Telegraph - Topography Of Mind

Rysiek Puciato

Zapraszam do środka. Proszę zajmować miejsca. Nie potrzeba biletów. Ubiór dowolny. Można siedzieć lub stać. Zapraszam do środka, zapraszam, bo będzie słychać magię. Bo będzie słychać dźwięki tak znane i tak kojące, że dopadnie Państwa bezsilność i całkowita niechęć do opuszczenia tej… sali klubowej, a może sali prób, a może sceny koncertowej zastygłej w czasie – tej w starożytnych Pompejach, a może jakiejś zakurzonej salki gdzieś w miejscu zapomnianym przez mijający czas… (teraz powinna pojawić się gwiazdka i dopisek: „właściwe wybrać”). Oczywiście może to być każda inna lokalizacja pod słonecznym niebem świata lub zimowym przesileniem. Jedyną cechą, jaką musi posiadać, jest kawałek miejsca dla „strudzonego słuchacza”. Stęsknionego za dźwiękami nieprzetworzonymi, nie silącymi się na monumentalność, nadmierną ekspresyjność czy nieokiełznaną eksperymentalność. Utrudzonego samplami, „kradzionymi” frazami, o których później mówi się jako o zaimplementowanych w nowoczesne struktury dźwiękowe. Musi to być miejsce, w którym cisza i spokój wyczarują przez czterdzieści sześć minut spektakl niesamowity, nietuzinkowy i zaczarowany, w którym niemożliwe będzie podłączenie urządzeń samogrających, w których musi uczestniczyć „żywy człowiek” z jego emocjami, wspomnieniami, przeżyciami i stanem ducha. Do utkania tego magicznego spektaklu potrzebny jest bowiem „żywy organizm”, który podczas tworzenia „uroku” odda całą swoją emocjonalną moc i zaangażowanie. Wtopi tę siłę w powstające frazy muzyczne, ukształtuje je i podzieli się nimi ze słuchaczem, który właśnie być może przypadkowo się tu znalazł.

Przypadkowo… To ważne słowo. Bo trafiłem na tą zaczarowaną płytę przypadkowo. Podobnie jak trafiłem w zeszłym roku na krążek grupy Atomic Sun. Tam była moc organów. Hammondy pokazywały swoją finezję, a muzyka płynęła wartkim strumieniem. Tutaj nie ma mocy… Jest za to spokój… Jest „muzyczna cisza” i zaproszenie do podróży w pełnym skupienia i medytacji pojeździe progresywno-psychodeliczno-kosmicznym. Pojeździe, który nie jest bynajmniej jakimś „no name’em”… Ten pojazd ma swoją nazwę i nawet ona (siląc się na niezbyt udaną metaforę) wskazuje na konieczność istnienia łączności pomiędzy żywym twórcą a słuchaczem. To płyta zespołu Telegraph zatytułowana „Topography Of Mind”. Czterdzieści sześć minut podzielonych na cztery utwory. Minut, co do których chciałoby się żeby wydłużyły się co najmniej trzykrotnie lub zapętliły się i nie pozwoliły na żadną zmianę.

Czas zacząć. Muzycy już są na scenie, gdziekolwiek ona jest. Na gitarze Tal Rubinstein, na perkusji Avi Barak, na basie Liran Herrnstadt, który równocześnie śpiewa oraz na klawiszach Eze Sakson. Ale nie oni rozpoczynają magiczny spektakl, początek należy do flecisty Salita Lahava. To on i jego flet jest początkiem muzycznej magii w utworze tytułowym – „Topography Of Mind”.

Narracyjnie, spokojnie i bardzo, ale to bardzo łagodnie rozpoczyna się pierwszy etap tkania uroku zatrzymującego czas i nakazującego zanurzenie się w tym, co przeminęło, a jednocześnie ukształtowało współczesną muzykę progresywną. Prosty, znajomy rytm, akordy gitary sumiennie zarysowujące tę progresywno-psychodeliczną część podróży. Proszę sobie samemu odpowiedzieć (ale dopiero po wysłuchaniu całości) czy to fragment próby, czy też już początek rzucania uroku zasłuchania? Z pewnością to podróż w czasie do lat siedemdziesiątych i ich długawego frazowania. Kombinacja prostych dźwięków klawiszy, subtelnego fletu i gitarowo-perkusyjnych akcentów. Nie brakuje „kosmiczności”… Gdzieś tak w połowie utworu rozlewa się fala leniwych i subtelnych dźwięków syntezatorów. I płynie, i płynie ta fala nieskończonym strumieniem zasłuchania, niemożliwości oderwania się od wypływających obrazów. Mimo oszczędności aranżacyjnej, mimo oszczędności instrumentalnej, to fala wznosząca muzyczne akcenty na nieboskłon marzeń. Nie ma żadnego ograniczenia, nie ma żadnych granic… Jest muzyka… Są dźwięki świata i przepiękne akustyczne zakończenie. A to dopiero pierwsza część, dopiero początek, raptem jedenaście minut.

Wstępem do filmu, do zadumanej opowieści, jest początek utworu „Field Of Fade Memory”. Jeżeli poprzednio zespół pokazał początek drogi w zaświaty, to tutaj zaprasza do gwiezdnej podróży w pajęczynie wszechkosmicznej nostalgii. Silnik został wyłączony. Utwór „dryfuje” na falach nastrojowych dźwięków, harmonii sfer i wiecznego spokoju. Niczym nieskrępowana łagodność i cicha intymność i gdzieś w oddali wir powietrza lekko poruszający bezchmurne niebo. Niczym powiew lekkiej bryzy w szóstej minucie pojawia się solo gitary, takie proste, nieupiększone, bez ekwilibrystyk. I ciągnie całość kompozycji na wyższe poziomy milczącej zadumy wspierając się dźwiękami klawiszy. Nie ma pospiechu, nie ma żadnych sztuczek, jest powolne płynięcie z nurtem fraz. Bo nic więcej nie potrzeba. Jest wszystko: jest rytm, są emocje, jest zastygnięcie w zasłuchaniu, jest dotykalne piękno. I, niczym gasnące słońce, wspaniałe wyciszające zakończenie.

A może jednak nie jest to podróż poza przestrzeń i czas? Może to koncertowa wizyta w Pompejach? Może to, zapowiadana przez dźwięki fletu, wyprawa do miejsca, w którym namacalnie spotyka się historie tych, którzy byli przed nami? Może to, tym razem, nieco bardziej elektroniczna podróż w krainę wspomnień? Pojedyncze, powtarzalne dźwięki gitary brzmią niczym łkające wspomnienie przeplatane momentami brzmieniowej dumy. „Valley Of Delirium” – trzeci z czterech utworów z płyty brzmi „pompejańsko”, tak nieco… pinkfloydowsko. Brzmi refleksyjnie, czarując brzmiącymi w tle organami. Wyczarowuje atmosferę pierwszych singli zespołu Airbag, tych najlepszych, by w ósmej minucie „zakłócić” tę sielankowa atmosferę wspaniałą symfonizującą wstawką doskonale wpisującą się w pamiętny koncert w Pompejach, pamiętnego zespołu. Jedenaście minut to jednak za mało, chciałoby się dłużej, więcej, a nie wygaszającego utwór brzmienia fletu.

Elektryczny fortepian i gitara. I ta prosta melodia rozpoczynająca ostatnią kompozycję. Szum wiatru w tle i wyłaniające się z ciszy dźwięki klawiszy. „Somewhere Along These Lines” wyrasta z ciszy, rośnie z każdym dźwiękiem klawiszy, kumuluje moc z każdym kolejnym akordem gitary. Nie, nie ma pośpiechu, przeładowanych aranżacji, muzyka rośnie swoim tempem. Czuć jak powolne dźwięki przybierają kolejne barwy i przekazują kolejne porcje emocji. Ten czar trwa i trwa. I niczym dodatek - transowy rytm wyznaczany przez przeplatające się solówki klawiszy i gitary. Pełny psychodeliczny odjazd, ale jakże fantastycznie rozegrany. A gdyby czegoś Państwu brakowało, to jest jeszcze floydowskie, znowu pompejańskie, zakończenie.

Zaczarowała mnie ta płyta. Zaczarowała tak, że słucham jej wszędzie, że słucham jej przez prawie cały czas. Zamurowała mnie ta płyta – pokazała świetnie znane dźwięki w kolejnej, nowej odsłonie. Udowodniła, że proste brzmienia, zwykła aranżacja mogą, po raz kolejny, wciągnąć w świat muzycznych marzeń, opowieści i utkać magiczną krainę nieśpieszności i spokoju.

To drugie wydawnictwo zespołu Telegraph, choć grupa istnieje od 2017 roku. Zespół wraca, bo po nagraniu debiutanckiego albumu pt. „Mir” w 2018 roku niespodziewanie zniknął. Osiem lat przerwy. Może tak miało być, może taka przerwa była niezbędna, by powstał album „Topography Of MInd”? By zebrać wystarczająco dużo muzycznych sił do stworzenia zaczarowanego albumu, tak znajomego i jednocześnie tak nowego. I tylko na koniec taka mała uwaga: ta płyta pochłania, wciąga i nie pozwala na słuchanie niczego innego… Proszę się przekonać.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce