HamaSaari – Pictures

Maciej Niemczak

Zanim światło dzienne ujrzał album „Pictures”, HamaSaari musiało narodzić się w ciszy francuskiego Le Mans, kiełkując na gruzach tego, co pozostawił po sobie zespół Shuffle. To nie był zwykły projekt poboczny, lecz ewolucja – świadome przejście z głośnej młodości w stronę dojrzałej, progresywnej refleksji. Ich debiut, „Ineffable” z 2023 roku, był niczym pierwszy oddech: nieśmiały, a jednak wypełniający płuca świeżym powietrzem art rocka. Przez kolejne trzy lata zespół dojrzewał w cieniu swoich mistrzów, by w 2026 roku powrócić z dziełem skończonym, gęstym od znaczeń i emocji.

Są płyty, które nie wybrzmiewają, lecz się wydarzają – niczym nagłe pęknięcie nieba nad oceanem albo szept w pustym pokoju. Nowy album Francuzów oddycha tym samym powietrzem, co najczystsze dokonania Anathemy z jej najbardziej mistycznego okresu. Słychać tu tę samą kruchą, brytyjską wrażliwość i umiejętność tkania dźwiękowych dywanów, które unoszą słuchacza nad ziemię, by za chwilę pozwolić mu runąć w głąb siebie. To pokrewieństwo dusz, gdzie techniczna biegłość ustępuje miejsca czystej, niemal sakralnej emocji. W tej podróży przewodnikiem jest głos i gitara Jordana Jupina, ale to potęga dwóch gitar – gdy do lidera dołącza Axel Vaumoron – buduje gęstą architekturę snu. Sekcja rytmiczna, Jonathan Jupin na basie i Élie Chéron za perkusją, tworzy fundament tak plastyczny, że każda nuta wydaje się mieć swoją wagę i temperaturę. To muzyka zawieszona „pomiędzy”. Między kruchym spokojem a gwałtownym przypływem przesterów, które kojarzą się z elegancją Porcupine Tree i nowoczesną siłą Karnivool. Gdy w utworze „Frames” do głosu dochodzi gościnnie Christelle Ratri, obraz nabiera dodatkowej głębi, jakby ktoś nagle wpuścił smugę światła do dusznego pokoju. HamaSaari nie grają dźwięków – oni malują nimi niepokoje, lęki i powroty do domu, którego już nie ma. Zapraszam Was do “obejrzenia” tych obrazów uszami. Tylko proszę uważać: niektóre z nich zostawiają ślady, których nie da się zmyć.

Otwierający album „Pictures” utwór „Below The Lightnings” to nie tylko brama do nowej estetyki zespołu, to brutalnie szczery zapis momentu, w którym grunt usuwa się spod nóg. Wszystko zaczyna się od krystalicznych, niemal onirycznych gitar, ale spokój ten jest tylko iluzją. Tu i ówdzie pobrzmiewają echa dokonań Anathemy – ten sam rodzaj podskórnego napięcia i dusznej melancholii, który każe nam z zapartym tchem czekać na rozwiązanie. Głos Jordana, w tej intymnej, akustycznej oprawie, brzmi jak spowiedź kogoś, kto właśnie doświadczył emocjonalnego wstrząsu: „It drove me wild... It was the first time, it froze my blood”. Ten floydowski chłód wstępu, przyprawiony anathemowską wrażliwością, idealnie oddaje stan „zamrożenia krwi”. W połowie utworu, gdy do głosu dochodzi potężny, „gryzący” riff, muzyka przestaje tylko towarzyszyć tekstowi – ona staje się jego ucieleśnieniem. Obraz podwójnego strzału („You shot me twice but I thought it was a fake”) znajduje swoje odbicie w gęstej, postmetalowej nawałnicy dźwięków. To tutaj czuć rękę Jordana Jupina i Thibault Chaumont; produkcja uderza z siłą gromu, podkreślając dramaturgię wyznania o upadku na ziemię („We hit the ground, I was wrong to stand”). To bolesne przebudzenie, w którym wszystko wreszcie „nabiera sensu” („It makes sense now”), choć jest to sens tragiczny. Lirycznym i muzycznym jądrem kompozycji jest rozpaczliwe pytanie o mrok ukryty w drugim człowieku: „Just tell me why you’re turning mad at night / Spare me from the darkness in your heart”. HamaSaari, wzorem braci Cavanagh, mistrzowsko buduje tu napięcie między ziemią a niebem – między tym, co ludzkie i kruche, a tym, co nieuchronne i niszczycielskie niczym burza. Refren staje się mantrą osób, które zbyt długo trwały w toksycznym zawieszeniu („All This Time We Spent Below The Storms”). Finał utworu to przerażająca metafora „bezpiecznych mórz” („We’re drowning in our own safe seas”). To paradoks, który HamaSaari wygrywa z niesamowitą precyzją: toniemy w tym, co miało nas chronić, osuwając się ostatecznie poniżej linii błyskawic („We’re sinking below the lightnings”). Muzyka wygasza światło, zostawiając nas z echem tej straty w sterylnym chłodzie, który potwierdza, że choć błyskawice zniknęły, my wciąż opadamy na dno.

Jeśli „Below The Lightnings” było gwałtownym uderzeniem o twardy grunt, to „The Wild Ones” jest chwilą, w której z dymiącego jeszcze leja po wybuchu spoglądamy w górę. Utwór wyrasta z ciszy, niesiony kruchym, niemal eterycznym wokalem Jupina, który zarejestrował spowiedź człowieka tęskniącego za ostatecznym wyzwoleniem. Tu nie ma już walki z burzą – jest melancholijna obserwacja tych, którzy „powoli znikają”, odnalazłszy wreszcie swój pokój i miłość poza granicami naszego zrozumienia. Muzycznie HamaSaari wspina się tu na wyżyny anathemopodobnej mistyki. Gitary Axela i Jordana nie tną powietrza; one je rzeźbią, tworząc oniryczną aurę, w której każde uderzenie w struny brzmi jak próba nawiązania kontaktu z tymi, którzy odeszli. To utwór o dualizmie spojrzenia – o „różnych oczach wpatrzonych w ten sam krajobraz”. Podczas gdy jedni trwają w milczeniu, inni reagują, ale wszyscy jesteśmy uwięzieni w tym samym paradoksie: gardzimy tymi, których jednocześnie kochamy. W połowie kompozycji, pod czujnym uchem masteringowym Thibault, brzmienie zaczyna pęcznieć. Sekcja rytmiczna Jonathana i Éliego nadaje całości niemal rytualny puls, przygotowując nas na finałową iluminację. Gdy padają słowa o „rysowaniu innych światów pod gwiazdami”, muzyka przestaje być tylko tłem – staje się tymi światami. Trzy gitary splatają się w potężny, świetlisty warkocz dźwięku, który – niczym w najlepszych momentach Weather Systems – unosi nas ponad „to krwawe miejsce” (“this bloody place”). To bolesna, ale i piękna wizja palenia starych fotografii (“Is there picture you would like to burn?”), by zrobić miejsce dla nowej, dzikiej czystości. HamaSaari udowadnia, że potrafi zamienić chorobę duszy w gwiezdny pył, zostawiając nas z obrazem „dzikich” tańczących w blasku księżyca – z dala od lęku, z dala od nas, a jednak bliżej prawdy niż kiedykolwiek wcześniej.

Jeśli poprzednie obrazy były próbą oswojenia straty, to „Our Heads Spinning” jest zapisem całkowitej utraty kontroli nad własnym „ja”. Utwór otwiera się nerwowym, sterylnym pulsem, przywodzącym na myśl ‘matematyczny’ chłód Porcupine Tree z okresu ''In Absentia''. Jordan Jupin, jako producent, osadził tu swój głos w aurze wyobcowania: „I don’t feel myself anymore”. To wyznanie kogoś, kto patrzy na świat jak na zbiór fałszywych projekcji i nie chce już być częścią żadnego z tych obrazów (“I don’t care of a picture of me”). W zwrotkach panuje duszna, Wilsonowska dyscyplina. Gitary Axela i Jordana tkają pajęczynę niepokoju, oddając stan, w którym wszystko wokół wydaje się być stworzone dla każdego, a jednak jednostka czuje się w tym nadmiarze chorobliwie obca. To rozpaczliwa walka o powstrzymanie wewnętrznej eksplozji (“I’m trying to contain the explosion”), która tli się pod skórą niczym ukryty pożar. Słowa stają się jałowe (“we speak for nothing”), a jedynym wyjściem wydaje się ucieczka w milczenie. Ale to w refrenach dźwięki eksplodują, rozrywając tę kruchą konstrukcję na strzępy. To nie jest zwykłe wejście przesteru – to soniczne ucieleśnienie mdłości, o których śpiewa Jordan (“I cry no more but I feel sick”). Muzyka HamaSaari, wspierana precyzyjnym masteringiem, uderza tu z siłą fali uderzeniowej. Nawet jeśli spróbujemy wyciszyć myśli, tytułowe wirowanie w głowie nie ustaje – muzyka staje się tym fizycznym zawrotem głowy, wciągając nas w wir, z którego nie ma powrotu. Finał utworu przynosi zmianę perspektywy. Zamiast ucieczki – konfrontacja. Wezwanie do tego, by stanąć przy ogniu i wyjaśnić, jak on płonie (“Stay beside the fire and explain how it’s burning”). To tutaj muzyka osiąga swój szczyt, stając się tłem dla bolesnego krzyku żalu i rozbijania drzwi (“You scream your grieve / Smash the doors”). HamaSaari przypomina nam jednak o mrocznym, niemal sakralnym paradoksie: wykrzycz swoje cierpienie światu, ale nigdy nie zapominaj, że w tym obłędzie nie jesteś sam. Utwór wygasa w oparach dymu po tym wewnętrznym pożarze, zostawiając nas z lękiem przed bezwartościowością i echem pytania: co właściwie powinniśmy teraz zrobić?

Wkraczamy w najgłębszą noc tego albumu. Jeśli „Our Heads Spinning” było momentem dynamicznego obłędu, to „Lost In Nights” jest jego sennym, paraliżującym powidokiem. Muzyka zwalnia, staje się gęsta i lepka jak smoła, nawiązując do najbardziej onirycznych, „narkotycznych” pejzaży Porcupine Tree z czasów ''The Sky Moves Sideways''. Jupin, kreując ten obraz w Studio de la Fuie, postawił na przestrzeń, w której każdy dźwięk gitary wydaje się być dalekim echem odbitym od tafli wody (“Light colours stained the waves”). Lirycznie to zapis bolesnego paradoksu: bezpieczeństwo domu okazuje się iluzją, gdy skóra pozostaje sucha, a serce błądzi w nieprzeniknionej ciemności (“My heart lost in nights”). To tutaj najwyraźniej słychać tę anathemowską zdolność do budowania napięcia samym szeptem i pauzą. Jordan śpiewa o łzach i myślach, które raz lśnią, a raz gasną, blednąc w głębokim oddechu rezygnacji. Muzyka podąża za tymi „wyjącymi kształtami” (“The howling shapes”), które wokalista dostrzega wewnątrz siebie. Mastering sprawia, że te niskie tony wibrują w splotach słonecznych słuchacza, budując atmosferę osaczenia. Dom, który miał być schronieniem, staje się „pełen żalu i łez”, miejscem, w którym serce wciąż zaprzecza rzeczywistości (“My heart still denies”). Kulminacja utworu to moment, w którym czujemy się „schwytani na polu”, wyrzuceni poza nawias światła dziennego. HamaSaari mistrzowsko oddaje stan bycia jednocześnie „żywym, wolnym i zakutym w łańcuchy” (“Alive, free and chained”). To ostateczne wyobcowanie – stan, w którym czujemy się poza własnym ciałem (“I’m feeling out of me”), szukając choćby najmniejszej smugi światła w ciemności, która zdaje się nie mieć końca. To kadr ostatecznej izolacji, gdzie jedynym towarzyszem pozostaje echo dawnych śmiechów i żałoby.

„Frames” otwiera okno na niespokojny ocean. Ten najdłuższy na płycie, niemal siedmiominutowy utwór, to kompozycyjny majstersztyk, w którym HamaSaari rzuca wyzwanie własnym ograniczeniom. Wkraczamy w przestrzeń, gdzie granica między jawą a snem ostatecznie ulega zatarciu. Słyszymy śpiew z oddali i czujemy cienie, które karmią się naszym drżeniem podczas bezsennych nocy. To tutaj dochodzi do kluczowego dialogu – do Jordana Jupina dołącza Christelle Ratri. Jej głos pojawia się jak smuga światła, o której marzyliśmy w poprzednich utworach, ale nie przynosi ona prostego pocieszenia. Razem tkają opowieść o umyśle, który „wywraca się do góry dnem”, wypełniony wydrążonym lękiem. Jordan, jako realizator, uzyskał tu niesamowitą głębię – mamy wrażenie, że głosy artystów krążą wokół nas, szepcząc o rzeczach, których nie da się ubrać w słowa. Muzycznie „Frames” to popis progresywnej architektury. Gitary Jordana i Axela budują tu piętrowe konstrukcje, które – wzorem najlepszych dokonań Anathemy i Stevena Wilsona – narastają z matematyczną precyzją, by w finale eksplodować w mathrockowym uniesieniu. Mastering Thibaulta Chaumonta sprawia, że każda „linia narysowana przez strach” jest tu słyszalna z krystaliczną czystością. Finał utworu to moment metafizycznego uwolnienia. Gdy „odpływ zabiera wodę”, a nasz pył unosi się nad „polem oddechów”, muzyka osiąga stan nieważkości. Dotykamy jednocześnie nieba i ziemi, lśnienia i mroku. To już nie jest tylko smutek – to duch wychodzący z ognia, szukający ujścia poza ciasnymi ramami dotychczasowych lęków.

Jeśli „Frames” było monumentalnym wyjściem w nieznane, to „Under The Trees” jest powrotem do korzeni – w dosłownym i przenośnym sensie. Muzycznie HamaSaari porzuca tu sterylny chłód na rzecz cieplejszych, organicznych tekstur, które przywołują ducha wczesnego Porcupine Tree. To najbardziej „ziemski” fragment albumu, w którym gitary Jordana i Axela szumią niczym korony drzew, tworząc półcień – jedyny azyl przed światem, który stał się zbyt głośny. Lirycznie to jednak utwór przepełniony pierwotnym lękiem, niemal sakralne wołanie o bliskość. Jordan Jupin, rejestrując te partie w studio, odrzucił wszelkie maski, obnażając egzystencjalny horror ubrany w pozornie łagodne dźwięki. Centralnym punktem tej spowiedzi jest lęk przed nicością. W świecie „Pictures”, gdzie wszystko jest tylko kadrem lub odbiciem, bohater drży przed myślą, że po wyjściu poza ramę po prostu przestanie istnieć. To wołanie: „Stay with me my friend. Don’t leave me alone” jest desperacką próbą zakotwiczenia się w drugim człowieku. Jordan po mistrzowsku kreśli tu dualizm dnia i nocy – destrukcja nadchodzi z obu stron. Nie ma bezpiecznej pory doby; noc kradnie sny, a dzień brutalnie obnaża rany. Jedynym ratunkiem jest bycie „pomiędzy”, pod ochroną drzew, gdzie przeszłość przestaje być więzieniem, choć nostalgia wciąż pobrzmiewa w muzyce niczym ciężka kotwica. To tutaj pada przejmujące wyznanie niedopasowania: „niewłaściwi ludzie”. HamaSaari sugeruje, że świat, o którym marzą – gdzie „miłość jest wszystkim” – nie przystaje do rzeczywistości. Drzewa stają się jedynym miejscem, gdzie ten wyśniony świat staje się na chwilę prawdziwy, prowadząc nas do ostatecznej prawdy: „And we were us”. Pod czujnym uchem masteringowym Thibaulta Chaumonta, ten leśny szept staje się monumentalnym hymnem o prawie do bycia sobą.

Docieramy do końca galerii, ale zamiast kojącego finału, HamaSaari funduje nam obraz ostatecznego rozpadu. „Home” to monumentalny, postrockowy monolit, który wyrasta z ciszy niczym góra lodowa. Muzycznie to tutaj najmocniej pulsuje dziedzictwo Anathemy i Sigur Rós – Jordan Jupin w Studio de la Fuie wyczarował przestrzeń tak ogromną, że czujemy się w niej mali, niemal nieznaczący. Duet gitarzystów buduje tu ścianę dźwięku, która nie dusi, lecz oślepia blaskiem, niesionym przez precyzyjny mastering Thibaulta Chaumonta. Lirycznie „Home” to zapis tragicznego paradoksu: świecenia w ciemności, którego nikt nie zauważył. To obraz świata, który stracił swoje kolory – gdzie zieleń zmieniła się w szarość, a żyzne pola w groby. Jordan śpiewa o próbach dorastania w słońcu, które nigdy nie posłało nam ani jednego promienia. To najbardziej bolesny moment płyty – uświadomienie sobie, że „dom”, którego szukaliśmy, jest miejscem, o którym wszyscy zapomnieliśmy stojąc na krawędzi przepaści. Muzyka narasta, gęstnieje, staje się niemal sakralnym hałasem, by w kulminacyjnym punkcie przynieść nagły zwrot. Gdy po serii upadków i walk pojawia się fraza: „But someone called you home”, następuje emocjonalne przełamanie. Finał utworu to dźwiękowa fala uderzeniowa, która zmywa wszystkie poprzednie lęki, zostawiając nas w sterylnym, białym świetle. HamaSaari zamyka album pytaniem o naszą tożsamość na krawędzi końca świata, przypominając, że jedynym ratunkiem przed staniem się „surowym jak kamień” jest usłyszenie tego jednego głosu, który wskaże nam drogę powrotną.

Muzycy grupy HamaSaari na płycie „Pictures” dokonali rzeczy rzadkiej – stworzyli album, który jest jednocześnie technicznie sterylny i emocjonalnie brudny. To produkcyjny majstersztyk, w którym gitary nie walczą o miejsce w miksie, lecz wspólnie tkają gęstą, postrockową mgłę. Od anathemopodobnych uniesień, przez Wilsonowski chłód, aż po potężne, niemal metalowe detonacje, zespół porusza się po mapie progresywnego rocka z pewnością starych mistrzów. To brzmienie selektywne, szerokie i oddychające, które nie pozwala słuchaczowi na chwilę dekoncentracji.

Lirycznie to jedna z najbardziej intymnych podróży, jakie ostatnio odbyłem w tym gatunku. Teksty Jordana Jupina to nie są zwykłe piosenki; to zapisy stanów granicznych – od paraliżującego lęku przed nicością, przez ból izolacji, aż po rozpaczliwe wołanie o dom, który przestał istnieć. HamaSaari wyciąga nas z bezpiecznych ram codzienności i zmusza do spojrzenia w oczy własnym „wyjącym kształtom”. To liryka surowa, pozbawiona taniego optymizmu, ale nasycona autentycznością, która zostawia w słuchaczu trwały ślad.

„Pictures” nie jest płytą do słuchania w tle. To album-doświadczenie, który wymaga od nas zgaszenia świateł i odłożenia telefonów. Francuzi udowodnili, że rock progresywny w 2026 roku wciąż potrafi być świeży, bolesny i piękny jednocześnie. To płyta o „niewłaściwych ludziach”, którzy w świecie pełnym szumu szukają choćby jednej czystej nuty.

Jeśli szukacie w muzyce czegoś więcej niż tylko rytmu – jeśli szukacie schronienia, konfrontacji i prawdy ukrytej między warstwami gitarowego szumu – „Pictures” jest adresem, pod który musicie trafić. Dajcie się przywołać do tego domu. Nawet jeśli okaże się pusty, echa, które tam usłyszycie, zostaną z Wami na bardzo długo.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że żyjemy w wyjątkowym momencie dla muzyki nieoczywistej. To doprawdy fantastyczne, że niemal w tym samym czasie światło dzienne ujrzały dwie tak potężne i cudowne płyty – „Pictures” od HamaSaari oraz długo wyczekiwane „In Verses” od australijskich wizjonerów z Karnivool. Oba albumy, choć operują inną wrażliwością, zdają się nadawać na tych samych, wysokich częstotliwościach emocjonalnych. To prawdziwa uczta dla tych, którzy w rocku progresywnym szukają nie tylko technicznej perfekcji, ale przede wszystkim sonicznej głębi i egzystencjalnego ciężaru. HamaSaari, stając ramię w ramię z takimi gigantami, udowadnia, że ich miejsce w panteonie nowoczesnego prog rocka jest w pełni zasłużone. Bardzo gorąco polecam.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce