„(…) A house, not a home, a heart made of stone, I survived you
Before I could start, you pulled it apart, I belived you
The rules that you made, how you were betrayed, I forgave you
It was not my choice, I followed your voice, I obeyed you.
Takie traumatyczne wyznanie rozpoczyna ten album. Strach, wybaczenie, skarga… Ten utwór nosi tytuł „Sanguis” (po łacinie:„Krew”) i choć zaczyna się niewinnie od wspaniałej gry klawiszy rodem z lat 70., to w chwilę później kipi, jak całe to wydawnictwo, emocjonalnym zagubieniem i brzmi niczym koszmar, który budzi nas w środku nocy nie pozwalając na dalszy sen. Wokalista grupy Green Carnation, Kjetil Nordhus, mówi o tym utworze tak: „(…) Sanguis zaprasza słuchaczy do naszych najciemniejszych wnętrz, prezentując jeden z najbardziej surowych i wrażliwych utworów, jakie kiedykolwiek napisaliśmy”. Stein Roger Sordal, basista i główny autor tekstów zespołu, dodaje: „(…) Mroczny poemat, część II: Sanguis ma jedne z najbardziej osobistych tekstów, jakie kiedykolwiek napisałem. Są tak osobiste, że musiałem wiele razy zastanawiać się nad tym, czy nie trzeba ich stonować. Ostatecznie zdecydowałem się na jak największą szczerość”. I można by powiedzieć, że podczas gdy pierwszy utwór z poprzedniego albumu – „As Silence Took You” – już muskał podobny problem, to „Sanguis”, według słów Rogera, maluje „(…) dość ponury obraz mojego dzieciństwa. Mam też wspaniałe wspomnienia z tamtego okresu, ale momentami były one bardzo mroczne. Miałem trudne relacje z ojcem, ale teraz wiem, że on miał jeszcze gorzej. Nie myślałem o tym, kiedy byłem młodszy, ale z wiekiem nauczyłem się, że zazwyczaj kryje się za tym coś więcej”. I w dodatku robi to w niezwykle przekonywujący sposób, tkając misterną sieć emocjonalnego zgubienia przetykaną bardzo rockową, metalową i sięgającą do growla i doom metalu melodią. Przez niemal dziesięć minut obserwujemy zmieniający się wraz z treścią tekstu styl tej kompozycji. Początkowe mamy swoiste vibrato z lat 70., takie nieco nostalgiczne, nieco sentymentalne z ciepłymi harmoniami, które nagle zostaje zastąpione warkotem szorstkiego wokalu niemal wykrzykującego kolejne wersy strof. Całość kompozycji rozciąga się pomiędzy tym, co jasne, bardzo spokojne, a tym, co gniewne i zdeterminowane, do wykrzyczenia całego bólu, do wyplucia z siebie wszystkich traumatycznych emocji. Strona muzyczna dopełnia pojawiający się przekaz, bądź przybierając barwy dość ostrego metalu, bądź czarując nieco zbalansowanymi rockowymi riffami.
I jeżeli „Sanguis” jest początkiem rozrachunku z przeszłością, z dzieciństwem, z mrokiem, z traumą, początkiem jasno-ciemnym, to utwór „Loneliness Untold, Loneliness Unfold” jest obrazem melancholii towarzyszącej stanowi „braku łez”, bezsilności i emocjonalnej próżni. Nie brzmi w nim żadne pocieszenie, nie wybrzmiewa żadna dobra rada, jest tylko ciemna melancholia, którą podkreśla majestatyczna gra gitary połączona ze zgaszoną linią wokalną. Brzmi majestat smutku i wycofania: „(…) Do you want to die? I had to ask because I think it’s fair I know” (Chcesz umrzeć? Musiałem zapytać, bo myślę, że to sprawiedliwe. Wiem).
Niczym nagłe uderzenie młota rozpoczyna się kompozycja „Sweet to the Point of Bitter” – rasowy progmetalowy utwór nie pozostawiający żadnej wątpliwości co do charakteru treści, które opisuje – „(…) See me with my pride and power, hear me, hear me. My glass is empty, see me without passion, passion. Frail without you, the sum of minds collide” (Zobacz mnie z moją dumą i siłą, usłysz mnie, usłysz mnie. Moja szklanka jest pusta, zobacz mnie bez nienawiści. Jestem niczym bez ciebie, zderzeniem przypadkowych myśli). Mocno progmetalowa aranżacja ciągnie tę kompozycję drogą wykrzyczanego bólu i zarazem czającej się bezradności, a wszystko to dzieje się w anturażu pośpiechu i muzycznej pogoni chcącej za wszelką cenę oddać stan duchowej niemocy spowodowanej cierpieniem.
Czwarty w kolejności utwór z tego albumu to próba muzycznego przełamania bezwładu, niechęci, smutku i melancholii. To początek muzycznego odkupienia wskazywanego przez kolejne frazy pokazujące możliwą „dobrą przyszłość” – „(…) In your mind I’m tomorrow. For your sake, I should be today” (W twojej głowie jestem jutro. Dla twojego dobra powinienem być dziś) – pokazujące możliwe zmartwychwstanie. „I Am Time” to pieśń nadziei, to pieśń o możliwej rezurekcji dobrych myśli, pozytywnych emocji, o tym, że to, co może przyjść powinno być już tu i teraz, że nie ma na co czekać. To zarazem pełna metalowo-rockowego rozmachu kompozycja zawierająca naprawdę dobry i melodyjny przekaz ujęty w bardzo piosenkowo brzmiące ramy. Można by wręcz powiedzieć, że to doskonały utwór radiowy.
Podobnie metalowo-rockowy charakter ma utwór „Fire In Ice” – przedostatnia kompozycja z tego krążka. To napędzana machiną mocnych gitar wspomaganych przez syntezatory piosenka o zagubieniu w gąszczu poglądów, opinii i bałaganie jakiego dane jest doświadczyć każdemu poszukiwaczowi własnego „ja”. Mocne, metalowe riffy dzielą piosenkowe ciało tej pieśni na pełne pasji odcinkowe opowieści o kolejnych drogach poszukiwania „życiowego porządku”. I, co ważne, tak pomieszana aranżacyjnie kompozycja jest w sumie niezmiernie melodyjna i łagodna, choć oczywiście ta łagodność nie mieści się w ramach potocznie rozumianych. To zbuntowana łagodność z ogromną siłą emocjonalnego napięcia, niemniej jednak akceptowalna jako wyraz buntu z jednej - i niepokoju - z drugiej strony.
Nie wiem czy „Lunar Tale” - utwór umieszczony na płycie jako jej zakończenie - to wyraz ucieczki od świata i jego problemów, czy też wyraz akceptacji zasad, jakie nim żądzą. Akceptacji jakby bezwolnej kroczącej w stronę podporządkowania się zasadom i regułom – „(…) Sunlight - my hideout is compromised. Late night - my demons are neutralized. It is not an excuse, this is the life I seek. And it’s painful to say, I am not here to stay” (Słońce – moja kryjówka została naruszona. Późna noc – moje demony zostały zneutralizowane. To nie wymówka, to jest życie, którego szukam. I choć ciężko to powiedzieć, to nie zostanę tu na dłużej). Muzyczna strona tego utworu oddaje jego treść. To najbardziej nostalgiczna kompozycja na tym wydawnictwie z delikatną grą fortepianu, orkiestracją i melodyjną linią wokalną. To nieco ponad pięć minut balladowej opowieści chyba jednak o rezygnacji, o niemocy, o poddaniu się melancholii i braku możliwości znalezienia drogi ku słońcu.
To jednocześnie koniec tej płyty. Koniec opowieści o „ja”, które boi się, szlocha, próbuje znaleźć swoją drogę w rozchwianym świecie opinii. To zarazem koniec drugiej części z planowanej trylogii, którą zespół Green Carnation zamierza nagrać. Do wersji bandcampowej dołączony jest jeszcze remix pierwszej kompozycji – „Sanguine” z podtytułem „Blood Ties”. Bardziej zdominowany jest on przez progmetalowy rytm zachowujący jednak melodię kompozycji pierwotnej i wydłużony o około 20 sekund.
Jeżeli ktoś nie słyszał nigdy o norweskim zespole Green Carnation, to warto powiedzieć, że ten zespół przebył ogromną drogę w swoim rozwoju. Założony w 1990 roku, zaczynał jako zespół deathmetalowy, a następnie przekształcił się w zespół progresywny z wpływami gotyckimi. Ich korzenie sięgają głęboko. Założony przez basistę grupy Emperor, Tchorta, zespół wydał pięć wczesnych wydawnictw w latach 2000. (w tym album, który bardzo polecam – „Light of Day, Day of Darkness”), a następnie zrobił sobie przerwę w 2007 roku. Zreaktywowali się tuż przed pandemią COVID-19, wydając w 2020 roku krążek pt. „Leaves of Yesteryear”, by następnie po pięciu latach przygotowań zaserwować słuchaczom pierwszą część z planowanej trylogii. Czterdziestotrzyminutowy album „A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia” to pełen klasycznych progmetalowych i wręcz bombastycznych dźwięków opisywał jakże szeroko obecny we współczesnym świecie stan melancholii. I gdy album ten jest niemal wzorcowym przykładem wydawnictw progmetalowych tak, jak starałem się pokazać wyżej, najnowsze dzieło – „A Dark Poem Part II: Sanguis” – to krok w stronę melodii crossoverowych o cięższym brzmieniu. Jednocześnie to krok w stronę… mrocznej melancholii i łagodnej majestatyczności zagłębiającej się w bardziej osobiste i przejmujące terytorium, unikające znacznej części bombastycznego impetu, który uczynił jego poprzednika tak zaskakującym albumem w niemal nieskazitelnym kanonie zespołu, któremu bliżej było do death metalu aniżeli do łagodniejszych odmian prog metalu. Ciekawe co przyniesie zakończenie tej niezwykłej, jak na ten zespół, który można porównać (przynajmniej w obecnej fazie) do Theriona, Katatonii, Opeth czy Pain Of Salvation, historii.
Green Carnation to: Kjetil Nordhus (wokal), Stein Roger Sordal (bas, gitary, klawisze), Bjørn Harstad (gitary, efekty), Endre Kirkesola (klawisze, syntezatory, organy) i Jonathan Alejandro Perez (perkusja).
