kolorowych świateł, rozbrzmiewa muzyka. Jej dźwięki tworzą barwną mozaikę. W blasku reflektorów kołysze się zmysłowo kobieta w czarnej, satynowej sukni. Zachwyca głosem drżącym od emocji, porusza się z lekkością i gracją. Zalotnym spojrzeniem przeszywa tajemniczego, samotnego mężczyznę. Czy to początek romansu pomiędzy dwojgiem nieznajomych, czy tylko chwila zauroczenia rozkwitająca w takt muzyki?
Tak zaczyna się debiutancki album bydgoskiej formacji Walking Dream „Emotions”. Oficjalna premiera płyty miała miejsce 4 lutego 2026r. i została uświetniona koncertem w Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy. Zespół tworzy siedmioro artystów: Adela Konop (wokal), Jarosław Gajewski (keyboard), Jakub Andrzejewski (gitara), Piotr Szczepańczyk (bas), Marcel Witkowski (perkusja), Szymon Łukowski (saksofon) i Wojciech Kokociński (voice, teksty).
Wspaniała okładka albumu została zaprojektowana przez Angelinę Kruszczyńską. Jej autorstwa są też wszystkie zdjęcia. Sprawy techniczne związane z nagraniem oddano w ręce Pawła Wiśniewskiego, a w przypadku utworu „Fever” - Szymona Grodzkiego.
Na początku krążka dostajemy porcję gorących, jazzowych rytmów w postaci utworu „Fever”. Spod palców pianisty sączą się zakręcone frazy, akordy nadają mocy, podkreślają głos wokalistki. Gitara i sekcja rytmiczna tworzą dźwiękowe wojaże, w których zatopione są zwariowane, klawiszowe improwizacje. Utwór jest kompozycją Adeli Konop i Jarosława Gajewskiego, natomiast autorem warstwy lirycznej jest Wojtek Kokociński. Słowa są spójne z ekspresyjną muzyką i jak ona – gorące, palące ambrozją namiętności:
„Fever… My body is melting. Fever… I am all wet. Fever…. This is my fear. Fever… Oh…It kills me. What’s going on. Blindness around me. What’s going on. My hands are shakiong. What’s going on… Some kind of virus. Somebody help me. Somebody help me!...”.
„Red Angel” pulsuje w nieco spokojniejszych klimatach. Smak melancholii spaja się z amarantowym, wieczornym niebem. Neonowe światła, mgliste opary jazzowych impresji łączą się z rytmem perkusji, gorącym brzmieniem saksofonu, antracytową głębią chmur i dotykiem. Niewidzialnym, uległym, podniecającym namiętnością. Adela wabi swoim głosem, nadaje rytm kompozycji, uwodzi i czaruje. Pomiędzy słowami czai się dźwięk saksofonu, ukrywa się czar klawiszy i nieopisany powab.
Dynamiczny „Counterparts” rozbraja swoim gorącym ferworem. Sekcja rytmiczna spaja się z gitarą i wokalem. Trudno okiełznać ogień, który rozpala cudowny team, jaki tworzą instrumenty, pełen energii wokal i tekst odsłaniający wszystkie tęsknoty, pragnienia i myśli znaczone namiętnością. Sny tkają marzenia, niczym niewidzialne pająki. Sieć się zagęszcza, zamyka drogę wolności dla myśli i snów. Przenosi do krainy żądz i pragnień.
„Love Me” to jeden z najpiękniejszych utworów na płycie. Głos Adeli, fortepian, gitara, milion emocji i rosa pod stopami, promienie słońca o poranku, drżenie wiatru ukryte pomiędzy liśćmi i milion pocałunków. Kochankowie z pokoju hotelowym, gdzieś w zakamarkach wszechświata. Jedwabista miękkość włosów, dotyk dłoni, spotkanie wilgotnych warg i noc w swoim czarze bezsenna, namiętna, pełna łez i radości, żaru i smutku. Cokolwiek się zdarzy, najważniejsze są słowa miłości:
„Love me, love me. Take my hands. Hold me tight and love me love me until the end of the night…”.
Cudowna muzyka i tekst, który mówi wszystko.
To niesamowita płyta. Czym się jej dłużej słucha, tym bardziej rozumie się jej niepowtarzalne piękno, eteryczny dysonans pomiędzy ogniem namiętności i wysublimowanym chłodem.
„Needles” jest kolejną kompozycją osadzoną w aurze jazzowej stylistyki. Nie ma tu rydwanu mocy, jest powściągliwa nuta, soczysta i nasączona treścią. Wspaniała solówka gitarowa w wykonaniu Jakuba Andrzejewskiego nadaje utworowi prawdziwej mocy.
Kolejna piosenka to prawdziwy wulkan energii. „Scream”, jak sam tytuł wskazuje, jest pełnym emocji krzykiem, dialogiem nasączonym potężną dawką bólu i tęsknoty, sztyletem, który musi ugodzić prosto w serce.
„Seven” to przedziwna historia. Czym jest życie w siedmiu wymiarach? Siedem żywotów, wolność stłumiona pustką wieczornych zaułków, przygnębiającym mrokiem ulic - opustoszałych, martwych i sennych. Życie jest blaskiem, nawet przeżywane „kocim sposobem”… Może tkwi w tym utworze zagadka nieśmiertelności, lecz i tak nie otrzymujemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Fortepian gładzi swoim dźwiękiem ekspresyjny wokal i finezyją solówkę gitary.
„Distant Land” kojarzy się z wakacjami, pocałunkiem pachnącym czekoladowym shake’m i afrykańskim, ciepłym wiatrem. Kuszące rytmy wzbogacono brzmieniem ksylofonu, tysiącem wschodów i zachodów słońca, promieniami przechodzącymi przez pryzmaty rosy. To niesamowicie pogodna kompozycja nurzająca się w morzu falującym naręczem kwiatów hibiskusa i smakiem marokańskiej kawy.
„I have never been to heart of Africa, the hottest place in the earth. I have never kissed a chocolate skin and hug short curly hair. I have never talked to the foreign boy. I am curious what’s he like. I have never talked to the foreign boy. I am curious what’s he like…”.
„Vipers” mknie do przodu, niczym bolid Formuły 1. Nie zna granic. Emanuje jazzowym feelingiem, energią i sensualnym rytmem. W tle pulsuje szalony bas, fortepian napędza emocje, a głos Adeli drży podnieceniem, blaskiem, głębią uczuć i marzeń. Pomiędzy snem a jawą kłębią się uczucia. Nie można od nich uciec, nie sposób ich nie dostrzec…
„Angels” to kompozycja niesamowita zarówno pod względem muzyki, jak i tekstu. Ile tu niedopowiedzianych myśli, żarliwych fraz pełnych treści. Kim są anioły, ile ich w ludziach, ile w istotach nadprzyrodzonych wie tylko ktoś, kogo dotknęły swoim spojrzeniem. Rytm wchodzi w relację z każdym dźwiękiem i kołysze, otula, koi delikatnym, eterycznym muślinem.
„Are they in heaven or maybe in Eden… Are they invisible or indivertible… Do they walk with us or maybe flying above… can we touch them or just dream about… Is this reality or a stupid fate… Aret hey covered by feathers or simple elements…”.
„Leech” to kolejny bardzo sugestywny utwór, energiczny i szalony. Kim jest osoba do której skierowano wiadomość? Kim jest lub była… wrogiem, fałszywą przyjaciółką, rozczarowaniem? Soczyste dźwięki, eksplozja rytmu, zakręcone frazy i melodia, która dominuje i spawa wszystkie elementy.
„My Pantomime” to kompozycja Jarosława Gajewskiego z tekstem Wojtka Kokocińskiego, który się tu też udziela pod postacią ‘głosu’. Solówka zagrana przez Jakuba Andrzejewskiego - brzmi magicznie. Recytacja tekstu jest antraktem pomiędzy fantazją spływającą spomiędzy struny gitary.
Na zakończenie pojawiają się dwa utwory, które poznaliśmy już wcześniej, lecz tym razem są one zaśpiewane po polsku. „Kochaj” i „Czarny Ląd”. Trzeba przyznać, że stanowią one smakowity deser. Szczególnie fantastycznie brzmi kompozycja „Kochaj”. Urocza muzyka, i taki sam tekst:
„Gdy dzień się kończy wykrzyczę w noc, że tylko z tobą, że tylko on… lecz lepiej nam przemilczeć to, lepiej nam przemilczeć to… Puste okna widzą jak ogromnie tęskni każdy z nas. Anioły zachwycają się uczuciem niespełnionym…”.
Po takiej muzyce osnutej poezją, jak tu nie kochać?… Miłość umie pokonać odległość i czas. Nie ma dla niej granic. Jest niczym tajemnicza laguna na morzu zapomnienia. Kosmos pełen galaktyk, wszechświat wyścielony gwiazdami… Niech nas tam prowadzą szalone Anioły o niewidzialnych skrzydłach…
