Dobrze, ża taka płyta pojawiła sie właśnie teraz. Bo niby jest dopiero początek roku, niby wszystko dopiero przed nami, a jednak rośnie złość, rośnie zdenerwowanie, rośnie niechęć w stosunku do wszystkiego dookoła. Denerwuje pogoda, denerwuje niepogoda, denerwuje... wszystko. I być może nie wszyscy mają takie odczucia, ale coś jest “w powietrzu”. I można by powiedzieć, że w takich okolicznościach przyrody pojawia się niczym promień słońca na zachmurzonym niebie nowa solowa płyta Marca Atkinsona pt. “Voices”.
Dwa lata po poprzednim albumie (“Heart & Soul” z 2023 roku) muzyk serwuje muzyczną ucztę bogów – wydawnictwo z piętnastoma kompozycjami utrzymanymi w stylu... Marca Atkinsona. Niepowtarzalnym stylu, który da się chyba określić jednym, ale jakże ważnym słowem: nastrój. Wyczytałem gdzieś, że określa się tego muzyka jako “wokalistę ze złotym głosem” (“man with the golden voice”). Ze swej strony nieco zmodyfikowałbym to określenie i powiedział raczej, że to “mistrz nastroju”, który ma jednak wiele muzycznych twarzy. Wystarczy wspomnieć zespół Nine Stone Close, dodać kolejną grupę, która wydała dwa wspaniałe albumy – Riversea. Na marginesie, okładki obu albumów tej formacji zaprojektował “mistrz baśniowych opowieści rysunkowych” – Ed Unitsky. I wreszcie zespół Moon Halo, w którym obok Marca udział bierze Iain Jennings (Mostly Autumn).
W recenzji ostatniego wydawnictwa zespołu Moon Halo, płyty „Trichotomy” pozwoliłem sobie napisać następujące słowa: „(…) Najnowszy album można (…) podzielić na dwie (niestety nie równe) części: atmosferyczną w typie Riversea i neoprogresywno-popową, bardziej w typie Mostly Autumn. Oczywiście nie jest to podział, który sprawia, że mamy na krążku utwory słabe i lepsze, nie należy go też traktować rozłącznie. Powiedziałbym, że album wypełniają utwory nastrojowo-melancholijne, w których wokal Atkinsona brzmi niemal jak na płytach Riversea oraz nieco bardziej popowe z rysem neoprogresywnym pomieszanym z balladowo-rockowymi wstawkami. W tych ostatnich charakterystyczne brzmienie wokalu Atkinsona skrywa się gdzieś za liniami melodycznymi i jakoś mniej uwodzi swym lekko chropowatym i smutnym brzmieniem”. I choć cała płyta jest wspaniała, to jednak brakowało mi tego chropowatego, nastrojowego i „smutnawego” głosu Atkinsona. Dlatego tym bardziej ucieszyło mnie nowe, solowe wydawnictwo, które swoją oficjalną premierę będzie miało 6 marca.
Jak zwykle krążek nagrano w doborowym towarzystwie. Obok Atkinsona udzielają się na niej znani z projektów Riversea, Moon Halo i Alchemy - Martin Ledger (gitary) i Dave Clements (bas) oraz Maurizio Fornaccy (perkusja), Tamsin Wonderland (wokal) i Enya Atkinson (wokal). Prace nad krążkiem trwały dwa lata, a całość to ponad siedemdziesiąt trzy minuty muzyki… muzyki pełnej melancholii, nastroju, spokoju i oszczędnych aranżacji. Płyta ukazuje się w limitowanej ilości – 400 egzemplarzy z dwunastostronicową książeczką z tekstami.
Do wysłuchania tego albumu potrzebne są trzy „rzeczy”: wygodny fotel, możliwość włączenia dźwięku w takiej głośności, w jakiej da się usłyszeć wszelkie aranżacyjne smaczki i… siedemdziesiąt trzy minuty wolnego czasu. Oczywiście przyda się ciepła herbata/kawa, choć obawiam się, że nie dane będzie dopić jej do końca. Wystygnie… po prostu nie będzie kiedy.
Od czego zacząć…? Najlepiej od pierwszych słów pierwszego utworu – „Where Do I Begin”:
„(…) Od czego zacząć?
Pusta strona niemal mnie drażni
Nazywa mnie kłamcą i głupcem
Gdzie są słowa, których szukałem?
Od czego zacząć?
Aby powiedzieć ci, co naprawdę czuję w środku
Aby pokazać ci wszystkie razy, kiedy płakałem
A potem zapisać to w wierszu i rymach
Na zawsze...”
Zwłaszcza, gdy słowa te płyną niczym zwykła, beznamiętna rozmowa dwóch mijających się osób – bo taki jest początek tej kompozycji. Obcy, a jednak spragnieni swej wzajemnej obecności. I pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy: jak wyrazić smutek? I pierwsze akordy klawiszy i ta podniosła atmosfera, narracyjny ton i głos czarujący zgaszoną barwą. I to kołyszące tempo, niczym otulający koc w środku mroźnego poranka. Oraz końcowe słowa:
„(…) Przekręcić klucz, otworzyć drzwi
I wierzyć że następna piosenka, którą napiszę
będzie najlepszą w moim życiu…”
Co jest dalej...? Tytułowy utwór – “Voices”. Gitarowy, zaaranżowany niczym występ sceniczny. Pełen orkiestracji. Równie nastrojowy, choć budowany tutaj nastrój brzmi nadzieją i radością. “(...) It’s good to see you and share music” – dobrze cię widzieć i podzielić się muzyką zwłaszcza, gdy jesteśmy w stanie nawiązać łączność naszymi głosami.
“All Out Of Love” – wraca na ścieżki elektronicznej kontemplacji i ambientowej aranżacji wspieranej przez syntezatorowe pasaże. “(...) It is hard to see the good things can be” – tak, czasami ciężko jest zobaczyć dobro. Wyraźniej i łatwiej zobaczyć zło. To niezwykle dramatyczny utwór opowiedziany w subtelny sposób na tle cichej linii melodyjnej, która zagęszcza tło dla linii wokalnej.
Dziecięca wiara... Czasami tego nam brakuje. Dzięcięcego spojrzenia na rzeczywistość, pełnego zaufania i radości z odkrywania ciagle czegoś nowego. “Anything Is Possible” – kolejna kompozycja to właśnie powrót do dzieciństwa, do lat, gdy “anything is possible” – wszystko jest możliwe. To gitarowa ballada ze smacznym syntezatorowym tłem i dziecięco brzmiącymi głosami.
Niczym piosenka z klubowego koncertu brzmi utwór “Every One Of Us”. Taka zwyczajna, lekko balladowa. Z lekkim dodatkiem syntezatorowego tła. Z dodatkiem słów przynoszących nadzieję, że wszystko, a zwłaszcza miłość, może się zdarzyć każdemu z nas. Czy ktoś z Państwa nie wierzy? Proszę szczególnie posłuchać pełnej nadziei syntezatorowej, bardzo ulotnej końcówki tej kompozycji.
“If I Could” rozpoczynają żeńskie wokale i słowa: “(...) If I could give you small thing” – jeżeli mógłbym dać ci jakąś... taką małą rzecz, w wolnym tłumaczeniu, to... na pewno bym chciał. To lekka piosenka zaśpiewana w damsko-męskim duecie brzmiąca jakby echem spokojniejszych utworów grupy U2.
Interpretację słów utworu pt. “Say It Ain’t So” pozostawiam Państwu. Cokolwiek bym nie napisał o tym niesamowitym utworze, to będzie zbyt mało:
“(...) Po drugiej stronie Europy siedzi człowiek na żelaznym krześle.
Jest bezwzględny i podstępny, jego oczy to zabójcze spojrzenie.
Z palcem na przycisku nie ma już nic do stracenia.
Rozsiewa swoją propagandę, a potem idzie podpalić lont.
Powiedz, że to nieprawda… Proszę, powiedz, że to nieprawda”.
Melodeklamacją rozpoczyna się kompozycja “I Won’t Let You Go”. Szarawym głosem Marca snuje sie opowieść o ludziach zmęczonych życiem, toczonym kamieniem swego losu. Próbą pomocy w postaci muzycznego zaproszenia do położenia głowy na ramieniu rozpoczyna się ta kompozycja. Poczatek to wspaniała gra syntezatorów i taki kołyszący nastrój towarzyszy jej do końca. Zaczarowane dźwięki, zaczarowana melodia, wspaniały utwór.
Dwie i poł minuty trwa najbardziej “rockowy” utwór na tym krążku – “Home”. To wspaniały popis rockowego, gitarowego zacięcia wprowadzający jednocześnie element lekkości i nieskrępowanej radości na tej bardzo atmosferycznej płycie.
Gitarowo, ale ponownie w pełnej zadumy aranżacji rozpoczyna się dziesiąty utwór – “The Maze”. I ponownie zanurzamy sie w świat kołyszącej linii wokalnej wspieranej przepiekną grą syntezatorów oraz gitar.
Jeżeli chciałoby sie wybrać grupę najbardziej atmosferyczncyh utworów z tego krążka to bez wątpienia “Help Me Believe” byłby w czołówce. To pląsająca prośba o pomoc w znalezieniu wiary w to, że przyjdą jeszcze dobre dni. Muzycznie to fantastyczna kompozycja z serii tych, które unieruchamiają i sprawiają, że wszystko wokoło przestaje być ważne.
Choć nie ma tu praktycznie żadnych brzmień syntezatorów, które tworzą kołyszące linie melodyczne na tym krążku, to kompozycja “I Will Follow” zalicza sie do tych naj... najbardziej unieruchamiających, do tych wcigających. A wszystko przez prostotę tekstu i ciekawą linię wokalna śpiewaną przez Marca w duecie z Enyą Atkinson.
Syntezatorowe wokalizy i odgłosy codziennego życia określają muzyczną stronę utworu „So Far Away”: przejmujący głos, bardzo wolne tempo i starannie wyśpiewywane teksty tworzą z tej kompozycji swoisty hymn o rozstaniu i rozdzieleniu. Hymn niesamowicie smutny, niesamowicie przygnębiający, ale jednocześnie wzniosły i brzmiący niczym modlitwa zagubionego.
Ten tytuł trochę mówi sam za siebie – „The Future Starts Tonight”. Jest nadzieja, są głosy dzieci, jest szybszy aranż. Jest przyszłość. Jeżeli poprzednia piosenka była hymnem o rozstaniu, to ta jest hymnem nadziei, hymnem słońca, które przedziera się przez pochmurne niebo. Hymnem odrodzenia.
I wreszcie na koniec mamy utwór z indeksem 15 – „The Here And The Now”. To gitarowe, akustyczne zakończenie krążka mieszającego w cudowny sposób nastroje. Igrającego ze wszystkimi emocjami, ze wszystkimi strunami naszego odczuwania świata i ludzi. „(…) All I know is all we have… is the here and the now”. Nie trzeba tłumaczenia. Nie trzeba interpretacji. Jesteśmy tu i teraz, jesteśmy tu i teraz… Jesteśmy i to nasz czas.
Czy trzeba coś jeszcze pisać…? Marc Atkinson należy do grona tych muzyków, którzy nie potrzebują wielkich orkiestr, rozbudowanych składów grup muzycznych, przedziwnego instrumentarium, eksperymentalnych dźwięków czy zagmatwanych popisów muzycznych. Jest muzykiem, który po prostu siada z gitarą lub syntezatorem i rozpoczyna zaczarowany seans dla duszy. I chyba w tym leży niesamowitość tworzonej przez niego muzyki. W prostocie słów, nastrojowej opowieści, komitywie ze słuchaczem i w tworzeniu świata marzeń, jakiekolwiek by one nie były.
Płyta „Voices” ukazuje się 6 marca zaledwie w 400 egzemplarzach. W momencie, gdy piszę te słowa na liczniku pozostaje 325 egzemplarzy „do wzięcia”.
