mlwz - edunitsky - banner - prog rock

Rope And Ladder – This Is Wild

Maciej Niemczak

Są albumy, które nie proszą o uwagę, ale bezpardonowo wdzierają się pod skórę, zostawiając tam trwałe blizny. Duet Rope And Ladder, tworzony przez multiinstrumentalistę Jaya Clarka i perkusistę Ryana Dolena, po teatralnym rozmachu opery rockowej z 2020 roku, dokonał gwałtownego i bezkompromisowego zwrotu.. Ich najnowsze dzieło, „This Is Wild”, to intymna, niemal bolesna medytacja nad stratą i tym „ogromnym bólem, który w sobie gromadzimy”. To muzyka surowa, melodyjna i przerażająco szczera, w której szeptana cisza co rusz zderza się z napadami sonicznej furii.

Wędrówka zaczyna się od wstrząsającego „I Watched You Watch Him Die”. To kadr o bezsilności obserwatora, który patrzy na powolne odchodzenie, widząc pustkę, jaka osiada po ostatnim tchnieniu. Muzycznie to marsz ku ostateczności – ascetyczny start gitary akustycznej pęcznieje wraz z wejściem perkusji, by w finale eksplodować tragicznym rozmachem smyczków. Ta trauma znajduje kontynuację w „Grandfather”. Dom przodka staje się tu więzieniem przeszłości, a desperackie błaganie o samotność zamienia się w krzyk. Utwór zaczyna się ciepło, niemal nostalgicznie, amerykańską gitarą akustyczną, by po chwili uderzyć drapieżnym, rockowym riffem i „zmrozić kości” duszno-nawiedzonym klimatem.

Prawdziwym majstersztykiem oniryzmu jest „The Lake”. Obraz wjechania samochodem do jeziora o zachodzie słońca staje się tu metaforą ostatecznego oczyszczenia. Muzyka płynie tu szeroką, kinową strugą – rzewna akustyka w duchu „mocniejszego” Boba Dylana czy Fleetwood Mac tworzy sferyczną przestrzeń, w której błędy blakną w świetle przebaczenia. Z tego podwodnego spokoju trafiamy prosto w ramiona śmierci w tytułowym „This Is Wild”. Clark kreśli tu genialną wizję śmierci jako gospodyni pijącej herbatę i wygrywającej partię szachów. Muzycznie to energetyczny nokaut: fuzja Muse i The Cure, gdzie dynamiczny, ekstatyczny śpiew Jaya oddaje adrenalinę kogoś, kto właśnie traci hetmana w partii o własne życie.

Druga połowa albumu to walka o każdy oddech. „Still” przynosi zimne, fluorescencyjne światło kostnicy – hipnotyczna gitara rytmiczna i balladowy spokój Oasis zostają tu przełamane niezwykle oszczędną solówką. W lęku przed zapomnieniem („When I Do Die”) słyszymy kontrast między kruchą duchowością Anathemy a potężną architekturą Stevena Wilsona. Prawdziwe uderzenie następuje w „Holy Ghost” – to najcięższy, niemal metalowy fragment, gdzie wykrzykiwane refreny budują atmosferę paranoi. Zaraz po nim wdziera się „Fight or Flight”, zaczynający się niepokojąco niczym rockowy Simon & Garfunkel, by w połowie przygnieść słuchacza potężnym basem i perkusją. Wyciszenie przynosi „No Hard Feelings”. To stadionowa melancholia w duchu ostrzejszego U2, gdzie smyczki budują most ku wolności od urazów. Całość domyka finałowy „Wasted On Me” – hardrockowy puls z duchem Budgie w tle, kończący tę wędrówkę nagłym cięciem, które zmusza, by tę dziką opowieść zacząć od nowa.

Słuchając płyty „This Is Wild”, trudno uciec od wrażenia, że duet Clark-Dolen dokonał na nas bezlitosnej emocjonalnej wiwisekcji. To rzetelny, nowoczesny rock, w którym każda partia instrumentów – od „walijskiego”, budgie’owskiego basu po anathemowskie gitary – służy opowieści o kruchości życia. Jay Clark udowodnił, że jest wybitnym architektem nastroju, potrafiącym zamienić osobisty ból w szlachetny, progresywny kruszec. To album paradoksów: surowy, a jednocześnie krystalicznie czysty w swojej szczerości; agresywny, a przecież kruchym szeptem dotykający samej esencji straty. Czy to amerykańska odpowiedź na brytyjskie Archive? Zdecydowanie tak, ale Rope and Ladder nie tylko „mówią ciemnością” – oni w niej krzyczą, szukając słońca, które dawno zatonęło w ich symbolicznym jeziorze.

Jeśli szukacie w muzyce prawdy, która nie boi się pytań o koniec drogi i chłód fluorescencyjnego światła w kostnicy – nowe dzieło Rope and Ladder jest pozycją obowiązkową. To nie jest płyta do słuchania w tle; to soniczny testament, który wymaga od słuchacza odwagi, by zasiąść do szachownicy ze Śmiercią i wypić z nią tę gorzką herbatę. Sięgnijcie po „This Is Wild”, bo w czasach plastikowych emocji, Jay Clark i Ryan Dolen oferują nam coś rzadkiego: muzykę, która boli, ale w tym bólu przynosi najczystszą formę oczyszczenia.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce