W świecie współczesnego progresywnego rocka niewiele jest zespołów, które potrafią rzeźbić w smutku z taką precyzją jak szwedzki Wolverine. Grupa z Söderhamn przebyła fascynującą drogę – od surowych, metalowych początków na „The Window Purpose” (2001), przez mroczne, niemal klaustrofobiczne pejzaże „Cold Light of Monday” (2004) i melancholijne „Still” (2006), aż po monumentalne, uznawane za arcydzieło gatunku „Communication Lost” (2011). Ich najnowsze dzieło, „Anomalies”, to emocjonalna chirurgia przeprowadzona na otwartym sercu słuchacza: powrót do muzyki, która jest niczym zimowe słońce – piękna i krystalicznie czysta, ale niosąca ze sobą przeszywający chłód.
Fundamentem tego brzmienia jest nierozerwalny kolektyw, w którym Stefan Zell swoim głosem potrafi skruszyć najgrubszy lód. Choć przez pierwsze cztery albumy u jego boku stał brat, Mikael, to od czasu „Machina Viva” (2016) gitarowy ciężar spoczywa na barkach Jonasa Jonssona, którego gra nie szuka taniej wirtuozerii, lecz skupia się na budowaniu przestrzennych, niemal malarskich pejzaży. Rytmiczny kręgosłup formacji stanowią niezmiennie Thomas Jansson na basie oraz Marcus Losbjer, którego bębny nadają całości hipnotyczny puls. Dopełnieniem tej szwedzkiej układanki są klawiszowe pasma, które z niezwykłą gracją tka Per Henriksson, sprawiając, że każda „anomalia” na płycie zyskuje odpowiednią, sferyczną głębię.
Zrozumienie ewolucji Wolverine jest kluczem do pełnego przeżycia ich najnowszego dzieła. Jeśli „Communication Lost” było krzykiem rozpaczy w cyfrowym świecie, a „Machina Viva” próbą odnalezienia w nim ludzkiego tętna, to „Anomalies” jest momentem, w którym Szwedzi zdejmują wszelkie ochronne pancerze. To album-wyznanie, zawieszony w tej niezwykle rzadkiej szczelinie między absolutną ciszą a pierwszym, bolesnym pęknięciem lodu. Zespół nie próbuje nas już oszołomić skomplikowaną strukturą; muzycy zapraszają nas do wnętrza swoich własnych słabości, czyniąc z nich największą siłę tej płyty. Ta podróż zaczyna się gwałtownie, bez zbędnych wstępów, uświadamiając nam, że w świecie Wolverine każda anomalia ma swoją cenę.
Wszystko zaczyna się od „A Sudden Demise”, będącego kunsztownym studium światłocienia. To tutaj krystaliczny spokój Söderhamn zostaje przerwany, ale nie brutalnym ciosem, lecz subtelnym pęknięciem. Kompozycja zachwyca „napowietrzoną” strukturą, w której Per Henriksson swoimi klawiszami buduje aurę bezpiecznego wyobcowania, pozwalając Stefanowi Zellowi wybrzmiewać z niespotykaną, niemal szeptaną czułością. Riffy Jonssona pojawiają się tu tylko jako niezbędne akcenty, a całość staje się bolesnym wyznaniem złożonym w pełnym słońcu skandynawskiej zimy. To utwór-rzeka, który mimo swojej mocy, zachowuje intymny charakter spowiedzi, stając się idealnym prologiem do tej emocjonalnej podróży.
Z tego jasnego punktu wchodzimy prosto w cienie „My Solitary Foe”, będącego studium wewnętrznej walki z własnym alter ego. Utwór pulsuje hipnotycznym, niemal klaustrofobicznym rytmem, za który odpowiada sekcja Jansson/Losbjer. To tutaj najwyraźniej słychać tę tytułową „anomalię” – konfrontację z własnym cieniem, podaną z rzadką w progresywnym metalu elegancją. Gitara Jonasa nie szuka tu wirtuozerii, lecz skupia się na budowaniu aury osaczenia, podczas gdy głos wokalisty w refrenie eksploduje z siłą, która kruszy najtwardszy lód, zostawiając słuchacza sam na sam z pytaniem o naturę własnej izolacji.
Chwilę oddechu przynosi niespodziewanie „Circuits”, pulsujący niemal radosnym, napowietrzonym rytmem. To najkrótszy moment na płycie, kadr o mechanizacji uczuć, w którym prosta, lecz niezwykle skuteczna linia melodyjna staje się wehikułem dla euforycznego uniesienia. Mimo swojego jowialnego charakteru, utwór posiada drugie dno – metaforę „przepalonych styków” w ludzkich relacjach, udowadniając, że nawet w świecie Wolverine słońce potrafi na moment przebić się przez chmury, oświetlając ruinę naszych codziennych przyzwyczajeń.
Mrok powraca jednak z podwojoną siłą w „Nightfall”, gdzie gitara po raz pierwszy tnie przestrzeń z taką mocą, a sekcja rytmiczna nadaje całości niemal wojskową dyscyplinę. To przejmujący zapis walki z lękiem przed tym, co przynosi noc, w którym jasne melodie kontrastują z duszną, mroczną treścią liryczną. Marcus Losbjer swoimi bębnami kieruje dźwiękiem z niezwykłą precyzją, prowadząc nas wprost do emocjonalnego spalacza, jakim jest „This World And All Its Dazzling Lights”. Ten utwór nie bierze jeńców – to potężna ściana dźwięku, która chwyta za gardło i nie puszcza do ostatniej sekundy. Stefan udowadnia tu swoją laudacyjną zręczność w rzeźbieniu najbardziej skomplikowanych emocji, budując pejzaż świata, który oślepia nas swoim blaskiem, jednocześnie ukrywając w cieniach nasze najgłębsze lęki.
Kulminacją minimalizmu staje się „Automaton”, kruchy, prowadzony przez fortepian duet, który wywołuje ciarki na plecach swoją „szklaną” melancholią. To piękna prostota, stanowiąca ciszę przed burzą, jaką zwiastuje „A Perfect Alignment”. Ten utwór buduje sferę napięcia warstwa po warstwie, cierpliwie dodając kolejne soniczne cegiełki do tej niemal sakralnej katedry dźwięku. Słyszymy tu „syropową” słodycz melodii, która powoli zostaje przykryta siniakami ciemności, tworząc kunsztowne studium narastania, w którym każda „anomalia” znajduje wreszcie swoje miejsce w większej, szlachetnej całości.
W stronę finału prowadzi nas „Losing Game” - utwór naznaczony bolesną dojrzałością porażki, gdzie powściągliwość gitary Jonssona stawia na melodyjną elegancję zamiast popisów technicznych. To kompozycja oparta na doświadczeniu, na bolesnej zmianie perspektywy, jaka przychodzi z wiekiem – kunsztowne pogodzenie się z nieuchronnym, które paradoksalnie staje się największym zwycięstwem na drodze do autentyczności. Całość domyka monumentalne „Scarlet Tide”, w którym szwedzki lód ostatecznie topnieje, ustępując miejsca szkarłatnemu przypływowi nadziei. To najdłuższe na płycie pożegnanie buduje się od oszczędnych klawiszy aż po potężną solówkę gitarową, by ostatecznie zostawić nas tam, gdzie zaczęliśmy – w ciszy, sam na sam z samotnym fortepianem i echem pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi.
Słuchając „Anomalies”, trudno oprzeć się wrażeniu, że obcujemy z dziełem, które ostatecznie cementuje pozycję Wolverine wśród ścisłej elity europejskiego progresywnego rocka. W tych dziewięciu kompozycjach, trwających łącznie blisko pięćdziesiąt trzy minuty, zespół z Söderhamn udowodnił, że potrafi zamienić bolesne pęknięcia ludzkiej psychiki w kunsztowne, soniczne ornamenty. To album, który nie szuka poklasku poprzez techniczne popisy, lecz odnajduje swoją siłę w autentyczności, w „chirurgicznej” precyzji dawkowania emocji i w niespotykanej kulturze brzmienia. To szlachetna geometria smutku, w której każda anomalia staje się niezbędnym elementem większej, harmonijnej całości.
Jeśli w muzyce poszukujecie czegoś więcej niż tylko tła dla codzienności, jeśli cenicie sobie emocjonalną uczciwość i krystaliczną precyzję wykonania, to najnowsze dzieło Szwedów jest pozycją obowiązkową. To ponad pięćdziesiąt dwie minuty sonicznej terapii, która mimo swojego chłodu, potrafi przynieść niesamowite, wewnętrzne oczyszczenie. Dajcie się zaprosić do tego świata „anomalii”; to jedna z tych płyt, które po wybrzmieniu ostatniego akordu zostają pod skórą na bardzo długo, każąc nam z pokorą spojrzeć we własne, nie zawsze idealne lustro.
