Przyznam, że z zasady z dość dużą rezerwą podchodzę do takich wydawnictw, jak „Zenith Acoustic”, niezależnie od tego, czyjego są autorstwa. Słuchanie znanych mi utworów w innych aranżacjach i w innej szacie brzmieniowej zazwyczaj przychodzi mi z trudem. Potrzebuję nie lada wysiłku, żeby odciąć się mentalnie od znanych mi, niejednokrotnie niemal na pamięć, kompozycji i zagłębić się w ich nową jakość. Abstrahując od tego, jaka owa jakość jest, zazwyczaj takie płyty kończą (z nielicznymi wyjątkami) jako jedynie ciekawostki w dyskografiach. Dodam, że według mnie raz nagrany album wyczerpuje w pełni to, co dany artysta miał aktualnie do przekazania.
W przypadku „Zenith Acoustic” jest inaczej, bo nie jest to zbiór utworów z różnych albumów. Wszystkie pochodzą z jednego. Mało tego, one pochodzą z jedynego do tej pory solowego albumu Macieja Mellera. Tworzy to pewien teoretyczny problem, bo można by spodziewać się albumu będącego dosłownie inną wersją poprzedniego. Na dobrą sprawę tak jednak nie jest i trzeba uczciwie przyznać, że muzyka jest naprawdę wyjątkowa. Nie mogę powiedzieć inaczej niż to, że akustyczne wersje są całkowicie przekonujące. Powołam się tu na rozmowę, jaką z Maciejem przeprowadził (na kanale YT Mellera) Mariusz Duda przy okazji wydania płyty „Zenith”. Określił on tę płytę jako zwykłą, niemającą na celu przeprowadzać żadnej rewolucji w muzyce, ale starającą się ukazać w pewien sposób jego samego z jego przemyśleniami na temat przemijającego życia i jego przyszłości. Pozwolę sobie odnieść słowa Dudy do recenzowanego albumu. Bo mimo że są to inne wersje utworów z tamtej płyty, to jednak rdzeń pozostał, więc nie ma tu żadnego patosu, skomplikowanych zagrywek i połamanych rytmów. Ponadto, co istotne, zmiana aranżacji i akustyczne instrumentarium nie są aż tak radykalne i gwałtowne, żeby wprowadzić słuchacza w konsternację. Zdecydowanie najistotniejsze jest to, że poza standardowym instrumentarium Meller wprowadził kontrabas, saksofon, trąbkę, flet i obój. I właśnie to ma decydujące znaczenie dla klimatu muzyki.
Jakkolwiek to zabrzmi, to muzyka na „Zenith Acoustic” momentami dość mocno przywodzi na myśl smooth jazz. Nie w kwestii melodii lub brzmienia instrumentów ale spokojnego i w pewnym sensie lekkiego klimatu wykreowanego przez wspomniane instrumenty. Jednak nie można powiedzieć, że jest to muzyka z rodzaju lekkiej, a tym bardziej - łatwej. Jak już kiedyś zaznaczyłem, muzyka to tylko po części dźwięki i słowa. Poza tym są jeszcze emocje i odczucia, jakie wywołuje u słuchacza. A te nie należą tu do wesołych i lekkich. Są refleksyjne, ale trzeba wyraźnie zaznaczyć, że pod żadnym pozorem nie dołujące. Zresztą ogólna treść tekstów dotyczy niepewnej przyszłości, przeznaczenia, lęku i tego pokroju spraw, więc siłą rzeczy nie może być wesołkowato. Wracając do muzyki - nie jest tak, że słychać tylko jazzowe wpływy. To tylko jedna, choć w istocie wyróżniająca się strona medalu. Druga to ta, która ukazuje głębokie dźwięki kontrabasu, ocierające się o ambient tła i nieco niepokojących klawiszowych dźwięków. I dopiero obie strony, razem wzięte, składają się na dojrzałą i bardzo wysublimowaną całość. Powiem wprost: trzeba posiadać specyficzny rodzaj wrażliwości, żeby tę muzykę w pełni przyswoić i odkryć jej wartość, bo choć wszyscy mogą jej słuchać, to nie do każdego trafi.
Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał choć paru słów o okładce. Wiem, że dla wielu jest to sprawa drugorzędna, ale ja przywiązuję do niej dużą wagę. Uważam, że oprawa graficzna powinna uzupełniać warstwę muzyczną lub/i przenikać się z nią. W „Zenith Acoustic” korelacja muzyki i grafiki jest idealna, a ilustracje, mimo że bardzo skromne, są wręcz modelowo dopasowane do dźwięków. Przedstawiają samotnego wędrowca w środku zimowego, górskiego lasu na froncie okładki. W środku znajdują się zdjęcia pokrytego śniegiem pustkowia z pojedynczymi drzewami. Tył to znów górski ośnieżony las. Wszystko w stonowanej, melancholijnej, niebiesko – różowej kolorystyce. Obraz i dźwięk tworzą tu spójną, klimatyczną całość, która „wchodzi” idealnie z filiżanką dobrej kawy i zimowym krajobrazem za oknem. Jest w tym albumie jakiś magnetyzm, który nie pozwala na potraktowanie go jako mało istotnej ciekawostki.
