależności okupionej samotnością. Jest dowodem na to, że EBB potrafi połączyć techniczną biegłość z tak wielkim ładunkiem emocjonalnym, że granica między artystą a słuchaczem całkowicie zanika. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów tego wydawnictwa.

''The Mirror'' to tytułowy kolos i emocjonalne serce albumu. Ponad jedenastominutowa podróż w stronę szklanego labiryntu, w którym każda zmiana rytmu i nastroju odsłania nową, nie zawsze wygodną twarz zespołu. Utwór otwiera się misternie tkaną pajęczyną klawiszy Nikki Francis – jej partie fortepianu i organów Hammonda budują tu architekturę przestrzeni, która wydaje się nie mieć granic. To muzyczna konfrontacja z samym sobą, moment, w którym stajemy przed lustrem i boimy się mrugnąć, by nie przegapić prawdy ukrytej w odbiciu. Kompozycja mistrzowsko operuje dynamiką. Słyszymy tu zarówno kruche, intymne fragmenty, w których głos Erin Bennett brzmi niemal bezbronnie, jak i potężne, symfoniczne erupcje, gdzie sekcja rytmiczna uderza z siłą przypływu. Harmonijne wokale Kitty Bisquits i Suny Dasi nakładają się na siebie niczym powidoki w pękniętej tafli, tworząc niemal operowy rozmach. ''The Mirror'' to utwór-monolit, który udowadnia, że EBB potrafi rzeźbić w czasie z precyzją wielkich mistrzów progresu, nie tracąc przy tym ani na chwilę drapieżnej, rockowej autentyczności. To dźwiękowa definicja „Ebb-ness” – muzyka odważna, teatralna i głęboko introspektywna, która zostawia słuchacza z pytaniem: kogo tak naprawdę widzisz, gdy patrzysz w lustro?

Utworem, który wnosi na płytę powiew niemal jazzującej swobody i kabaretowego sznytu, tak charakterystycznego dla najlepszych tradycji brytyjskiego art rocka, jest ''That's How It Goes''. Kompozycja ta opiera się na hipnotyzującym, kroczącym rytmie, w którym bas Bad Doga mruczy niczym zadowolony kot, a perkusja odmierza czas z lekkością i finezją. To dźwiękowa celebracja akceptacji losu – muzyczne wzruszenie ramionami wobec absurdów rzeczywistości, podane jednak w niezwykle wyrafinowanej formie. Wokal zyskuje tu nową barwę – jest bardziej swobodny, niemal opowiadający, co w połączeniu z bogatymi, szumiącymi partiami organów Hammonda tworzy atmosferę dusznego, zadymionego klubu, w którym czas na chwilę stanął w miejscu. Wspierające głosy Kitty Bisquits i Suny Dasi dodają całości onirycznego blasku, sprawiając, że utwór mieni się wieloma odcieniami. ''That's How It Goes'' to dowód na to, że EBB potrafi być zespołem niesamowicie elastycznym – potrafiącym przejść od monumentalnego dramatu do inteligentnego, muzycznego pastiszu, nie tracąc przy tym swojej unikalnej tożsamości. To chwila wytchnienia, która uświadamia nam, że czasem jedyną odpowiedzią na pęknięcia w lustrze jest po prostu szczery uśmiech i pójście dalej.

''Cuckoo” – tytuł nie kłamie: to utwór nasycony radosnym, niemal surrealistycznym obłędem, który wybija słuchacza z rytmu bezpiecznej przewidywalności. Kompozycja opiera się na nerwowym, poszatkowanym rytmie i śmiałych, synkopowanych frazach, które sprawiają, że czujemy się, jakbyśmy wpadli do wnętrza mechanizmu ogromnego, zepsutego zegara z kukułką. To muzyczny teatr absurdu, w którym Nikki Francis popisuje się swoimi umiejętnościami aranżacyjnymi, serwując nam partie instrumentów dętych i klawiszy, które brzmią jak ścieżka dźwiękowa do snu Alicji w Krainie Czarów. Wokal Erin Bennett zyskuje tu drapieżny, niemal prowokacyjny charakter, a wspierające głosy Kitty Bisquits i Suny Dasi nakładają się na siebie w sposób, który buduje poczucie narastającej dezorientacji. ''Cuckoo'' to odważny manifest inności – utwór, który celebruje bycie ''odmieńcem'' i pokazuje, że w progresywnym zwierciadle EBB odbijają się nie tylko nasze lęki, ale i nasze najdziksze, najbardziej nieokiełznane strony. To jedna z tych kompozycji, które udowadniają, że sekstet ze Szkocji posiada unikalny dar łączenia technicznej wirtuozerii z czystą, niczym nieskrępowaną formą. Dodatkowy plus należy się za gitarę.

Płynnie przechodzimy do ''Take To The Stars''. Utwór rozlewa się szerokim, symfonicznym gestem, a rozbudowane partie syntezatorów tworzą aurę lotu przez emocjonalną próżnię. Dźwięki te są niczym konstelacje gwiazd, które migocą w oddali, nadając kompozycji oniryczny, a zarazem monumentalny charakter. To manifest wolności, w którym progresywny rozmach spotyka się z psychodelicznym pyłem. Sekcja rytmiczna nadaje całości niezbędny puls, który przypomina odliczanie przed startem rakiety. Wokal Erin Bennett wznosi się tu na wyżyny ekspresji, a trąbka, która niespodziewanie pojawia się w aranżacji, dodaje całości niezwykłego, niemal jazzującego sznytu i poczucia, że obcujemy z czymś wyjątkowym. Wspierające, niemal syrenie wokale Kitty Bisquits i Suny Dasi działają jak odległe echa, prowadzące nas przez ten gwiezdny labirynt. ''Take To The Stars'' to dowód na to, że EBB potrafi tworzyć muzykę, która ma moc transportowania słuchacza w rejony, gdzie granice gatunku przestają mieć znaczenie, a liczy się tylko czysta wyobraźnia.

Przepiękny początek z fletem w roli głównej wprowadza nas w ''Day 19'' - utwór, który brzmi jak kartka wyrwana z intymnego dziennika, pisanego w samym środku emocjonalnej burzy. Tytułowy dziewiętnasty dzień staje się metaforą przetrwania, momentem, w którym ból traci swoją paraliżującą moc, a pojawia się surowa determinacja, by iść dalej. Kompozycja opiera się na nerwowym, pulsującym rytmie basu, który nadaje całości niemal klaustrofobicznego charakteru, idealnie oddając duszność myśli osaczonych przez melancholię. Wokal osiąga tu niesamowitą gęstość emocjonalną – słychać w nim zmęczenie, ale i rodzącą się siłę. Partie klawiszowe nie budują monumentalnych katedr, lecz są niczym ostre cięcia światła w ciemnym pokoju, wprowadzając niepokój i nowoczesny, niemal industrialny chłód. Wspierające wokale działają jak echa przeszłości, które nie dają o sobie zapomnieć, tworząc wielowarstwową strukturę, w której słuchacz może przejrzeć się niczym w pękniętym zwierciadle. ''Day 19'' to dowód na to, że EBB potrafi przekuć proces zdrowienia i walki o własną tożsamość w fascynujący, progresywny teatr cieni. To jedna z bardziej drapieznych kompozycji na płycie.

No i przyszedł czas na finał. ''Geneva” jest utworem, który chłodzi i fascynuje niczym tafla alpejskiego jeziora. Kompozycja jest majstersztykiem budowania nastroju – od sterylnych, niemal matematycznych partii klawiszy, po gwałtowne, rockowe erupcje, które uderzają z siłą nagłej lawiny. Tytułowa Genewa staje się tu metaforą miejsca, gdzie spotykają się skrajności: dyplomatyczny dystans i buzujące pod spodem niebezpieczne emocje. Sekcja rytmiczna pracuje tu z precyzją szwajcarskiego mechanizmu, nadając całości niespokojny, niemal thrillerowy puls. Wokal Erin Bennett zyskuje w tym utworze wyjątkową elegancję – jest chłodny, niemal posągowy w zwrotkach, by w refrenach eksplodować z siłą, która rozbija wszelkie bariery. To tutaj najpełniej słychać teatralność EBB; utwór mieni się barwami art rocka najwyższej próby, w którym flet i klarnet Nikki dodają całości niemal barokowego sznytu. ''Geneva'' to dźwiękowa konfrontacja z samym sobą w obcym, surowym krajobrazie – moment, w którym lustro odbija naszą twarz w błękitnym, lodowatym świetle. To bez wątpienia jeden z najbardziej ambitnych punktów programu płyty, pokazujący, że dla tego zespołu nie ma granic, których nie odważyliby się przekroczyć.

No i nadszedł kres wędrówki przez dziewięć krain. ''The Mirror'' to album, który nie tylko potwierdza status EBB jako jednego z najciekawszych zjawisk współczesnej sceny, ale wynosi ich na zupełnie nowy poziom artystycznej dojrzałości. Słuchając tej płyty w połowie trzeciej dekady XXI wieku, trudno uciec od wrażenia, że mamy do czynienia z dziełem, które za kilka lat będziemy wymieniać jednym tchem obok klasyków neoprogresu. To muzyka, która nie boi się pęknięć i skaz, bo to właśnie w nich ukryta jest największa prawda o nas samych. Jeśli szukacie więc albumu, który zostanie z Wami na lata, a nie tylko na jeden sezon, odważcie się spojrzeć w to lustro. Nie zawsze spodoba Wam się to, co w nim zobaczycie, ale na pewno nie będziecie mogli oderwać od niego wzroku – to bez wątpienia jeden z najważniejszych progresywnych manifestów końca 2025 roku. Bardzo gorąco polecam.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend w Zabrzu Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce Wishbone Ash powraca do Polski