W poczynaniach francuskiej grupy Lazuli można doszukać się pewnych prawidłowości. Po wydaniu w 2020 roku płyty „Le Fantastique Envol de Dieter Böhm” nastąpiła trzyletnia przerwa, po której ukazał się album „11”. Niemal dokładnie po kolejnych trzech latach zespół przedstawia krążek „Être et ne plus être”. Żeby być skrupulatnym trzeba dodać, że podczas tych przerw formacja wzbogacała swoją dyskografię o dodatkowe pozycje – wydany w 2021 album „Dénudé (16 Songs, Naked & Unplugged)” z akustycznymi wersjami starszych utworów oraz ubiegłoroczne koncertowe wydawnictwo audiowizualne „Lorelive - Live At Night Of The Prog 2022”. Inną ciekawostką jest fakt, że począwszy od płyty „Saison 8” (2018) liczba ścieżek pokrywa się z numerem porządkowym danej płyty w dyskografii Francuzów. Skoro zatem mamy do czynienia z krążkiem numer 12, zatem tyle ścieżek zostało zarejestrowanych i wydanych na, trwającym równo 61 minut, wydawnictwie zatytułowanym „Être et ne plus être”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Jesteśmy i już nas nie ma”.
Przypomnę, że na czele grupy stoją bracia Leonetti: autor wszystkich utworów, odpowiedzialny także za stronę wizualną wydawnictw, śpiewający i grający na gitarach Dominique oraz pełniący rolę realizatora nagrań Claude, który gra także na instrumencie nazwanym Léode (po jego opis zapraszam do wcześniejszych recenzji płyt zespołu). Obaj odpowiedzialni są także za miks nagrań. Skład uzupełnia klawiszowiec (wykonujący także partie basu na syntezatorze oraz grający na waltorni) Romain Thorel, perkusista (ubarwiający także nagrania partiami wibrafonu) Vincent Barnavol oraz gitarzysta i basista Arnaud Beyney. Tym razem mamy do czynienia z tym samym kwintetem, który nagrał krążek „11” (a także „Lorelive”). I choć wszystkie piosenki stworzył Dominique Leonetti, to za ostateczny ich kształt odpowiadają wszyscy muzycy (jak jest to zgrabnie ujęte w opisie płyty – aranżacje Thorel-Barnavol-Beyney-Leonetti2).
Już od pierwszych nut rozpoczynającego album nagrania tytułowego Lazuli zabiera nas do jedynego w swoim rodzaju świata dźwięków, który od początku nie pozostawia złudzeń z twórczością jakiego zespołu obcujemy. Mamy tu charakterystyczne partie pianina, organów i granej na klawiszach linii basu, wyrazistą pracę perkusji oraz niepowtarzalny duet Léode – gitara raczący nas zapadającymi w ucho melodiami, a przede wszystkim śpiew (w tym barwne wokalizy) Dominique’a. Warstwa liryczna traktuje o brawurze i bezmyślności ludzkości:
„Widziałem nas spokojnie idących/ Po cienkiej krze/ Jak młode łobuzy/ Pozbawieni zdrowego rozsądku
Widziałem nas odpływających/ Obojętnych i zdystansowanych/ Pozostawiających brzeg, który znikał/ Jak zbyt rozcieńczona gwasz
Widziałem nas dryfujących/ Topiących się niczym śnieg w słońcu/ Bez alternatywy/ Bo pewnego dnia wszystko ma swoją cenę
Widziałem nas znikających/ Jesteśmy i już nas nie ma”.
Naprawdę nie sposób się uwolnić od tego nagrania, a dalej wcale nie jest gorzej. Umieszczony na ścieżce numer 2 utwór „Chaque jour que soleil fait” („Każdego dnia gdy świeci słońce”) jest bardziej stonowany, z nieco aktorską prezentacją tekstu oraz muzyką, która narasta od subtelnego gitarowego podkładu i delikatnych nut wygrywanych na waltorni po patetyczny finał, w którym mocniejsze bębny wraz z basem (tym razem już nie klawiszowym) oraz pociągłe dźwięki Léode i waltorni przeplatają się z piękną wokalizą.
Było podniośle, więc pora na coś lżejszego. Z tego zadania idealnie wywiązuje się pieśń „Sourire” („Uśmiech”). To 3 i pół minuty niezwykle pozytywnych dźwięków zagranych m.in. na… ukulele, ale też niezwykle melodyjnej partii gitary elektrycznej. W finale robi się nieco bardziej pompatycznie, z pięknym duetem Claude – Arnaud oraz skocznymi nutami wydobywanymi z waltorni oraz wokalizą Dominique’a. Całości towarzyszy pozytywny tekst mogący kojarzyć się z piosenkami „Don’t Worry Be Happy” czy „Always Look On The Bright Side Of Life”:
„Uśmiechnąć się do kata/ Cięcie po cięciu/ I na szafocie/ Poprawić czubek fryzury/ Zachować zimną krew/ I głowę na karku/ Zrobić psikusa/I założyć z powrotem sztywny kołnierzyk
Uśmiech/ Jak ostatni taniec/ Ostatnia bezczelność/ I wyciągam/ Swoją niesubordynację/ Nie zważając na przyzwoitość
Rozpromienić twarz/ Najpiękniejszym uśmiechem/ Wyjechać w podróż/ I źle się zachowywać/ Rozpromienić twarz/ Najpiękniejszym uśmiechem/ Nie płacąc myta/ A potem umrzeć ze śmiechu”.
Teraz z kolei czas na coś bardziej poważnego o jakże innej wymowie niż „Souirire”. W pieśni „Matière première” („Surowiec”) niepokojący, ale także niespieszny podkład zbudowany jest na dźwiękach gitary basowej, Léode, wibrafonu obsługiwanego przez Vincenta oraz waltorni. Tym razem przesłanie jest zdecydowanie gorzkie:
„Mięso dla terrorystów/ Mięso dla chimerycznych marzeń/ Mięso dla spiskowców/ Mięso dla środków nasennych/ Mięso dla tytoniu/ Mięso dla mafii/ Mięso dla gadania/ I tak dalej...
Świeże mięso dla straszydeł/ Dobre dzieci, piękna okazja/ Na końcu bajki zjedli nas/ A ziemia nadal się kręciła
Jesteśmy surowcem”.
Siedmiominutowy utwór „L'eau qui dort” („Woda, która śpi”) przenosi nas w baśniową krainę dźwięków rodem z płyt Pink Floyd. Mamy tu sporą dawkę dźwięków akustycznej gitary, organów Hammonda, elektrycznego pianina, nastrojowych nut wydobywanych z gitary basowej, spokojnego rytmu wygrywanego na perkusji i wreszcie porywającej partii Léode, szczególnie w końcówce, gdy Claude serwuje nam wyśmienite solo.
Do tańca w rytmie walca zaprasza nas „Pieśń Cherokee” („Une chanson Cherokee”). Na pierwszy plan wysuwają się tu gitara akustyczna i głos Dominique’a, Bas Arnaud i pianino Romaina. Towarzyszy im spokojny podkład perkusyjny Vincenta oraz subtelne tła wygrywane przez Claude’a na jego, jedynym w swoim rodzaju, instrumencie. Całość w końcówce wzbogaca wokaliza oraz solo na Léode w wykonaniu braci Leonettich.
Trzaski płyty winylowej rozpoczynają nagranie „Quel dommage” („Jaka szkoda”), w którym główną rolę odgrywa Romain i jego fortepian oraz głos Dominique’a. W drugiej części jest bardziej dynamicznie, z pełną werwy grą perkusji i porywającym gitarowym solem, choć końcówka to tylko głos i gitara autora całości. Tym razem test mówi o zanikaniu więzów przyjaźni:
„Z błękitnego oceanu, którym byliśmy/ Widzisz, pozostała tylko piana/ Tylko kilka nut na skałach/ I nasze marzenia pozostawione na progu/ Jednak kilka opowieści z asfaltu/ Wciąż rozbrzmiewa we mgle/ Ale nasze wspomnienia bez zakładki/ Powoli tracą wątek
Jaka szkoda
Są więzi, które się rozluźniają/ Przyjaciele, którzy się oddalają/ I wolą zamknąć ten rozdział/ Jaka szkoda”.
Umieszczona na ścieżce ósmej pieśń „L'instant” („Chwila”) odbiega od reszty zawartości krążka, albowiem tu słyszymy wyłącznie Dominique’a, jego grę na gitarze akustycznej i nostalgiczny śpiew o ulotności ważnych momentów:
„Chciałbym, żeby ta chwila/ Nigdy nie przeminęła/ Albo żeby sekretny urok/ Zatrzymał ją na zawsze
Wiem, że nic nie trwa wiecznie, a jednak/ Przez chwilę/ Ta chwila należała tylko do nas
Tylko do nas”.
Cały zespół powraca w „L'homme sûr” („Niezawodny człowiek”). Tu klimat jest bardziej mroczny z tajemniczymi nutami Léode, pianinem, wyrazistą gitarą akustyczną, a także wspaniałą partią solową jej elektrycznego odpowiednika. Dominique przejmująco śpiewa tu wersy w poczuciu własnej wartości, tak często nie dostrzeganej przez innych:
„Należę do tych, których wymazuje się/ Żadna ulica, żadna aleja/ Nawet najmniejsza ślepa uliczka/ Nie nosi mojego imienia, nie jest mi poświęcona
Nie jestem supermanem/ Ale jestem pewnym siebie człowiekiem/ Robię, co mogę/ Ale idę swoim tempem”.
W „Mon body se meurt” („Moje ciało umiera”) mamy połączenie bluesowej gitary z podkładami kojarzącymi się z twórczością Petera Gabriela, w których główne role odgrywają bracia Leonetti, Claude z wyrafinowanymi tłami i Dominique ze śpiewem, w którym można doszukać się krytyki współczesnego stylu życia:
„Na letniej paradzie/ Uzależniony to mało powiedziane/ To totalna klapa/ Nie okłamujmy się/ Uzależniające dodatki/ Tłuszcz, cukier/ Przed telewizorem, bierny/ Rachunek jest wysoki
Im bardziej robi się kwaśno/ Tym bardziej wtapiam się w tłum/ Argument jest raczej słaby/ Przyznaję się, Wasza Miłość/ Zobacz, jaki byłem/ Zobacz, jaki jestem/ Moje letnie ciało/ Zobacz, jak moje ja "było"/ Zwierzam się Tobie, powierzam Ci to
Moje ciało umiera”.
Przedostatnią ścieżkę wypełnia kompozycja „Les 4 raisons” („4 powody”), w których główne role odgrywają fortepian, orkiestracje, gitara akustyczna, spokojna sekcja, chór (można go nazwać rodzinnym, gdyż występują w nim Sara Barnavol, Jessica Bertry oraz Elliot, Aline, Christine i Énahé Leonetti) oraz… cykady z Deaux. Na tle tak skonstruowanego podkładu wybrzmiewają słowa o afirmacji życia:
„Dla ciepła lata/ Dla kolorów jesieni/ Dla nieskazitelnej zimy/ I wiosny, która daje mi/ Powód, by zacząć od nowa
Zapinam i rozpinam guziki/ Cztery pory roku”.
Na finał Lazuli prezentuje najdłuższy, ponad 8-minutowy utwór na płycie – „Au bord du précipice” („Na skraju przepaści”). Całość pięknie się rozwija, od delikatnego początku po pełen patosu koniec. Mamy tu kwintesencję brzmienia zespołu. Jest i marimba, jest fortepian, ale też Hammondy, sporo gitary akustycznej, ale i elektrycznej, która wraz z Léode tworzy energetyczny duet w drugiej części, no i wreszcie „tradycyjna” dla tego zespołu sekcja rytmiczna – perkusja i syntezatorowy bas, a w końcówce grupa pozostawia nas początkowo z gitarą i fortepianem, by ostatecznie tylko drugi z instrumentów pozostał na scenie samotnie prowadząc nas do końca płyty.
Album wydany został na płycie kompaktowej umieszczonej w digibooku z szatą graficzną, której głównym autorem jest Dominique. Każdemu tekstowi towarzyszy osobna grafika, a centralnym motywem są lodowe głowy, raz w postaci pięknych figurek, a gdzie indziej ukazane w częściowo lub całkowicie roztopionej postaci. Ten motyw idealnie koresponduje z tytułem wydawnictwa, które dostępne jest także w postaci dwóch niebieskich krążków winylowych umieszczonych w kopercie typu gatefold.
W książeczce do płyty możemy przeczytać takie zdanie:
Album z gwarancją braku użycia sztucznej inteligencji, stworzony przez pracowitych, wrażliwych i omylnych ludzi w studiu l'ABEILLE RÔDE (Francja) w 2025 roku.
Właśnie to cenię w tej francuskiej formacji – że robi swoje, z pełnym zaangażowaniem, bez wspomagania się kontrowersyjnymi nowinkami technicznymi (co tyczy się także wspomnianej wcześniej szaty graficznej), tak jak potrafi. A że umiejętności poszczególnych muzyków są naprawdę duże, a przy tym mają oni niezwykły zmysł do tworzenia ciekawych, zapadających w pamięć, melodii, to efekt finalny musi być znakomity. Do tego dochodzi charakterystyczny śpiew Dominique’a i jego inteligentne i niepozbawione dawki humoru teksty w języku francuskim. Polecam zapoznać się ze wstępem, na który składa się ponad 600 słów tworzących nieprzerwany strumień tekstu z wątpliwą interpunkcją. Język Molière’a nie jest tak popularny jak angielski, ale dzięki temu, że grupa konsekwentnie tworzy w języku ojczystym z pewnością wyróżnia się na rockowej scenie.
To wszystko sprawia, że krążek „Être et ne plus être” jest kolejną udaną pozycją w dyskografii Lazuli. Może i brak tu jakiś większych zaskoczeń, ale w przypadku tej grupy to niekoniecznie jest wadą, gdyż kroczy ona swoją ścieżką prezentując doprawdy udane piosenki, ze świetnymi melodiami, bogato zaaranżowane i wspaniale wykonane, a do tego wydane z dużym smakiem. To wszystko składa się na jedno z najciekawszych wydawnictw początku 2026 roku.
