W 2018 roku grupa Galasphere 347 wywołała spore zamieszanie swoim, tak samo zatytułowanym, debiutanckim albumem. Zajął on wysokie miejsce w naszym Plebiscycie w kategorii „Debiut”, a także nieźle poradził sobie wśród „Najlepszych płyt zagranicznych”. Wydawało się jednak, że jest to tylko jednorazowy projekt, gdyż przez kolejne 7 lat z obozu zespołu nie dochodziły żadne nowe wieści. Sytuacja zmieniła się pod koniec ubiegłego roku, gdy pojawiły się pierwsze zapowiedzi krążka numer 2. Nosi on nazwę „The Syntax Of Things” i ukazał się 23 lutego.
Przypomnę, kto kryje się za tą, zaczerpniętą z angielskiego serialu młodzieżowego z lat 60. „Space Control”, nazwą. Na czele formacji stoi Anglik Stephen James Bennett (La Host, Henry Fool, współpracownik Tima Bownessa w drugiej dekadzie XXI wieku i muzyk koncertowy No-Man). On napisał wszystkie słowa, skomponował lub współkomponował całość materiału, odpowiada za miks i mastering, a także za szatę graficzną, a dodatkowo śpiewa, gra na instrumentach klawiszowych, gitarach (w tym lap steel) czy pedałach basowych. Drugim muzykiem, mającym spory wkład w kompozycje, które zalazły się na płycie, jest Norweg Ketil Vestrum Einarsen (White Willow, Jaga Jazzist), wzbogacający brzmienie grupy partiami fletu oraz odpowiadający za programowanie. Tym trzecim jest… szwedzki perkusista Mattias Olsson (m.in. Änglagård). Zatem mamy do czynienia z anglo-skandynawską mieszanką artystyczną i to zdecydowanie słychać w nagraniach wypełniających płytę. W porównaniu z debiutem w podstawowym składzie zabrakło Jacoba Holuma-Lupo (White Willow), choć on także pojawia się gościnnie w jednym utworze. Oprócz wymienionych artystów na albumie wystąpili Myke Clifford (Henry Fool) grający na saksofonie, basista Pete Smith (Subway) oraz tak uznane nazwiska na scenie progrockowej, jak drugi basista John Jowitt (IQ, Jadis, John Wetton Band, Arena) i wspaniały gitarzysta Bjørn Riss (Airbag, solo).
Inną istotną zmianą w porównaniu do pierwszej płyty, gdzie zespół zaprezentował trzy ponad dziecięciominutowe minisuity, jest skupienie się na bardziej zwartych kompozycjach, choć i tak trzy z nich trwają około dziesięciu minut. Przy okazji krążek jest wyraźnie dłuższy od debiutu i trwa 55 minut, na które składa się siedem ścieżek.
Album rozpoczyna czterominutowy utwór „Hiraeth”, a właściwie jego pierwsza część. Warto zwrócić uwagę na fakt, że każdy z utworów opatrzony został podtytułem z imionami greckich bogów. W tym przypadku jest nim Cronus (Kronos). Otrzymujemy tu spokojne zwrotki z płynącymi dźwiękami gitary i klawiszy, choć początek, w którym Olsson może popuścić wodze fantazji, na to nie wskazuje. Do tego dochodzi charakterystyczny głos Bennetta, który sposobem interpretacji może się kojarzyć ze wspomnianym wcześniej Bownessem. Śpiewa on tu nostalgiczny tekst o odkrywaniu muzyki w czasach młodości, szczególnie progrockowych pieśni o absurdalnej długości:
“And then we heard!/ [We heard!]/ A song whose length was really quite absurd/ We're spending all our money/ To analyse each word
Do you Recall?/ Those long lost summer evenings/ Where we'd sit and talk all night-they're still there”.
Moim ulubionym albumem połowy duetu no-man jest „Lost In The Ghost Light” z 2017 roku. Nagranie umieszczone na drugiej ścieżce albumu „The Syntax Of Things” zatytułowane „Life as an Architect (Hestia)” idealnie by tam pasowało. Ten sam, nieco kosmiczny i mocno utrzymany w duchu lat 70. klimat. Dużo tu przestrzeni, całej masy analogowych klawiszy (z melotronem na czele), wspaniałą gitarową solówką, perfekcyjną pracą sekcji rytmicznej w składzie Olssson – Lupo, a przede wszystkim w wirtuozerską partią fletu Einarsena, który niepodzielnie króluje przez ostanie 2 i pół minuty.
Najdłuższą kompozycją w zestawie jest jedenastominutowa „Broken Bones (Eris)”, w której początkowo rządzą klawiszowe pejzaże i wpadająca w ucho melodia. Tuż po tym wstępie słyszymy pierwsze wejście grającego na saksofonie Myke’a Clifforda. A to co dzieje się dalej, to istna progrockowa (ze sporą dawką bluesa, jazzu i psychodelii) magia – wspaniałe analogowe klawisze, cudnej urody sola w wykonaniu Riisa, Bennetta i Clifforda oraz pulsujący bas Jowitta. Nie sposób także nie zachwycić się porywającym duetem saksofonowo – gitarowym w końcówce.
Po tej dawce progresywnych emocji wyciszenie przynosi, zniewalający swoim delikatnym pięknem, utwór „Nighthawks (Nyx)”. Tu króluje głównie fortepian i głos lidera, choć nie brakuje także klawiszowo-gitarowych ambientowych teł (one dominują w finale nagrania), czy też melotronowych orkiestracji. Do tego dochodzi tekst, w którym Bennett przywołuje klimat zadymionego baru, w którym mężczyzna z pewną zazdrością obserwuje zakochaną parę, sam od dawna będąc samotnym z wyboru:
“The couple at the bar/ Ask the waiter for a drink, no they've not come very far/ Their hands almost touch/ They'll fall in love, they think-'cos it's all become too much
…
The man glances over at the girl/ And wishes that he had someone like just like her/ He's on his own again./ Throws some coins onto the table and heads out in the night”.
Z tej nostalgii wyrywa nas początek kolejnej pieśni – „Persephone (Kore)”. Tu rządzi bardziej skomplikowana i jednocześnie mocniejsza praca sekcji rytmicznej Olsson – Jowitt, a przede wszystkim wyrazista partia syntezatora. Dużo tu przestrzeni wypełnionej klawiszowymi i gitarowymi popisami lidera oraz jego głosem, którym śpiewa gorzkie wersy o pochopnym odrzuceniu miłości:
“You looked lovely in that summer dress/ I know you really tried so hard to impress/ So, stupidly, I said that I loved you less
I remain/ Locked in that day with Phil and Jane/ An open flower/ The destructive force of power
Why is it so hard to choose the one you love?/ And I return - to the place I got burned.”
W nagraniu tytułowym (opatrzonym podtytułem „Athena”) rządzi elektronika w stylu wczesnego Jarre’a oraz cała paleta analogowych brzmień klawiszy podkreślona przetworzonymi dźwiękami perkusji (nachodzi skojarzenie z Philem Collinsem – miejscami sporo tu pogłosu).Pojawia się także flet, wspaniałe, zadziorne solo Riisa, ale na czoło wysuwa się Bennett i jego klawiszowe królestwo.
Na finał otrzymujemy drugą część nagrania „Hiraeth”, tym razem opatrzonego podtytułem „Aion”. Jest bardziej rozbudowana od pierwszej odsłony (trwa prawie 8 minut) i jest muzycznym podsumowaniem całości. Przestrzeń wypełnia klawiszowa orkiestra lidera, jego gra na gitarze lap steel, wspaniała praca perkusji, za którą zasiada Olsson oraz uzupełniający sekcję rytmiczną grą na basie i pedałach basowych Pete Smith. Tekst nawiązuje do pierwszej części, choć tym razem wyraża wspomnienie nieodwzajemnionej miłości z dawnych lat:
“Do you recall?/ Those stacks of unsent letters/ You gave her your heart, but she was not there - she's still not there
Open doors/ Can open sores/ Open those doors”.
Jednak wisienką na torcie jest cudownej urody solo Bjørna Riisa, które (jak możemy przeczytać w materiałach promocyjnych) jest podnoszące na duchu i sugeruje możliwość lepszej przyszłości. Jeszcze uderzenie w werbel, odłożenie pałeczek i... minuta ciszy, po której słyszymy kobiecy głos wypowiadający jedno zdanie. I to już naprawdę koniec.
Są takie płyty, których piękna nie da się streścić w kilku zdaniach, a jednocześnie zbyt dużo słów też nie jest potrzebne. Ta muzyka zdecydowanie broni się sama. Na drugim albumie formacja Galasphere 347 po raz kolejny udanie łączy zamiłowanie muzyków do vintage’owych brzmień, pełnej palety analogowych instrumentów klawiszowych, gitar 6- i 12-strunowych, gitary lap steel czy wreszcie efektu Gizmotron oraz pedałów basowych Taurus. Oczywiście na czoło wysuwa się Stephen James Bennett, który tworzy niesamowite dźwiękowe obrazy, a także opowiada swym charakterystycznym głosem wzruszające historie o tęsknocie, nostalgii i poczuciu straty, które często odczuwamy w życiu, oraz o wyborach, których dokonujemy. Nie znaczy to, że pozostali muzycy nie mają niczego do powiedzenia. Wręcz przeciwnie – swoimi partiami podkreślają wspaniałe kompozycje współtworząc niezwykle przestrzenny muzyczny świat, któremu nie sposób się oprzeć.
Jest dopiero początek roku, a nazwa Galasphere 347 nie jest na pewno aż tak znana jak artystów, którzy zapowiadają na ten rok swoje nowe krążki, ale proszę pamiętać o tym brytyjsko – skandynawskim kolektywie przy wyborze ulubionych płyt. Nagrana przez niego płyta „The Syntax Of Things” zdecydowanie zasługuje na uznanie.
