Właściwie to ten opis powinien się zacząć od przedstawienia postaci Samiego Sarhamaa. Dlaczego? Jest to bowiem główny „winowajca” powstania nowej, drugiej płyty zespołu Inertia pt. „Postscript”. Ten fiński muzyk i producent jest założycielem tego zespołu, a także założycielem i członkiem piętnastu innych grup działających w Finlandii od roku 1977. Jeśli dobrze policzyłem, to jego dyskografia zawiera dwadzieścia sześć płyt zespołowych. Oprócz zespołów muzyk występuje solo pod wieloma kryptonimami: Liquid Wolf, SSTB, Sam Marsala czy wreszcie Samsara/Revenge. Gra na gitarze, pianinie, syntezatorach, basie, perkusji i śpiewa. Jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze prowadzi małą indierockową wytwórnię płytową Samsara Records. Myślę, że niewiele powiedzą Państwu nazwy grup, w których uczestniczył, choć poszukiwacze dźwięków niebanalnych powinni zwrócić uwagę na całkiem dobrze sobie radzącą grupę Lighthouse Sparrows grającą muzykę instrumentalną z pogranicza elektroniki i ambientu.
Ale wracając do meritum tylko przypomnę, że projekt Inertia, bo chyba pomimo najnowszego krążka jest to raczej projekt aniżeli zespół, pierwszy raz dał się poznać w roku 2018, kiedy to ukazało się jego pierwsze wydawnictwo pt. „New Obstacles”. Muzycznie album jest wypadkową dobrego klasycznego rocka o progresywnym zabarwieniu oraz symfonicznych wstawek, które dodają mu marzycielskiego charakteru, co w połączeniu z wolnym metrum i niskim wokalem może się podobać. Zainteresowanym polecam trzy utwory: „Undone”, „Snakeskin” (chyba najlepszy utwór z tego krążka) i „Residue”. I nie potrzeba nawet zgadywać co było dalej - inne projekty, inne realizacje i pewnie byłoby to „jednorazowy wyskok muzyczny”, gdyby nie rok 2025 i odnalezione taśmy, które pierwotnie zostały nagrane w roku 2020. Dobrze się stało, że te taśmy zostały odnalezione, bowiem dzięki temu mamy okazję poznać bardzo frapujący materiał muzyczny, który pomimo tego, że został nagrany jakiś czas temu wcale, ale to wcale się nie zestarzał, a co więcej, brzmi bardzo ciekawie.
W skład projektu Inertia wchodzą: Sami Sarhamaa (gitary, wokal), Tomi Laaksonen (perkusja), Tipi Pulkkinen (bas) i Janne Laine (gitary). Na ich nowej płycie znajdujemy sześć utworów. Każdy trwa pięć i nieco więcej minut. Każdy niesie ze sobą mroczną, niespieszną i szarą atmosferę będącą mieszaniną odrobiny rocka progresywnego, popu, metalu i przede wszystkim słyszalnego zakorzenienia w estetyce muzycznej lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
„Mutterer” – pierwszy i jeden z najlepszych utworów z tego krążka to mocno gitarowy i zarazem łagodnie „pląsający” utwór. Poszukiwacze skojarzeń powinni zwrócić uwagę na barwę głosu wokalisty, która jakby przypominała barwę dobrze znanego w naszym kraju Yogiego Langa z RPWL, tyle że w mocniejszym, rockowym, lekko metalizującym wydaniu. Taka kombinacja brzmi wspaniale w połączeniu z wyraźnymi i mocnymi klawiszami, które ustępują miejsca w połowie czasu trwania fletowi. Moc i delikatność – te słowa najlepiej oddają istotę tej kompozycji.
„Obscure Cause” – zaskakuje muzyczną dojrzałością i zbalansowaną, rockową mocą. I wciąga swoją nisko brzmiącą melodyjnością i metalowym zaangażowaniem. A nawiązanie do ambientowego post rocka tylko przydaje mu uroku. To drugi z najlepszych utworów na tym krążku.
„Where” – zwalnia, rozciąga muzyczną narrację długimi dźwiękami solowej gitary. Trzyma się melodyjnej strony tej lekko szarawej płyty. I te klawisze w tle! To trzeci z najlepszych utworów z tej płyty.
„Tiptoe” – wraca na mocniejsze tory już od pierwszej sekundy wraz z mocnymi uderzeniami perkusji i alternatywną gitarą. To najbardziej dramatyczny utwór, pełny gorzkich tekstów i taki mechaniczny. Po kolei, fraza za frazą, jednostajnie do przodu z dramatycznymi refrenami. To bardzo dobry utwór, którego pełny dramatyzm wybrzmiewa w całej pełni w jego drugiej części.
„Silent Cage” – utwór majestatyczny z podniosłą grą gitary, lekko metalowymi riffami i nagłymi wyciszeniami, które kreują niepokojącą atmosferę jakiegoś zagrożenia i niemocy. A gitarowe solo w końcowej części może się spodobać zwolennikom melodyjnego metalu.
„Movement” – czaruje pozorną lekkością i balladowością na początku, by od połowy przybrać formę rockowej kompozycji ze zdecydowanym rytmem. A postrockowe riffy dodają mu nieco metalowego charakteru, który łagodzą klawisze i pojawiająca się linia fletu.
„Postsript” to mroczny, mocny i wciągający album. Wciągający swoją mroczną stroną łagodzoną przez klawisze, flet i ciepło narracyjny wokal. Chciałbym, żeby ten projekt miał swoją kontynuację, bowiem jakoś tak nie pasuje do tego, z czym się dotychczas zetknąłem słuchając zespołów z Finlandii co sprawia, że poszerza muzyczne spektrum poznawcze i pozwala odkryć jakże prostą prawdę: że tyle jest muzyki, której jeszcze nie znamy. Niebagatelną rolę w tej ocenie sprawia też zdanie opublikowane przez autorów krążka na Bandcampie: „Even though we get older, our sense of musical adventure should always burn bright" („Nawet jeśli się starzejemy, nasza żądza muzycznych przygód powinna zawsze płonąć”- tłum. RP).
