Ten album rozpoczyna świetne syntezatorowe solo, które z jednej strony komuś, kto pierwszy raz się z nim zetknie może sugerować jakąś elektroniczno-ambientową podróż w nieznane, a z drugiej - rozpoczynające się w chwilę później ciężkie riffy gitary przeplatane muzycznymi interludiami mogą przynieść skojarzenie z typowymi płytami zespołów neoprogresywnych. Ale to właśnie takie połączenie jest tym elementem, który przyciąga i każe słuchać dalej. Bo co może wyjść z takiej mieszaniny? Po prostu dziesięciominutowy utwór „The Attic” otwierający debiutancką płytę niderlandzkiego zespołu Molstone.
Ale zanim przejdziemy dalej zacznijmy od skojarzeń. Z czym, z kim (z jakim wykonawcą) kojarzy się Państwu tytuł „Master Of Ilussion”? Na pewno to album zespołu Magenta (z roku 2020), ale również jest to utwór z albumu „Masquerade Overture” (1996) grupy Pendragon. Z płyty, którą zalicza się do złotej ery muzyki neoprogresywnej. I jest to także tytuł debiutanckiego albumu grupy Molstone. Te dwa skojarzenia nie są bynajmniej (moim zdaniem) przypadkowe. Uważny słuchacz na pewno wychwyci momenty, które można porównać zarówno do melodyjnej twórczości Pendragonu, jak i nieco mocniejszych, ale wciąż naładowanych ciepłymi emocjami utworów Magenty. Być może rozpoznają Państwo także nazwisko klawiszowca i wokalisty Ziberiena Schaafa, który grał na dwóch pierwszych płytach zespołu Flamborough Head: „Unspoken Whisper” (1998) i „Defining the Legacy” (2000).
I to by było na tyle, jeśli chodzi o zgadywanki i skojarzenia bowiem kolejni członkowie zespołu: założyciel Mol Mulder na basie, Bobby Veenstra na gitarach, Klaas Hingst na perkusji i Jan Bulthuis na klawiszach nie są jednak chyba powszechnie znani. Ten kolektyw wydał płytę, która choć wpasowuje się w popularny schemat muzyczny albumów neoprogreswnych, to zasługuje na uwagę z racji ciekawych aranżacji oraz próby „pogodzenia” ciężkiego brzmienia z łagodzącymi go akordami klawiszy nadającymi całości nieco melodyjnej miękkości. To gra syntezatorów jest tym elementem, który wyróżnia to wydawnictwo spośród wielu innych. Klawisze są odpowiedzialne za tworzenie muzycznego tła, są instrumentem kreującym długie solowe pasaże, wreszcie zagęszczają brzmienie poszczególnych kompozycji nadając im ciepłego charakteru. Dzięki syntezatorom to wydawnictwo unika pułapki patetyczno-symfoniczno-quasi-operowego brzmienia, które często pojawia się na płytach zespołów z tzw. kręgu symfonicznego metalu.
O utworze „The Attic” już wspomniałem. Podobnie jest w przypadku drugiej kompozycji – „Eye Of The Storm”. Co prawda zaczyna się od mocnych riffów, ale natychmiast tę ostrość łagodzą syntezatory, wprowadzając nieco patetyczne, ale bardzo neoprogresywne aranże. Taka konstrukcja w połączeniu z wcale nie silącym się na operową manierę wokalem naprawdę brzmią interesująco. Zamiast progmetalowej „operowości” dostajemy rockowo brzmiącą linię wokalną, która może się kojarzyć z zespołami typu „Guns N’Roses”. A klawisze… No cóż, utwór należy do nich.
Chciałoby się powiedzieć: do trzech razy sztuka… Trzeci z utworów – „Bloodtrail” – to wspaniała ballada, którą rozpoczyna fortepianowe intro. Jeżeli napiszę, że to jedna z najciekawszych kompozycji z tego albumu, to czy to wystarczy za rekomendację? Proszę posłuchać, to nieco ponad cztery minuty, które udanie wpisują się w najlepsze schematy związane z takimi kompozycjami. A wartość dodana? Ostre gitarowe solo w trzeciej minucie.
„Slave To Technology” ze swoim elektronicznym początkiem to jeden z największych hitów tego krążka. Skandowany wokal niczym przepływające sygnały alfabetu Morse’a na początku, wspaniałe organy w tle i nieco hardrockowe zapędy zarówno harmoniczne, jak i wokalne, tworzą bardzo dobrze brzmiącą mieszankę muzyczną.
Majestatyczny początek, barokowo-orkiestrowe klawisze, bogate brzmienie, melodyjne solo gitary składają się na drugi z dziesięciominutowych utworów na tym albumie – „Edens Curse”. To kolejny z tych najlepszych utworów wzorowany nieco na kompozycji „Garden Of Dreams” zespołu Flamborough Head. Choć jest to tylko dalsze podobieństwo, bowiem chóry, gotyckość i orkiestrowe brzmienie wyciskają na nim specyficzne znamię będące świadectwem indywidualności kompozycyjnej. Tak, to po prostu bardzo dobry utwór.
Chór i orkiestracja pojawiają się także w utworze „Gate Of Salvation”, lecz tym razem dzieje się to po długim kołyszącym wstępie i spokojnym, narracyjnym wokalnym początku. Proszę zwrócić uwagę na grę syntezatorów budujących atmosferę dla pojawiających się gitarowych solówek i będących zarazem samodzielnym instrumentem solowym.
Siódma kompozycja z płyty, „Heavy Weight”, to utwór instrumentalny. To wolno-szybki syntezatorowy majstersztyk z solowymi wstawkami brzmiącymi w typowy dla kompozycji utrzymanych w elektronicznych stylu. To pomieszanie patosu z energetycznym brzmieniem rockowego bandu. To jednocześnie utwór-hołd upamiętniający śmierć pasierba basisty zespołu.
Kościelne dzwony, hardrockowe brzmienia, progresywne aranżacje – to mieszanka składowa utworu „Taking Me Down”. I ten wokal przypominający rockowe dokonania grupy Scorpions. Sześć minut bardzo poprawnego rockowego grania z, ale o tym już pisałem, syntezatorami budującymi każdą sekundę jego trwania.
Po rockowym biegu nagranie „Not Alone” przynosi balladowe ukojenie. Jak to w balladach: fortepian, delikatne akordy gitary i wokal opowiadający o… przemocy domowej. Delikatna opowieść zamknięta w trzyipółminutową miniaturę. Ale jak się tego słucha!
Bardzo neoprogresywnie kończy się ta płyta. „Mind Sculpture” - ostatnia kompozycja z tego krążka - kipi klawiszami wczesnego Marillion i delikatnymi solówkami neoprogresywnymi. Wokal? Przypomina szwajcarską Clepsydrę, a całość przez dziesięć minut brzmi jakby żywcem wyciągnięta z najlepszych lat neo progu. Dla takiego weterana, jak ja, to po prostu „miód na duszę”.
Oj, dużo się dzieje na tym krążku. Oj, dużo skojarzeń dostarczają kolejne dźwięki z tego debiutu. A jednocześnie nie jest to jakaś kolejna zwykła płyta neoprogresywna. Dzięki syntezatorom to wydawnictwo ma swój specyficzny posmak. Czerpie pełnymi garściami z tradycji, ale też wnosi swoiste, uzyskane dzięki wspaniałej grze klawiszy, novum. I pozostaje przy tym ciekawym albumem, który warto polecić zarówno osobom po części w dalszym ciągu pozostającym pod wrażeniem klasycznych albumów neoprogresywnych, jak i tym, którzy poszukują nowych rozwiązań muzycznych czerpiących z jakże dobrze znanych i sprawdzonych źródeł.
