Neal Morse Band - L.I.F.T.

Rysiek Puciato

Wydaje mi się, że mogę o sobie powiedzieć, że byłem / jestem / i będę fanem wszystkich możliwych oblicz twórczości muzycznej Neala Morse’a. Od samego początku fascynowały mnie wydawnictwa spod znaku Spock’s Beard. Transatlantic to był / jest / i będzie dla mnie prawdziwym fenomenem muzyki progresywno-symfonicznej: czterech muzyków pod kierownictwem Morse’a, można by rzec, z różnych muzycznych „bajek” stworzyło supergrupę, która z każdym pojawiającym się albumem zyskiwała moją coraz to większą uwagę. Wreszcie dzisiaj już chyba nieco zapomniany zespół Flying Colors ze swoimi trzema wydawnictwami, które doskonale wpisują się w to, co można by nazwać popularną muzyką progresywno-rockową. Nie można tu oczywiście zapomnieć o albumach solowych, które odzwierciedlają „powstałą” po odejściu z zespołu Spock’s Beard twarz Neala Morse’a twarz skruszonego neofity, poszukiwacza prawdy o sobie samym, nawróconego grzesznika. Szerzej pozwoliłem sobie o tym już napisać na łamach MLWZ.pl (patrz tutaj). Przy okazji polecam lekturze recenzję Artura Chachlowskiego ostatniej, zeszłorocznej solowej płyty muzyka pt. „Never Been Down This Road” (tutaj)

Trzeba wreszcie wspomnieć o dwóch najnowszych wcieleniach tego artysty – Neal Morse & The Resonance oraz Cosmic Cathedral, które to wydawnictwa można by lapidarnie określić mianem: płyta z muzykami młodymi i nieznanymi oraz płyta z „tuzami” rocka. W obu przypadkach mamy widoczną zmianę podejścia do tworzenia muzyki przez Morse’a. „No Hill For A Climber” – to świeży powiew muzyki z „paternistyczną” postawą Morse'a. Na tym wydawnictwie Morse nie jest już „dyrektorem naczelnym”, staje się koordynatorem muzycznym pozwalając rozwinąć skrzydła młodym muzykom. Z kolei „Deep Water” firmowany przez Cosmic Cathedral to niesamowicie dopracowany krążek, na którym słychać muzyczny profesjonalizm w każdej nucie. Ale czy mogło być inaczej gdy muzykami są takie postacie jak: Chester Thompson, Phil Keaggy, czy Byron House? Ta płyta błyszczy perfekcją i wyrachowaniem. 

Nie, nie zapomniałem o jeszcze jednej twarzy Morse’a. The Neal Morse Band – to dla mnie nieco dziwny, ale mający swe muzyczne uzasadnienie zespół. Jest to grupa, która pojawiła się nagle, niespodziewanie w roku 2015 wraz z ukazaniem się ich pierwszego krążka pt. „The Grand Experiment” i zawróciła głowę słuchaczom swoją rockowością, odejściem od progresywnego grania w kierunku mocnego i melodyjnego rocka. Pomyślałem sobie wtedy, że to jakaś „odskocznia”, chwilowy projekt, jak to często bywa w przypadku wielu muzyków. Ale rok później pojawiło się kolejne wydawnictwo sygnowane tą samą nazwą -„The Similtude Of A Dream”, a potem kolejne – „The Great Adventure” (2019) i ruszyła lawina płyt koncertowych – „The Great Adventour Live in Brno” (2020), po której zespół nagrał jeszcze jeden album w roku 2021 – „Innocence & Danger”, by ponownie uradować fanów koncertowym wydawnictwem pt. „An Evening Of Innocence & Danger. Live In Hamburg”, które ukazało się w 2023 roku, a więc całkiem niedawno.

Zaryzykuje tezę, że bardziej rockowy charakter muzyki The Neal Morse Band wynika w pewien sposób z muzycznych upodobań jego członków. Oczywiście nie będę tu wspominał nazwiska perkusisty Mike’a Portnoya. Zabrakłoby słów żeby wymienić zespoły, płyty, koncerty i inne muzyczne aktywności, w których brał on udział. Basista Randy George - może być kojarzony z taką formacją jak Ajalon (patrz małoleksykonowa recenzja płyty „This Good Place”) i z nurtem określanym jako chrześcijański prog rock. Klawiszowca Billego Hubauera można kojarzyć z udziału w formacji The Prog Rock Orchestra. Wreszcie gitarzysta Eric Gillette, oprócz wydawnictw solowych, grał w takiej formacji jak Mike Portnoy's Shattered Fortress. Ponadto jeżeli ktoś z Państwa uważnie prześledzi listę muzyków koncertujących w ramach festiwalu Morsefest, to nazwiska basisty i klawiszowca znajdą się na okładkach niemal wszystkich wydawnictw live z tego przedsięwzięcia. O wieloletniej muzycznej przyjaźni Morse’a z Portnoyem chyba nie trzeba wspominać. Mamy tu więc do czynienia z połączeniem kilku „składników”: rocka (w jego mocniejszym wydaniu), symfonicznego proga oraz tzw. rocka chrześcijańskiego (zwłaszcza w warstwie tekstowej). Te elementy tworzą kościec muzyki zespołu The Neal Morse Band.

Bo tak naprawdę to Morse na niemal wszystkich swoich płytach czy to solowych, czy w ramach którejkolwiek z grup (no, może oprócz Transatlantica i wyjątków z projektu Cosmic Cathedral) śpiewa o tym samym. Oczywiście proszę potraktować te słowa jako wypowiedziane z nienapisanym cudzysłowiem, metaforycznie. Śpiewa o zagubieniu, o losie pojedynczego grzesznika, który zobaczył światło mocy i zmierza ku niemu, o łasce i potrzebie miłości, o konieczności wypełnienia „woli Bożej”, o kruchości ludzkiego ducha, o potrzebie nawrócenia, słowem o sprawach wiary.

Podobnie jest na najnowszej produkcji bandu. „L.I.F.T.” to „(…) progresywny album koncepcyjny, który śledzi podróż kogoś, kto pragnie przynależeć do czegoś większego niż on sam” – mówi Morse. Album „(…) zaczyna się od poczucia połączenia ze światem i życiem, potem następuje przerwa w przynależności, po której następuje zamęt i rozpaczliwy krzyk, prowadzący do powrotu do miejsca głębokiej więzi”. Myślę, że można w tym miejscu dookreślić owo „śpiewanie o tym samym”. Morse śpiewa o sobie i swoim życiu. O swoim kryzysie wiary, rezygnacji z rockowego stylu życia, nawróceniu, roli wiary w życiu ekstrapolując te osobiste doświadczenia do poziomu doświadczeń każdego człowieka. Czyniąc z osobistego doświadczenia, doświadczenie ogólnoludzkie, człowiecze. Bo czyż nie jest tak, że każdy pragnie być „razem z innymi”, „byciem częścią”, takim niezbędnym elementem w ramach grupy, rodziny, społeczeństwa?...

Zanim zacznę o muzyce, proszę zastanowić się nad następującym pytaniem: czy mieli Państwo jakieś oczekiwania co do zawartości muzycznej nowego albumu TNMB? Czego oczekiwaliście lub czy coś Was zaskoczyło? Ze swej strony muszę przyznać, że pierwsze dwa single promujące najnowsze dzieło Amerykanów nieco mnie zaskoczyły. Skrócona wersja utworu „Fully Alive” przypomniała to, co (moim zdaniem) w twórczości Morse’a najlepsze – symfoniczny rozmach, charakterystyczną, nieco bombastyczną i pełną dźwięków klawiszy aranżację. Drugi z singli - „Hurt People” - pokazał, że należy w swych oczekiwaniach uwzględnić zmianę kierunku w stronę progresywnego metalu. Ten singiel bez wątpienia porusza się ścieżkami mocy, ostrzejszych gitar i metalowych solówek. Wreszcie dodajmy do tego wszystkiego singla z numerem 3 - „Reaching”, który zachwyca wielogłosem. Co prawda gitary znów brzmią mocniej, a całość kompozycji jest utrzymana w niezwykle energetycznym tempie, ale ponownie wracamy do „typowych” dla Morse’a rozwiązań muzycznych, wracamy do „starego Morse’a”. Morse’a pełnego chórków, zdecydowanych linii wokalnych i symfonicznych aranżacji opartych na ciężko brzmiących klawiszach.

Ale wróćmy do początku… - do utworu „Beginning”. Do delikatnego wprowadzenia, do typowego dla Morse’a klawiszowego początku najnowszego dzieła. Mimo tych początkowych podobieństw do poprzednich kompozycji ten „początek” brzmi łagodniej i zawiera nieco więcej elementów jakby zaczerpniętych z muzyki klasycznej (proszę posłuchać uważniej czwartej minuty) i jednocześnie wykorzystuje z powodzeniem delikatne muzyczne wzorce aranżacyjne zaczerpnięte z prog metalu w wydaniu na przykład zespołów z Włoch.

Pełna wersja utworu „Fully Alive” to pięć minut „klasycznego Morse’a”, który wzorem krążka nagranego pod szyldem Neal Morse & The Resonance także i tutaj dzieli się główną linią wokalną, co tylko przydaje kompozycji uroku. I od razu zostajemy wrzuceni w specyficzną narrację treściową, od razu słyszymy nawoływanie do tego, o czym Morse lubi śpiewać najbardziej: do wyzwolenia z okowów wszelkich uzależnień: (…) Count the seasons, kill your demons / Watch ‘em come right back again / Mothers fretting, not forgetting / How to trap their mice and men”.

Ten narracyjny tok towarzyszy słuchaczowi także w utworze „I Still Belong”. Ta krótka, trzyminutowa ballada, atmosferę której tworzy gitara akustyczna i uprzestrzenniony wokal, to wyraz nadziei, to wyraz przekonania, że wszyscy jesteśmy częścią większej całości… świata. Dobitnym potwierdzeniem tego przekonania jest mocny akcent muzyczny pojawiający się w trzeciej minucie.

„Gravity's Grip” to instrumentalne intermedium i wspaniały popis instrumentalnych możliwości zespołu, a jednocześnie rodzaj „oddechu” po poprzednim bogatym w „wiarę w przynależność do czegoś większego” utworze. Traktuję tę kompozycję jako intermedium, jako oddech i jako wprowadzenie do utworu „Hurt People”, który od samego początku wkracza na ścieżkę „mocnego uderzenia”. I jest to zarówno mocne uderzenie muzyczne, jak i treściowe: „(…) Hurt people / They hurt people / They don’t know what they do / Gone evil / The hurt people / They’ll hurt someone like you”. Pełen klawiszowych akordów i metalowych gitar “Hurt People” brzmi niczym skarga na „nich”. Kim są owi „oni” pozostaje kwestią samodzielnej interpretacji, do której zachęcam. Bo przecież każdy ma jakiś „ich”, jakiś „obcych”. I nie byłbym sobą gdybym nie dodał, że to najbardziej odróżniający się od reszty utwór na tym krążku.

Pięciominutowy „The Great Withdrawal” powraca do narracyjnej aranżacji. Niezrozumienie, brak głębszych relacji z rodziną, samotność – to tematy przewodnie. Ponownie powraca symfonizująca aranżacja i uprzestrzenniony wielogłos. Wszystko brzmi poprawnie, wciągająco, ale to przecież kolejna kompozycja Morse’a - neofity, Morse’a - katechety.

Grą fortepianu miło zaskakuje utwór „Contemplation”. To, moim zdaniem, kolejne intermedium. Kolejna chwila na oddech po poważnych treściowo utworach poprzednich i, jak to jest zwykle z takimi instrumentalnymi kompozycjami, przygotowanie do kolejnej porcji utworów z zaangażowanymi treściowo przesłaniami.

I tak chyba jest w przypadku „Shame About My Shame”. Muzyczna prostota ma się nijak do głębokiego przesłania, jakie wybrzmiewa w tym utworze. To wspaniała kompozycja dla wszystkich poszukiwaczy nastrojowych i łagodnie kołyszących utworów. Jest po prostu tak, jak ma być. Jest to, co w rocku progresywnym przyciąga, czaruje i nie pozwala ani na chwilę odejść. To pokaz kompozytorskiej maestrii Morse’a.

„(…) I’m reaching / For more than I am / You’ve seen what I’ve done with my life / Change my heart if you can / Oh, Father / Of the earth and the sky / I feel like I’ve wasted my life / I don’t even know why” – taka treść zawarta jest w utworze “Reaching”. Ponownie tematem przewodnim jest zmarnowane życie I konieczność jego zmiany. Tym razem mamy jednak wskazanego odbiorcę tej prośby o pomoc w przemianie – Boga. Ponownie jest to „klasyczna” kompozycja w stylu Morse’a. Ponownie poszukiwacze utworów z bogatą aranżacją opartą o prowadzące linie klawiszy i dopełnione melodyjnymi solówkami gitar powinni być zadowoleni. A jeśli czegoś komuś brakuje, to końcowa smyczkowa orkiestracja powinna wszystko wynagrodzić.

Dziesiąta kompozycja z tego krążka – „Carry You Again” - jest jakby przedłużeniem poprzedniej. Muzycznie brzmi nieco podobnie, choć dźwięki gitary dodają jej jakby marillionowskiej lekkości i melodyjności. To, bez wątpienia, typ na potencjalny radiowy hit.

Kolejne intermedium? Tak mi się wydaje, lecz tym razem wokalne. „Shattered Barricade” to minuta i dwadzieścia pięć sekund wokalnego wprowadzenia zaśpiewanego w towarzystwie gitary akustycznej i fortepianu. Wprowadzenia do chyba najważniejszego utworu z tego krążka – „Fully Alive, Pt. 2”. To niesamowity hymn mający wszelkie cechy wcześniejszych epickich kompozycji, jakie napisał Morse. A smyczkowa orkiestracja nadaje mu fascynujące brzmienie, które w połączeniu w wieloma liniami wokalnymi kreuje naprawdę wspaniałą symfoniczną kompozycję ze wspaniale wplecionymi solówkami syntezatorów i improwizującą końcówką. Nie jest to jednak „opus magnum” tego wydawnictwa. Tą rolę pełni ostatni z utworów – „Love All Along”.

„Love All Along” – hymn nadziei. Hymn wiary w przyszłość, wiary w człowieka i jego możliwość zmiany i poprawy. Jedenaście minut muzycznej suity, która może zostać zaliczona do wąskiego grona najlepszych utworów Morse’a. To epicka opowieść o tym, że można stać się „nowym człowiekiem”. Niesamowicie liryczna, z żeńskimi chórkami, z solo gitary w piątej minucie, elementami, które stanowią istotę symfonicznej muzyki progresywnej. Tak, jest tu patos, jest monumentalność, ale przecież za to właśnie cenimy twórczość Morse’a. Za to „pomieszanie” tak wielu elementów aranżacyjnych, które jednak w ostatecznym rozrachunku tworzą i przynoszą coś niezwykłego. Coś, na co czekamy z utęsknieniem, choć może boimy się przyznać. Bo jest w tym wszystkim… dusza.

Tak, Neal Morse znowu śpiewa o tym samym. Tak, muzycznie można się doszukać „kalek” z wcześniejszych kompozycji czy z poprzednich albumów, Tak, nie ma tu żadnego muzycznego przełomu, żadnego muzycznego wstrząsu. Tak, wszystko jest tak jakbyśmy słuchali czegoś, co dobrze już znamy. Ale to ciągle do mnie i, jak mam nadzieję do Państwa, przemawia, ciągle się podoba. Nie wiem czy to wystarczy do zachęcenia do zmierzenia się z tym albumem? Nie wiem czy to w ogóle można potraktować jako zachętę, ale maestro Morse wraz z zespołem nagrał kolejną bardzo dobrą płytę. Wartą wielokrotnego słuchania.

A jakby ktoś chciał, tak na próbę, posłuchać czegoś krótkiego, radiowego, to krążek zawiera jeszcze singlową wersję utworu „Fully Alive”, a wydanie dwupłytowe jeszcze wersje instrumentalne wszystkich kompozycji. I może powiem tak: mimo braku wokali wciąż słychać w nich instrumentalną moc i symfoniczny zamysł.

MLWZ album na 15-lecie Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce