Co może łączyć muzyka z Wielkiej Brytanii i z Portugalii? Nie, nie chodzi mi o trywialną odpowiedź typu: internet i łącza telefoniczne lub podobną. Zwłaszcza, gdy jeden z nich, jak podaje Encyklopedia Mettalum, jest członkiem zespołu zaliczanego do grup ‘Gothic / Doom Metal’ i gra w niej od 2001 roku, a drugi przez wiele lat rządził samotnie w zespole, który może na samym początku mógł być uważany za przedstawiciela rocka gotyckiego (choć należy to określenie traktować nieco z przymrużeniem oka), ale obecnie gra muzykę będącą rodzajem elektronicznego ambientu zintegrowanego z art rockiem, prog rockiem, folkiem, shoegaze, szczyptą klasycznego brytyjskiego popu, a nawet grunge'em. Dodajmy do tej “zagadki” fakt, że pierwszy z nich jest odpowiedzialny za muzykę, a drugi za teksty i wszystko to, co związane ze stroną wokalną. Jeżeli sobie Państwo tego życzą, to idźmy dalej w tej plątaninie informacji... Płytę zmiksował i dokonał masteringu Daniel Cardoso z zespołu Anathema, a z teledysku do jednego z utworów dowiadujemy się, że gra on również na perkusji. Ale dość tej plątaniny. Ten angielsko-portugalski duet prezentuje na swym debiutanckim wydawnictwie pt. „Under The Same Sky” dziesięć utworów, które zadowolą tych, którzy szukają eklektycznej, klimatycznej strony rocka alternatywnego – kontrastów, spokoju i powolnie budowanej atmosfery każdej kompozycji i elementów ambientu pomieszanego ze stonowanym, nastrojowo-melodyjnym rockiem progresywnym.
Autorami debiutanckiej płyty pt. „Under The Same Sky” są panowie Mick Moss znany z zespołu Antimatter - wykonawca wielokrotnie koncertujący w naszym kraju i mający wielu fanów – oraz gitarzysta i klawiszowiec zespołu Painted Black - Luis Fazendeiro. Zespół, czy też raczej projekt, powstały w efekcie tego spotkania został nazwany Sleeping Pulse. Zaś efektem internetowej współpracy jest krążek wieloaspektowy o nowoczesnej strukturze rockowej, który zręcznie obejmuje cały wachlarz brzmień – od solidnego, progresywnego i lekko eksperymentalnego rocka po delikatne, akustyczne pasaże, elementy elektroniczne i pełne duszy aranżacje smyczkowe. Obaj panowie zaprosili do współpracy Marcelo Airesa (perkusja), Pedro Mendesa (gitara), dwie wokalistki (Sue Marshall i Jenny O’Connor), Amber-Page Moss, która jest odpowiedzialna za deklamacje oraz kwartet smyczkowy. Efekt tej współpracy jest fantastyczny.
Całość jest i różnorodna, i jednorodna zarazem. Różnorodna w swej części aranżacyjnej i jednorodna w części wokalnej. Mick w swych tekstach sięga po tematy związane z otchłanią ludzkiej duszy, perfekcyjnie posługując się dramatyzmem interpretacyjnym i mroczną, przygaszoną barwą wokalną. Luis balansuje na granicy stylów, łącząc elektronikę z ambientowymi pasażami. Dodając do tego nieco elektrycznych przesterów, aby uzyskać cięższy, bardziej mroczny klimat, czy wreszcie łagodząc mrok grą kwartetu smyczkowego. Barwa głosu Micka ma wspaniały narracyjno-nastrojowy ton, który jest ponad muzyką i który opowiada nie przytłaczając linii muzycznej. Luis udanie stworzył muzykę, która kreuje eteryczną stronę alternatywnego, atmosferycznego rocka. I słychać to w każdej pojedynczej kompozycji zawartej na tym albumie.
Melodeklamacja, szept, intymność, delikatność i nagłe zdecydowane, pulsujące dźwięki klawiszy i gitary – tak, to bardzo dobry początek. Zmuszający niejako do natychmiastowego skoku w ogarniającą atmosferę lekkiego niepokoju połączonego z jakimś rytualnym kołysaniem. Nagranie „Parasite” wciąga od razu w jakiś zaklęty krąg misteryjnego i bardzo depresyjnego nabożeństwa. Z kolei „Gagging Order” to utwór ponury, wolny, elektroniczny ze „zniekształconym” brzmieniem linii wokalnej. Drżący i jakby wołający całą siłą poruszającego się tym razem w wyższych rejestrach wokalu o zmiłowanie, zderza się z ostrym solo gitary i… porywa lawinowymi riffami. „Backfire” – niby wolno, niby leniwie, niby melodyjnie rozpoczyna swoją muzyczną wędrówkę. Oderwane akordy fortepianu i skrzypce nadają tej kompozycji lekko melodyjno-drażliwy charakter. Melodyjne pasaże, drażniący, dramatyczny wokal… Efekt zasłuchania murowany. W „The Puppeteer” szept przeplata się z oklaskami publiczności oglądającej narracyjny spektakl, to opowieść o lalkarzu, to opowieść o losach pojedynczego człowieka, to także aranżacyjna magia czarującej delikatnością gitary. To wreszcie chórek snujący się gdzieś w tle niczym dopełnienie tej w sumie smutnej opowieści o człowieczeństwie. Mimo nieco industrialnego początku „Foreign Body” ze „skandującym” wokalem Micka i przestrzennymi efektami wokalnymi łamie dotychczasową strukturę. To mocny utwór, to temat przełamujący melodyjność na rzecz dramatyzmu podkreślonego mocą instrumentów. Wraz z utworem „The Blind Lead The Blind” wracamy do atmosfery spokojnej narracji z towarzyszeniem fortepianu. Tym razem wokal niesie się na skrzydłach skrzypiec wyznaczających kierunek opowiadanej historii. To bardzo ilustracyjna kompozycja, kinowa, kołysząca, a towarzystwo chórków i końcowe solo gitary nadają jej niesamowitego charakteru. Dla fanów utworów niemal kontemplacyjnych to będzie numer jeden na tym krążku. Jakby z innej epoki muzycznej, jakby lekko w stylu cold wave brzmi utwór „Painted Rust”, mieszając syntezatorowe podkłady i automatycznie brzmiącą perkusję z ponownie delikatnym wokalem Mossa. I tylko lekko drażniąca gitara przypomina, że to pieśń o bólu. Taki utwór, jak „Noose” po prostu musiał się pojawić skoro tekstowo płyta porusza się w kręgach niemocy, depresji, strachu i im podobnych uczuć i odczuć. Mocny początek, nieco skandujący wokal, alternatywna gitara wspierana przez mocne syntezatory i chór. Po melodiach, pasażach dostajemy mrok, moc i zdecydowanie ciężko brzmiący utwór. Jakby wbrew tytułowi „War” nie zaczyna się od jakiegoś mocnego riffu. Filigranowa gitara, nastrojowy wokal, kołysankowy tembr głosu dopiero w połowie przepoczwarza się w skargę na „wojnę”, która dzieje się w nas samych. To my jesteśmy na wojnie z samym sobą. Na wojnie, której końca nie widać. Płytę zamyka utwór tytułowy – ” Under The Same Sky”. Przepiękny, nastrojowy. Parafrazując jego przekaz można powiedzieć: żyjemy pod tym samym niebem, więc skąd cały ten ból, skąd te wszystkie nieszczęścia? Żyjemy pod tym samym niebem, a jakby obok siebie, a jakby sobie nie znani, jak wrogowie. Dwie minuty, a wcześniej pięćdziesiąt trzy na jednym oddechu. Taka jest ta płyta.
Na tym wydawnictwie nie ma utworów lepszych lub gorszych. Na tym krążku nie ma szansy na żaden podział, wnikliwą charakterystykę i analizę. Na tym krążku nie ma czasu na nic… oprócz słuchania. Mick Moss umie czarować słuchacza… głosem, aranżacją, atmosferą. Teraz w towarzystwie Luisa Fazendeiro zyskał kolejną okazję, by to udowodnić, zaś ten ostatni pokazał swoją nową twarz, jakże odległą od codziennych działań muzycznych. Jeżeli zdecydują się Państwo na wysłuchanie tego wydawnictwa, proszę zarezerwować sobie dużo czasu – pięćdziesiąt pięć minut. Tyle bowiem potrzeba, by uważnie wysłuchać wszystkiego, co ona sobą reprezentuje. To jest płyta, której trzeba koniecznie posłuchać na „jednym oddechu”. Choć może tak po utworze „Painted Rust”, a przed Noose” uda się znaleźć moment na łyk wody, żeby zwilżyć rozdziawioną z zachwytu buzię.
I na koniec taka przestroga: proszę nie liczyć na „sleeping pulse”, a wręcz przeciwnie - z każdą chwilą „pulse” będzie rósł i rósł.
