mlwz - edunitsky - baner - motyl

Perfect Beasts – Perfect Beasts

Maciej Niemczak

Kiedy w mojej redakcji ktoś mówi o „literackim stylu”, zwykle oznacza to, że tekst ma własny puls, własną temperaturę i nie boi się barwnego języka. Perfect Beasts aż proszą się o takie podejście.

Album „Perfect Beasts” to debiut, który nie brzmi jak debiut. To album czterech muzyków, którzy mają za sobą dekady doświadczeń, a mimo to grają tu z energią i świeżością godną zespołu, który dopiero odkrywa, jak ekscytujące może być granie bez ograniczeń. To muzyka, która ma własny puls, własną temperaturę i własny język — nie ogląda się na trendy, nie próbuje przypodobać się żadnej scenie, a jednocześnie jest na wskroś współczesna. Zespół tworzą John Mitchell, Nick Andrew, Darren Redick oraz Steve Hales — perkusista I autor tekstów, którego rola jest tu absolutnie kluczowa. To on nadaje albumowi literacką spójność, a Mitchell śpiewa jego słowa tak, jakby były pisane specjalnie pod jego głos. Andrew wnosi syntetyczne gitary o unikalnym brzmieniu, Redick — szeroki, sprężysty bas, a Hales — puls i dramaturgię, które spinają całość. Album składa się z dziesięciu utworów i trwa niecałe pięćdziesiąt minut — ale to pięćdziesiąt minut, w których nie ma ani sekundy zbędnej. Każdy numer ma swoją dramaturgię, swój ciężar i własny mikroświat. To płyta zbudowana jak opowieść: od furii, przez ironię i melancholię, po filozoficzny finał.

„Three’s A Crowd” otwiera album jak detonator. Dzwonek, po którym natychmiast wpadają drapieżne gitary i sekcja rytmiczna pracująca z impetem godnym thrashu. Brzmienie jest zwarte, agresywne, bezlitosne. Mitchell śpiewa z nerwem, jakby wyrzucał z siebie nagromadzoną frustrację. Solówka — krótka, ale ostra — tylko podkręca napięcie. Tekst jest równie intensywny: opowiada o kimś, kto wdziera się w cudzą przestrzeń z impetem, którego narrator nie potrafi znieść. Refren „don’t take it personally” brzmi jak sarkastyczna próba złagodzenia komunikatu, który i tak jest brutalnie szczery. A mantra „stay away from me” to czysta potrzeba odzyskania kontroli. To otwarcie, które nie tylko robi wrażenie — ono ustawia cały album w trybie „bez kompromisów”.

Po taranowym początku zespół świadomie zwalnia w „Bad Things Happen”. Zwrotki są miękkie, niemal kojące, z subtelną gitarą i spokojnym wokalem. Dopiero refreny przynoszą ciężar, ale wciąż melodyjny i śpiewny. Solówki Halesa są tu bardziej emocjonalne niż techniczne — to granie „z serca”, nie „z palców”. Tekst opiera się na kontraście: bezradność wobec świata zestawiona z próbą zachowania pogody ducha. Mitchell maluje obrazy absurdalnego chaosu, w którym dobre intencje nie chronią przed katastrofą. Druga zwrotka uderza ironią: wysyłamy pieniądze na cele charytatywne, ale nie wiemy, czy to cokolwiek zmienia. Mostek przynosi jednak akceptację — zamiast lamentu: „what a ride!”. To utwór o tym, że życie bywa brutalne, ale warto przejechać je z otwartymi oczami.

Spotkanie pastelowych zwrotek z eleganckim hardrockowym refrenem to „Heavy Is The Head” . Sekcja rytmiczna pracuje tu z ogromnym wyczuciem, a wokalne harmonie Leoni Jane Kennedy dodają przestrzeni i lekkości. Gitara Mitchella w refrenach brzmi szeroko, ale nie przytłacza — to rock z klasą. Tekst to refleksja nad ciężarem świadomości i starzeniem się. Mitchell śpiewa o ciele, które nie nadąża, i umyśle, który widzi coraz mniej, choć rozumie coraz więcej. „My hands don’t work… I squint to see…” — to nie lament, lecz czuła autoironia. Druga zwrotka przynosi kontrapunkt: „we’re light as dancers”. Mostek domyka całość przesłaniem: czas nie zwalnia, więc trzeba „make the best of being around”. To jeden z najbardziej dojrzałych i poruszających momentów albumu.

W „Genie’s Out The Bottle” Perfect Beasts skręcają w stronę alternatywy. Pulsujący rytm, ostre akcenty i syntetyczne gitary nadają utworowi futurystyczny posmak. Bas pracuje tu jak metronom z charakterem — szeroko, sprężyście, z lekkim brudem. Tekst jest najbardziej polityczny na płycie. Mitchell i Hales tworzą satyrę na świat, w którym populizm i cynizm stały się normą. „Suited swine”, zegar wybijający „13”, demagog wypuszczony z butelki — to groteska, ale podszyta realnym lękiem. Refren „careful what you wish for” działa jak ostrzeżenie: raz wypuszczony dżin zaczyna żyć własnym życiem. To utwór, który uderza mocno — muzycznie i tekstowo.

„Non‑Stop To The Moon” to jeden z najbardziej przebojowych momentów albumu. Mocne wejście gitar, gęsta praca sekcji, kołyszące zwrotki i AOR‑owy refren, który mógłby trafić na playlisty rockowych stacji radiowych. Bas Redicka prowadzi tu całość z imponującą pewnością, a solówka Andrew jest krótka, ale znakomita. Tekst to nostalgiczne spojrzenie na utraconą wiarę w przyszłość. Mitchell przywołuje marzenia ery Apollo: latające samochody, kosmiczne kuchnie, optymizm, który dziś wydaje się naiwny. Druga część tekstu to zderzenie dawnych marzeń z dzisiejszą rzeczywistością: „alternative facts”, cyfrowe uzależnienia, podzielone społeczeństwo. A jednak w mostku pojawia się iskra nadziei: „spread your wings and fly!”. To piosenka o tęsknocie za czasem, gdy patrzenie w niebo oznaczało wiarę, że jutro będzie lepsze.

Warstwowy, narastający, pełen napięcia - taki jest „Undertow” . Chórek otwiera utwór jak echo czegoś duchowego, po czym wchodzą bębny i pulsująca gitara. Refren jest dynamiczny, a klawisze Nicka Andrew dodają głębi i dramatyzmu. Fusion‑solówka błyska jak iskra w ciemności. Końcówka to eksplozja hard rocka, jakby cała nagromadzona energia musiała wreszcie wybuchnąć. Tekst to najbardziej mroczna część albumu — apokaliptyczna wizja świata, który dawno przekroczył granice rozsądku. „Undertow” jest metaforą siły, która nas wciąga: politycznej, społecznej, egzystencjalnej. Motyw „wise man” przewija się przez cały utwór, ale nie jako prorok — raczej jako bezradny świadek. „They are weaponising peace” - to jeden z najmocniejszych wersów na płycie. To utwór, który wciąga jak fala: najpierw kołysze, potem ciągnie, aż w końcu przewraca.

„Chasing Daylight” to ballada‑oddech. Delikatne talerze, subtelny bas, dwie gitary, miękki wokal Mitchella. Solówki są tu jak oddechy, skrzypce dodają melancholii, a końcówka wraca do zwiewnego początku. Tekst jest intymny i jasny: o wychodzeniu z mroku, o sile rzeczy cichych i niepozornych. „In the end it’s the quietest sounds that get heard” — zdanie, które zostaje w głowie na długo. Druga część tekstu przynosi refleksję nad latami chaosu i ślepoty, ale też nadzieję: to, co zostanie po burzy, może wreszcie zacząć rosnąć. To jeden z najpiękniejszych, najbardziej kruchych momentów albumu.

„On A Curve” - jazzrockowy puls, sprężysty bas, funkowy nerw i dialog między instrumentami sprawiają, że to jeden z najbardziej rytmicznych utworów na płycie. Wokal jest tu nieco krzykliwy, ale czysty i pełen energii. Tekst jest kąśliwy: o uporze, denializmie i odrzucaniu faktów. „Ship of fools”, „living with the dinosaurs”, „the truth deranged” — to obrazy współczesnej irracjonalności. Lekka forma muzyczna kontrastuje z ciężarem przekazu, co tylko wzmacnia jego wymowę. To utwór, który pokazuje, jak szeroko Perfect Beasts potrafią rozumieć rock.

„Every Saturday (One Night Only)” - filmowy klimat pubu: głosy, bas, klawisze, delikatna perkusja, słodka gitara, krzykliwy refren, solówka i wygaszenie nastroju. To utwór o zwykłych ludziach z ich niespełnionymi marzeniami i cichymi dramatami. Dylan czeka na swoją piosenkę, Gina marzyła o Indiach, Tommy chciał śpiewać, Angus nosił w sobie tragedię, której nikt nie zauważył. Refren działa jak wspólne westchnienie: jedna noc, jedno miejsce, jedna ucieczka od codzienności. Jest to najbardziej ludzki, najbardziej empatyczny moment albumu — piosenka o wspólnocie, która trwa tylko do ostatniego dzwonka.

Finałowy „Perfect Beasts” zaczyna się ceremonialnie, po czym przechodzi w metalowy atak. Zwrotka łagodnieje, środek jest nostalgiczny, solówka porywająca, a zakończenie — potężne. Tekst to filozoficzne domknięcie albumu, inspirowane Nietzschem. Przemiana „from a beast to a superman” staje się mantrą, a refren przypomina, że rozwój rodzi się z chaosu. To wezwanie, by stać się „perfect beast” — kimś świadomym, twórczym i prawdziwym. Finał, który nie tylko zamyka płytę — on ją podsumowuje.

„Perfect Beasts” to album, który nie tylko robi wrażenie — on zostawia ślad. To nie jest kolejna rockowa premiera, którą przesłuchuje się raz i odkłada na półkę. To płyta, która rośnie z każdym odsłuchem, bo została zbudowana z rzadko spotykaną dziś dbałością o dramaturgię, sens i emocjonalną logikę. To także album, który pokazuje, że rock wciąż może być ekscytujący, jeśli tylko ktoś ma odwagę grać go po swojemu. Perfect Beasts nie próbują być „nowym Genesis”, „nowym Rush”, „nowym Porcupine Tree”. Oni są pierwszym Perfect Beasts — i to słychać. Mitchell śpiewa tu jedne z najlepszych partii w swojej karierze, Andrew tworzy gitarowe światy, których nie da się pomylić z niczym innym, Bas Redicka gra tak sprężyście, że momentami przejmuje rolę drugiej gitary, a Steve Hales — jako perkusista i autor tekstów — spina całość w jedną, konsekwentną opowieść. Jego rola jest absolutnie kluczowa: to on nadaje albumowi literacki kręgosłup, a jego teksty są nie tylko komentarzem do muzyki, ale równorzędnym elementem narracji.

To płyta, która nie boi się ciężaru, ale też nie boi się ciszy. Nie boi się ironii, ale też nie boi się czułości. Nie boi się polityki, ale też nie boi się metafizyki. Jest w niej gniew, melancholia, humor, nostalgia, filozofia i zwykła ludzka empatia. I co najważniejsze — jest w niej prawda. Taka, która nie potrzebuje wielkich słów, bo słychać ją w każdym dźwięku.

„Perfect Beasts” to jeden z tych albumów, które pojawiają się rzadko — nie dlatego, że brakuje dobrych muzyków, ale dlatego, że brakuje odwagi, by zrobić coś naprawdę własnego. Perfect Beasts tę odwagę mają. Dziesięć utworów, niespełna pięćdziesiąt minut, zero wypełniaczy. Każdy numer ma sens, każdy coś wnosi, każdy zostawia ślad. To album, który można analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, interpretować — ale przede wszystkim można go po prostu słuchać. Głośno, cicho, w skupieniu, w samochodzie, w słuchawkach — działa zawsze. Jeśli współczesny rock ma jeszcze gdzieś przyszłość, to brzmi ona właśnie tak: bezkompromisowo, inteligentnie, emocjonalnie i z charakterem. „Perfect Beasts” to nie tylko świetny debiut. To płyta, która ma szansę stać się punktem odniesienia. I bardzo możliwe, że za kilka lat będziemy mówić o niej jako o jednym z najważniejszych rockowych albumów tej dekady. Bardzo gorąco polecam.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce