Beauty Is The End - White Knuckle Dress

Rysiek Puciato

Chciałbym móc powiedzieć, że ten album jest zwykłą płytą, jakich wiele ukazuje się na rynku muzycznym. Ot, taką pierwszą lepszą, ale niestety nie mogę. Bo jest to płyta, hmmm…, nietuzinkowa, inna, trochę odstająca od wydawnictw, których zwykle słucham, a przez to niepokojąco wciągająca i nakazująca maksymalne skupienie uwagi podczas słuchania. Bo do jej „rozgryzienia” potrzeba uwagi, cierpliwości i, jak to się mówi, chęci poznania czegoś nowego, no właśnie… nietuzinkowego.

„White Knuckle Dress” – bo taki jest tytuł tego wydawnictwa - jest drugim albumem w dorobu amerykańskiej grupy Beauty Is The End. Choć słowa ‘amerykański’ używam tu nieco na wyrost, bowiem sam zespół określa się mianem: ‘transatlantycki projekt nagraniowy’. W skład tego projektu wchodzą: Clinton Degana (gitary, wokal, aranżacje i teksty) oraz Cullen Corley (perkusja), Sean Degana (bas) i Matt Michalowski (fortepian). Oprócz wspominanych panów na płycie udziela się piętnastu innych, dodatkowych muzyków, którzy pod wodzą Jona Tafta utkali pełną detali i precyzji ścianę orkiestrowych faktur do „chaotycznych” i „fugowych” aranżacji.

Jak wspomniałem, jest to już drugi album projektu. Pierwszy – „Stories of Earth” (2016, pierwotnie wydany pod nazwą „Body English”) był efektem podróży autostopem po Islandii i zimowaniu w chacie, wzbogaconym o kilka starych, miotanych burzą, utworów. Tekstowo piosenki odzwierciedlały izolację, niepojęte siły przybierające ludzką postać, ludzi zdeformowanych tak, że nie sposób ich rozpoznać. Najnowsze wydawnictwo skupia się bardziej na ludzkich potrzebach i niepokojach związanych z potrzebą bycia postrzeganym takim, jakim na prawdę jesteśmy, pomimo sił, które chcą nas zmienić wbrew nam samym. Muzycznie natomiast mamy do czynienia z niezwykle karkołomną podróżą w poprzek stylów. Zawartość albumu nie podlega jednoznacznej kwalifikacji, bowiem zawiera w sobie szereg elementów zaczerpniętych z muzyki klasycznej, jazzu, rocka i rocka progresywnego. Momentami drażni muzycznym eksperymentem i improwizacyjnością, co z jednej strony sprawia, że słuchacz musi liczyć się z szeregiem aranżacyjnych niespodzianek, a z drugiej - każdorazowe przesłuchanie tego krążka odkrywa coraz to nowe dźwięki, niekiedy całkiem zaskakujące.

Proszę zacząć od samego początku. Od jakże symfonicznej kompozycji „Who's Gonna Keep You Straight?” opisującej odwieczny problem podporządkowania i posłuszności. Powiem tak: ta kompozycja to gratka dla fanów symfonicznych utworów z udziałem fortepianu, sekcji dętej i smyczków. Mocna, zdecydowana, niezwykle melodyjna i wciągająca.

Tytuł kolejnego utworu poniekąd zapowiada jego charakter – „Glass Slipper Blues”. Brzmi on bluesowo, brzmi rockowo, ale to nie wyczerpuje jego zawiłości aranżacyjnej. To doskonały przykład zręcznego połączenia rockowej zadziorności z lirycznymi pasażami fortepianu oraz brzmiących gdzieś w tle dźwięków smyczków. Przyznam, że każde odsłuchanie przynosi kolejne odkrycia aranżacyjne (Bruce Hornsby, Aerosmith, a z drugiej strony Big Big Train, The Flower Kings). A całość doskonale pasuje do tego, co zwykle określamy mianem ‘rocka progresywnego’, co najlepiej słychać (wraz z interesującym solo fortepianu) gdzieś tak w połowie tej pięciominutowej kompozycji. Przysłowiową wisienką na torcie jest niesamowita żywiołowość tego utworu.

Wręcz epicko i to w dobrym, starym stylu rozpoczyna się trzeci utwór – „Badweathermen”. Organy, pachnąca latami siedemdziesiątymi aranżacja, mocny wokal z charakterystyczną dla lat siedemdziesiątych intonacją. Wreszcie sekcja dęta i słyszalne smyczki z ich fugową kolorystyką i… ponownie niesamowita żywiołowość. Oczywiście nie można pominąć naczelnej, dowodzącej całą kompozycją, roli wokalu. Linia wokalna jest tu na pierwszym planie i decyduje o muzycznym rozpisaniu utworu.

Ciekaw jestem co Państwo powiedzą o utworze z numerem 4 – „Nothing's The Matter”. Balladowo brzmiący fortepian oraz wokal początkowo brzmiący niczym głos jazzowgo wokalisty. Gdzieś tam w tle wyraźnie zarysowana linia basu, chórki… Tak, proszę się przez chwilę poczuć jak na jakimś party z udziałem śpiewającego wokalisty, bo w chwilę potem może zaskoczyć wszystkich potężna dawka orkiestry. No i te dzwony, no i ta barowa atmosfera. Słowem niemal osiem minut, w czasie których jesteśmy raz po raz zaskakiwani różnorodnymi sposobami muzykowania zręcznie połączonymi w spójną jakość.

Czego można się spodziewać po kolejnej kompozycji? „Blind Lust” rozpoczyna się od orkiestry… Tak, orkiestry, która w chwilę potem ustępuje miejsca gitarze i całemu rockowemu instrumentarium sprawiając, że początkowe zaskoczenie przeradza się w zainteresowanie dobrze znanymi zdecydowanymi rockowymi dźwiękami. I ponownie symfoniczność miesza się ze zwykłą rockową żywiołowością.

Czy to Elton John? Nie… „Is It True” to bardzo spokojny, estradowy utwór, który pewnie mógłby być zaśpiewany przez Eltona. W zaprezentowanej na płycie wersji jest to kolejne zaskoczenie. Balladowe brzmienie, popowa aranżacja, wielość instrumentów, mocniejsze solo gitary. Gwarantuję, że za każdym razem słychać co innego, choć dominuje nad wszystkim duch epickich rockowych kompozycji.

Przedostatnia kompozycja – „Domesticated” to rezygnacja z klasycznie rockowo brzmiących aranżacji na rzecz zwyczajnego rocka w mocniejszym wydaniu. To mocna opowieść o strachu przed nawiązaniem bliższego kontaktu z innymi opowiedziana na rockową nutę z całym anturażem rockowych „sztuczek”. Proszę się przygotować na melodeklamacje w ostatnich minutach tej niby prostej piosenki. A czego dotyczą te fragmenty rozmowy? To właśnie jest fragment niesamowitości tego utworu!

Ostatni utwór na płycie to zarazem najspokojniejsza kompozycja. To niemal klasyczna muzyczna opowieść ze wspaniałymi organami i narracyjnym wokalem. Po zwariowanych podróżach stylistycznych poprzednich piosenek, ta wraca na zwyczajne tory – „(…) Do you think they’ll have room for folks with problems / In some spinning station way up where? – czy myślisz, że znajdzie się miejsce gdzieś pod niebem świata dla ludzi z problemami?

„(…) Go on and ask me about the weather / And I’ll mumble back some faux-latinate rhyme / And then we can argue for forever / Forever could be any length of time” – zapytaj mnie o pogodę… Coś wymamrotam w odpowiedzi, potem możemy się kłócić w nieskończoność… tylko to zrób… To refleksja jaka towarzyszy tej płycie. Po prostu: coś zrób.

Jest to wydawnictwo o symfoniczno-rockowo-progresywnej manierze, to płyta opowiadająca o ważnych sprawach. Zastosowane sposoby aranżacji wręcz zmuszają do koncentracji i wyłuskiwania coraz to nowych dźwięków. Pod powłoką lekkich i sympatycznych tonów toczy się opowieść o sprawach ważnych dla każdego człowieka. A połączenie warstwy muzycznej z przekazem tekstowym sprawia, że warto zainteresować się dokładniej tym krążkiem. Brzmi, na pierwszy rzut oka, dziwnie. Mnogość aranżacyjna może zadziwiać, ale też i wciągać, a chyba o to chodzi w tym, co nazywamy twórczością muzyczną.

To druga płyta tego ‘transatlantyckiego projektu muzycznego’, ale warto ją nie tylko zapamiętać, ale też często do niej wracać. Beauty Is The End… Czy na końcu jest pięknie…? Koniec odsłuchu tego krążka to zarazem pojawienie się potrzeby powrotu do jego początku. A o co chodzi z tą sukienką w tytule płyty…? To już pytanie dla uważnego słuchacza. Każdy może stworzyć swoją własną teorię na ten temat.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce