Armia - Wojna i pokój

Dariusz Maciuga

Minął właśnie rok od wydania najnowszego albumu zespołu Armia. To zdecydowanie wystarczający czas, by jego zawartość weszła w mój muzyczny krwiobieg. Jest to też wystarczająco długi okres, by zweryfikować odczucia, jakie wywołał na początku i zestawić je z tym, jak się go odbiera teraz. Zarys tej recenzji powstał na dobrą sprawę prawie rok temu i okazało się, że wystarczyło tylko rozwinąć poszczególne kwestie, niczego zasadniczo nie zmieniając. Przechodząc powoli do rzeczy, przedstawiam więc album, który doskonale opisują epitety pokroju: nastrojowy, natchniony, apokaliptyczny, poetyczny, zamglony, itp.

Przed przejściem do samej muzyki należy zatrzymać się przy tekstach, ponieważ są one ważne w równym stopniu z muzyką. Jednak na wstępie trzeba jasno zaznaczyć fakt, że dla Tomasza Budzyńskiego otaczająca nas rzeczywistość zawsze była punktem wyjścia do analizy ludzkiej duszy. Pojawiające się w tekstach sformułowania, które sugerują coś konkretnie „ziemskiego” są po prostu metaforą. Przejdźmy więc do sedna. Treści płynące z poszczególnych utworów są na wskroś przesiąknięte swego rodzaju egzystencjalizmem i - można by rzec – pewną schyłkowością. Bo oto na tle budzącego niepokój, szarego, mglistego i pustego krajobrazu stoi przepełniony strachem człowiek, który czeka na czyjś głos („Wołanie”). Człowiek ten ma poczucie, że jego jedynymi przyjaciółmi są płacz i wstyd, spowodowane złem, które się wyrządziło. Dlatego też pragnie cofnięcia czasu, który zdaje się być już stracony („Przyjaciel”). Ponadto jest bezsilny wobec świadomości, że nie zrobił w życiu wielu rzeczy, które powinien był zrobić. Jest zagubiony i nie jest w stanie ruszyć się z miejsca, żeby pójść naprzód. Woła o światło („Wielki las”). Czuje, że ziemska egzystencja ma swój kres, a prawdziwa ojczyzna jest w zupełnie innej rzeczywistości („Dzień ojca”). Niemniej bytowanie na ziemi nie ma wymiaru tylko materialnego, a tym samym ograniczonego i skończonego. Istnieje coś, co ten wymiar przekracza i kieruje człowieka w stronę wiecznego trwania. To miłość i nadzieja, które mimo całego ziemskiego brudu i zła, nadają życiu sens („Ciche dni”). Miłość daje człowiekowi szansę na wyrwanie się zaklętego kręgu zła. Choć jest ona tylko ziarnem rzuconym pomiędzy ciernie, to zawsze jest szansa na wykiełkowanie, przebicie się przez nie i niczym nie skrępowany wzrost („Ja tylko wspominam”). W konsekwencji człowiek może zostać wyrwany z tego, co go więzi („W każdą stronę”). Koniec końców pojawia się światło, człowiek wychodzi z więzienia, pozbywa się strachu, bólu i samotności („Pielgrzymka”), już wie, że nie jest sam i ma przed sobą perspektywę konkretnej, metafizycznej rzeczywistości („Niebo nad niebem”).

Przedstawione tu przeze mnie spojrzenie na zawartość liryczną jest, rzecz jasna, mocno uproszczone. Zaś wsłuchanie się (a najlepiej dodatkowo wczytanie) w teksty odsłania ogromną złożoność człowieka, jego duszy i całego życia.

Stąd łatwo przejść do zawartości muzycznej, ponieważ ową złożoność odwzorowuje ona perfekcyjnie. Na pierwszy plan wybija się, jak zaznaczyłem na wstępie, fakt, że zespół zapuścił się na tereny progresywnego rocka i metalu najbardziej, jak tylko się da, unikając przy tym niestrawnego ciężaru i przekombinowania. Armia porusza się jednak w jakby szlachetniejszej odmianie tego gatunku, stawiającej w pierwszej kolejności na pracę gitar i sekcji rytmicznej bez udziału wszechobecnych melodii i „plam” instrumentów klawiszowych (dźwięki syntezatorowe są, ale o tym nieco dalej). Nie byłbym sobą, gdybym nie odniósł się analogii z zespołem Opeth. To bardzo podobne spojrzenie na muzykę, mimo że u obu grup jest ona zupełnie inna. Jest to pokazanie, jak za pomocą nieszablonowych kompozycji, skomplikowanych riffów i zagrywek gitarowych, wreszcie bez przeładowania klawiszowymi melodiami i pasażami, które często spłycają i lukrują muzykę, można stworzyć coś głębokiego i zgoła metafizycznego. Tak też „Wojna i pokój” cechuje się nad wyraz ogromną ilością riffów i zmian tempa oraz nastrojów. Takiego nagromadzenia dźwięków i połamanych, w zasadzie jazzowych rytmów jeszcze u Armii nie było. Jednocześnie ich zagęszczenie nie przekracza granic zdrowego rozsądku, tym samym muzyka jest niesamowicie przestrzenna i głęboka. W tym momencie należy zwrócić uwagę na brzmienia generowane za pomocą syntezatorów. Skupię się jednak nie na nich samych, tylko na efekcie, jaki dzięki nim płyta osiąga. Jak wiadomo były one już obecne w muzyce Armii od początku. Zawsze też pełniły funkcję niejako pomocniczą bez jakichkolwiek aspiracji do dominacji na poszczególnych albumach. Tym razem jest ich nieporównywalnie więcej, ale również nie górują nad muzyką, lecz idealnie współgrają z pozostałymi instrumentami. To właśnie one podkreślają chmurną atmosferę niepokoju, wyobcowania i czegoś, co można określić stanem zawieszenia. Te dźwięki przywodzą na myśl puste, bezludne, bliżej nieokreślone przestrzenie, w których człowiek, gdy tam trafi, będzie się czuł zdezorientowany, nie wiedząc, w jakim kierunku wyruszyć. Jedyny ratunek to czekanie na kogoś, lub przynajmniej na jakiś znak, który wskaże drogę.

Nie jest tu przypadkiem użycie dźwięków znanych z muzyki dark ambient. Ten podgatunek muzyki elektronicznej z zasady dotyka w najciemniejszych spraw związanych z ludzką duszą, lękami, alienacją itp. Dlatego wprowadzenie takich dźwięków do muzyki zawartej na „Wojnie i pokoju” ma więc konkretne znaczenie. W efekcie akcentują bowiem egzystencjalny wymiar treści na niej zawartych. Rozpoczynając płytę wprowadzają one w określony nastrój, potem – w trakcie jej trwania – utrzymują go i tam, gdzie trzeba dodają dramatyzmu lub łagodzą aurę. Użycie tych niepokojących dźwięków w zakończeniu płyty jest jakby sugestią, że pomimo nadziei, która jest obecna w tej muzyce, na razie stoimy we mgle, czekając na światło, które – o czym Tomasz Budzyński jest w pełni przekonany - i tak się pojawi.

Muzykę z tego albumu można zobrazować jako balansującą na pograniczu czerni i bieli. Czerń to w niej wszystko to, co złe, słabe, zagrażające człowiekowi, materialne. Z kolei biel to przestrzeń miłości i nadziei, tego, co nieskończone. Człowiek póki co, stoi na pograniczu tych barw. Całość jest przepełniona poczuciem końca, oczekiwaniem na przejście, stanem zawieszenia pomiędzy czernią i bielą, wojną i pokojem. Roztacza się aura posępności i bezludnych, szarych, mglistych przestrzeni, w których człowiek toczy walkę z samym sobą. Walkę, którą przegrywa, ale czeka na światło i głos, które dają mu szansę na oczyszczenie i przejście do lepszego wymiaru, określanego prostym słowem: Niebo. Jedno zaś jest pewne: to na pewno nastąpi.

Z powyższym znakomicie współgra oprawa graficzna albumu. Ze wszystkich dotychczas wydanych płyt jest ona najbardziej ascetyczna i surowa. Po pierwsze – materiał użyty do stworzenia pudełka to tektura (wydanie jest w digipacku). Po drugie - jest ona w całości matowa. Po trzecie – grafiki i zdjęcia są bardzo oszczędne i proste zarówno w ilości, jak i w wymiarze artystycznym. Wreszcie po czwarte – kolorystyka ogranicza się wyłącznie do czerni, bieli i szarości. Całość grafiki sprawia wrażenie autentycznie niewyszukanej, ale to nadzwyczaj dobrze koreluje z muzyką, którą w niesamowity sposób ilustruje.

Na koniec ukłon i szacunek należy się instrumentalistom grupy, bo jest to dla nich pierwsza płyta nagrana razem (tzn. w takim składzie). Nagranie albumu tak wymagającego i skomplikowanego, trwającego aż 66 minut, który w dodatku nie nuży w ani jednej sekundzie, zakrawa na posiadanie talentu, rzekłbym... nieziemskiego pochodzenia. Z kolei Tomasz Budzyński udowodnił, że artystyczne wypalenie i zjadanie własnego ogona w żadnej mierze go nie dotyczy. Pokazał, że można pójść do przodu, budując na fundamencie tego, co już stworzył, ale odpowiednio rozwijając i konfigurując poszczególne rozwiązania. Tym samym zespół Armia jawi się niczym ciągle rozbudowywana katedra, w której każda płyta to kolejna kondygnacja, zaś „Wojna i pokój” to bez wątpienia jej wieża.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce