Zacznijmy od pytań, uwag, nieporozumień i zamieszania. Pytanie skierowane do wszystkich fanów muzyki progresywnej w różnych jej wydaniach brzmi tak: jaki instrument jest niemal zrośnięty z tym stylem? Bez którego instrumentu wiele płyt z tego gatunku nie brzmiałoby tak, jak brzmią?
Odpowiedź jest, w zasadzie, prosta, choć użyte wyrażenie ma szeroki zakres: instrumenty klawiszowe. Bez nich nie byłoby wielu płyt progresywnych. Syntezatory, Hammondy, moogi, mellotrony, organy i co tam jeszcze. Bez „klawiszy” prog rock wyglądałby inaczej…
W związku z powyższym jedna uwaga. Czy uda się nagrać płytę progresywną bez „klawiszy”? Z pewnością, ale jak to będzie brzmiało? Na to pytanie można sobie samemu odpowiedzieć słuchając nowej, drugiej płyty zespołu Sykofant pt. „Red Sun Leaves”, która ukazała się 23 stycznia tego roku.
W skład formacji wchodzą panowie Emil Moen (gitara i wokal), Melvin Treider (perkusja), Per Semb (gitara) i Sindre Haugen (bas) i… nie, nie ma „klawiszy”! Są zwariowane, kanciaste gitary, sugestywny wokal i jakby groove’owe linie basu, ale „klawiszy” - nie ma.
Teraz o pewnym nieporozumieniu i zamieszaniu. Skąd taka płyta? Dlaczego taki tytuł i dwukolorowa, „dwuczęściowa” okładka?
Odpowiedź jest i zawiła, i prosta zarazem. W marcu ubiegłyego roku zespół wydał EP-kę „Red Sun”, a na początku tego roku ukazała się kolejna EP-ka – „Leaves”. Pierwsza z nich zawiera 4 utwory (przy czym czwarty z nich – „Red Sun EP (Continuous Mix)” pojawia się tylko w wersji cyfrowej), a druga także cztery utwory i także ten czwarty – „Leaves EP (Continuous Mix)” dostępny jest wyłącznie w wersji cyfrowej. Obie wymienione kompozycje (Continues Mix) są rozwiniętymi wersjami utworów „Red Sun” i „Leaves” z wersji podstawowej i trwają (każdy z nich) ponad dwadzieścia dwie minuty. A teraz najważniejsze: obie EP-ki składają się teraz na płytę długogrającą pt. „Red Sun Leaves”. Z tego połączenia wynika także wygląd okładki albumu. Najlepiej widać to na przykładzie płyty winylowej - jedna część to okładka singla „Red Sun”, a druga singla „Leaves”.
No i wreszcie ostatnia informacja w tej części – całość to ponad czterdzieści sześć minut zwariowanej, gitarowej, może (jakby podjeść do sprawy bardzo spolegliwie przez pryzmat „gitarowości”) Hendrixowskiej muzyki, ale jednocześnie przemycającej w swych aranżacjach pinkfloydowskie dźwięki z okresu psychodelicznego, która otwiera mój osobisty, tegoroczny zbiór płyt z nalepką „nieoczywiste”. Bo czegóż na tej płycie nie ma?…
Pierwszy, siedmiominutow, utwór „Ashes” rozpoczyna co prawda elektronicznie przetworzona gitara i ten początek od razu nasuwa skojarzenia z muzyką psychodeliczną, ale już połowa drugiej minuty wyraźnie wskazuje, że cała płyta będzie niesamowitą mieszanką wszelkich odcieni rocka, do których dokooptowano „rozlazłe” psychodeliczne solówki z mocniejszymi akordami i delikatnymi pochodami solowymi gitar (z wyjątkiem ostatniej minuty). I jeżeli do tego „pomieszania” dołożymy sugestywny i mocny wokal, to otrzymujemy najkrótszą charakterystykę tej kompozycji.
Wspomniałem o Pink Floydach. Są. Proszę wysłuchać utworu z indeksem 2 – „Red Sun”. Może te floydowskie ślady nie pojawiają się od razu, ale już w połowie drugiej minuty zespół Sykofant wiedzie słuchacza na pokuszenie. I Gilmourowski wokal, i Gilmourowska gitara, i… jest tak, jak ma być. Choć solo gitary ma swój indywidualny styl. Taki klasycznie progresywny.
Zmieniamy rytm, zmieniamy moc, zmieniamy styl aranżacji. Trzecia kompozycja, „Embers”, czaruje tempem, swoistą statycznością akordów i niemal deklamowanym wokalem. Bliżej temu utworowi do metalowego frazowania niż progresywnej rozciągłości, ale ta słodko-gorzka kombinacja zdaje tu egzamin, a improwizująca, Hendrixowska gitara dodaje blasku. Wplecione w trzeciej minucie dźwięki orientalne wyhamowują wcześniejszy pęd i kreują misteryjną psychodeliczną, niemal dwuminutową wstawkę budując ogromną psychodeliczną konstrukcję, która ponownie zahacza o świat Floydów.
„Roots And Canopy” – krótki, raptem niespełna czterominutowy utwór to ponownie floydowskie akordy gitary i linia wokalna. To „zaczarowana” kompozycja, która miesza pozorny spokój z ciężkimi riffami tworząc kompozycję, która w naturalny sposób przechodzi w kolejną – „Mycelium March”. Razem stanowią całość, w której pierwszy jest wstępem, a drugi rozwinięciem i zakończeniem tematu muzycznego. I proszę się nie obawiać, nadal pozostajemy w psychodelicznym kręgu muzyki Pink Floyd.
Na koniec w płytowym menu jest utwór „Heart Of The Woods” z akustycznym, gitarowym początkiem niczym z opowieści o spacerze pośród drzew w letniej poświacie. I tej spokojnej atmosfery nie jest w stanie zmienić mocniejsza gitara, bo ten utwór to opowieść o ważnych sprawach: „(…) I’ve been led through distant memories/ I’ve been hoping to break through / I’ve been chasing light through hollow trees / Faced with the vanished sun”. Ten utwór to wspaniała suita o samoodnajdywaniu się, samotworzeniu i samoodnawianiu.
Cała płyta grupy Sykofant pokazuje, że można wydać progresywne, dodajmy: bardzo udane, dzieło bez użycia instrumentów klawiszowych, że tak naprawdę bardzo prostym instrumentarium można napisać wspaniałe muzyczne opowieści i poskładać całość z wielu części. I co więcej, całości tworzą całkiem nową całość. Jak to możliwe? To zagadnienie dla filozofów-dialektyków. Ta płyta nie pyta, po prostu to robi. Tworzy całość, która jest jednocześnie intensywna i kontemplacyjna, znajoma, a jednocześnie nieustannie zaskakująca. To jedno dzieło, które celebruje kontrast, progresję i pełne spektrum kreatywnej wizji muzyki zespołu Sykofant na co dzień funkcjonującego w Oslo.
