Pierwszy raz z twórczością Chrisa Engelsa, muzyka odpowiedzialnego za takie projekty, jak Cen-ProjekT czy Engels, zetknąłem się słuchając radia. W jednej z audycji zaprezentowano bodaj kompozycję „The Earth Will Whisper When We're Gone” z pierwszego albumu, który ukazał się w lutym… ubiegłego roku. Tak, 2025 roku. Prowadzący powiedział wtedy następujące słowa: „An artist who turns sound into imagery – creating a new world with every album”. Odnosiły się one zarówno do aktywności Chrisa w zespole Cen-ProjekT, właśnie wydanej płyty „Engels” i, zapewne, do współpracy z Sophie Brown w ramach jej projektu pod nazwą Sophie Brown And Friends, którego dokonania są wypadkową muzyki celtyckiej, folkowej, ambient i eterycznych linii wokalnych. Lecz jak to niestety często bywa: weszło jednym uchem, a wyszło drugim. Może w pamięci pozostała nazwa, bo co by nie powiedzieć, przypomina nazwisko pewnej postaci historycznej, której socjalistyczne idee odczuwaliśmy przez całkiem długi czas. I mimo pierwszego wrażenia wszystko przeminęłoby wraz z końcem wspomnianej audycji, lecz sam artysta nie dał o sobie zapomnieć bowiem w lipcu tego roku wydał swój drugi solowy album, nadając mu tytuł „Engels II”. Dwa albumy w jednym roku, a do tego jeden w ramach zespołu Cen-ProjekT (czternasty album pt. „Vexley”) to ogrom pracy. A jednocześnie dobry powód, by posłuchać nowej płyty dłużej i uważniej.
A jest czego. Album „Engels II” to jedenaście kompozycji i ponad pięćdziesiąt minut muzyki. Oczywiście Engels to one-man project. Chris jest autorem wszystkiego, co słychać na tym wydawnictwie. Myślę, że od razu trzeba powiedzieć, że cały album daleki jest od muzyki mainstreamowej, daleki od klasycznej muzyki progresywnej, choć czerpie z niej wiele. Bliższy jest raczej dokonaniom wielkich zespołów tworzących albumy atmosferyczne, nieco niszowe z dominującą rolą części narracyjnej, której zadaniem jest snucie opowieści i tworzenie obrazów malujących świat przedstawiony za pomocą połączenia melodii i tekstu. Ta płyta jest muzyczną opowieścią z muzyką, która nie zawsze jest miła, prosta i przyjemna, ale zawsze atmosferyczna i nastrojowa.
Dowodzi tego już pierwsza kompozycja - „What Remains”. Nastrojowy wokal na tle gitary, której dopiero w drugiej minucie zaczynają towarzyszyć klawisze wprowadzające element zdecydowania i mocy. Od ciszy do mocniejszej rockowej piosenki z typowo progresywną aranżacją i ciekawe zarysowane linie wokalne wykorzystujące wielogłos. I tylko warstwa narracyjna przypomina, że to utwór o samotności – „(…) Co pozostaje – z prawdziwej więzi? / Z poznania kogoś, a nie tylko tego, co robi? / Mówimy o przeszłości, jakby nas nie dotyczyła / Ale to byliśmy my – byliśmy tam”.
„(…) Noszą uśmiechy jak wypolerowany kamień, / I mówią szeptem ostrym jak noże. / Jedno ich spojrzenie i twój los jest znany / Ich sprawiedliwość żywi się zrujnowanymi życiami” – kim są owi „oni”? To ci obok, ci obcy, którzy mijają nas codziennie. Druga kompozycja na płycie – „Silent Screams” - dotyczy właśnie tej kwestii: odosobnienia, samotności w tłumie. To nastrojowa opowieść, którą przerywają jedynie mocniejsze frazy klawiszy i solo gitary. Zgaszony wokal i muzyka, która niepokoi, lecz (i jest to cecha tego albumu) cały czas pozostaje w tle, towarzyszy tekstowi, ale go nie „przykrywa”.
Na podobnej zasadzie jest skonstruowany utwór „One Life Only”.
„(…) Kroczymy przez życie jak gracze w grze / Bez strachu przed upadkiem, bez obwiniania / Goniąc za marzeniami, które rozpływają się we mgle / Zapominając, co kiedyś rozświetlało nasze dni”. Nastrój i spokojna, nieco Wilsonowska, linia wokalna. Progresywna epickość i wciągająca linia melodii. Wspaniały utwór z pogranicza ballady i kołyszącej kompozycji rockowo-progresywnej. Proszę się nie pytać czy nadaje się na tzw. singla. To jest doskonałe nagranie singlowe!
Pomiędzy gniewem a rezygnacją, fatalizmem a nadzieją. Ze świadomością, że nic nie możemy zrobić - to przesłanie kolejnego utworu pt. „Oh Haiti”. Wspaniała gra organów podkreśla tragedię, jaka nawiedza ten kraj co jakiś czas, a mocna konstrukcja i muzyczna masywność połączona z eksperymentem wokalnym, który raz brzmi bardzo balladowo, a raz operuje w wyższych tonacjach w stylu podobnym do Petera Gabriela z początków Genesis, nadają całości nieco dramatyczno-ekspresyjnego wymiaru.
Tematem utworu „In God's Name” są wojny religijne, niepokoje wywołane przez fanatyzm. Melodeklamacja, surowe dźwięki syntezatorów i melodia, która pojawia się właściwie tylko w refrenach to cechy tej kompozycji, która operuje mocnymi słowy: „(…) Krew płynie głęboko w starożytnych rytuałach, / Mówią o miłości, ale podsycają walkę. / Święta wojna, święte kłamstwo / Ilu jeszcze musi krwawić i umrzeć?”.
Dwie kolejne kompozycje „dudnią” mocą instrumentów i siłą przekazu. Czarują wspaniałymi zestrojeniami syntezatorów i głosu. „I Didn't Know” i „Heroes Without Capes” poruszają podobne problemy: niepokoju społecznego, konieczności zmiany, braku bezpieczeństwa publicznego. Udaje się w nich autorowi udanie połączyć moc gitar i melodyjność klawiszy. I nie można sobie odmówić porównania do Stevena Wilsona i jego bardziej piosenkowej twórczości. Drugi z wymienionych utworów polecam wszystkim, którzy poszukują niepokojąco nastrojowych kompozycji, które z jednej strony kołyszą, a z drugiej niepokoją.
„(…) Nienawiść... wymazuje to, co było prawdą, / zakopuje rozsądek, kradnie światło. / Krzyczy w nas, wydaje się krystalicznie czysta / ale jej jasność zwodzi i kąsa”. To słowa refrenu utworu „Hate!”. Mocnego, gitarowego, alternatywnego. Brudnego, niepokojącego i wykrzyczanego.
Każdy ma jakiegoś bohatera. Każdy ma jakiś wzór, który stara się naśladować. Każdy ma swojego kapitana Sly’a. „Captain Sly” – to bohater dziewiątego utworu z tego krążka. Ten bohater podróżuje w otoczce nieco psychodelicznych syntezatorów i, ponownie, Wilsonowsko brzmiącego wokalu. I tylko na myśl przychodzą podobne utwory Eltona Johna i Davida Bowiego. A nasz bohater… Posłużmy się cytatem opisującym jego próżne starania: „(…) Kapitanie Sly, leć dalej, / Przez popioły naszych dni, / Świat, który próbowałeś ocalić, przepadł”.
Skoro nieco kosmiczną atmosferę mieliśmy już w historii kapitana Sly’a, to kolejna kompozycja – „A Thousand Truths” – zaczyna się w równie „psychodeliczny” sposób, by zostać niemal po chwili zgaszoną przez mocne riffy gitary. To najbardziej pesymistyczny utwór z płyty, a jednocześnie jeden z najbardziej wciągających: „(…) Tysiące prawd / W każdym rozbitym świetle / Pryzmat z cieni / Każdy twierdzi, że ma rację / Żaden fakt, żadne prawo, żaden dowód / Nie może pomieścić tego, co rozpala serca / Widzimy to, co chcemy zobaczyć / I nazywamy to prawdą”. Takie słowa oplecione porcupinowską gitarą i szarawym wokalem. Proszę dać się wciągnąć w jego atmosferę. Jest niepokój, są alternatywne brzmienia i jest swoista radość z obcowania z kompozycją.
Na koniec Chris Engels serwuje opus magnum tego wydawnictwa – „But What Remains When The Rush Is Gone”. Nie mogę się oprzeć porównaniu tego utworu do pewnej kompozycji… Stevena Wilsona pomieszanej z jakże neoprogresywnymi balladami. Wilsonowska maniera wokalna, delikatny głos żeński i brzmiące gdzieś w tle syntezatory i… ewidentne skojarzenie z „Collapse the Light into Earth” z płyty „In Absentia”.
Dwa albumy w jednym roku. Dwa albumy, którym koniecznie trzeba dać szansę. Dwa albumy, które powinny się znaleźć na najwyższej półce z płytami z tego roku. Dwa albumy, z których drugi pozwala zapomnieć o wszystkim i zanurzyć się w świat dźwięków. Skojarzenie z twórczością Stevena Wilsona niczym nie umniejsza wartości tego wydawnictwa, bo dotyczy jedynie barwy głosu, i nieco podobnego sposobu aranżowania. Reszta jest już znakiem szczególnym twórczości Chrisa Engelsa. Dwa albumy w ciągu jednego roku… Dwa dobre albumy, które polecam.
A przy okazji warto zainteresować się także dorobkiem grupy Cen-Projekt, której założycielem jest Chris. I jest ku temu okazja. Właśnie ukazała się całkiem przyzwoita składanka utworów tego zespołu pt. „Compilation 2026”.
