Lunear - There Is Always Next Time

Rysiek Puciato

Znakiem szczególnym tej płyty jest melodyjność i łatwo wpadające w ucho utwory, które są z jednej strony bardzo ekspresyjne, i to w typie takiej serdecznej ekspresyjności, a z drugiej - łączą w sobie wiele różnorakich wątków muzycznych. I jeżeli dodać do tego bardzo profesjonalną produkcję i brzmienie, to można śmiało powiedzieć, że piąty album grupy Lunear pt. „There Is Always Next Time”, który ukazał się 27 lutego tego roku, zasługuje na wzmożoną uwagę.

Osiem utworów, pięćdziesiąt trzy minuty i wiele okazji do zasłuchania się w niezwykle „kolorowych” brzmieniach. Nie, nie ma tu pomyłki: każdy z utworów ma swój kolor, jakiś swój indywidualny połysk, który skupia uwagę słuchacza i daje okazję, by docenić kunszt zespołu.

„Tom & Colin” – pierwszy utwór wynurza swe brzmienie z otchłani. Z ciszy wznosi się do poziomu delikatnej fortepianowej kompozycji, której towarzyszy zagęszczona gra sekcji rytmicznej. A to wszystko brzmi tak łagodnie i delikatnie, że mimowolnie wprawia słuchacza w dobry nastrój, który trwa przez całe siedem minut. Nie brakuje tu oczywiście, jak w każdym utworze prog-related, zmian tempa i zróżnicowanych wątków aranżacyjnych, ale całość kołysze pogodnym rytmem czerpiącym w częściach refrenowych z bogatych zasobów rocka symfonicznego. To utwór o barwie szaro-ciemnej.

„One Day” to czysty przykład bardzo jasnego brzmienia. Może to błękit nieba? A już na pewno bardzo udana ballada z przepięknym muzycznym tłem stworzonym przez grę fortepianu zagęszczaną przez akordy organów. To błękit ucieczki od zgiełku i zmartwień: „(…) I’ll drive until my mind is clear Not knowing what I seek til it’s near / I’ll drive on, no strings attached” (Będę jechać, aż mój umysł się oczyści / Nie wiedząc, czego szukam, dopóki to nie będzie blisko / Będę jechać dalej, bez zobowiązań). I chciałoby się, żeby te pięć minut przedłużyło się niemal w nieskończoność.

„I'll Remember This” to żywa czerwień z rockowymi riffami gitary - zdecydowanymi, alternatywnymi, podkreślającymi radość z „wolności” od wszystkich ograniczeń: „(…) I can't recall when I first felt my lungs fill with fresh air / Nor when I first felt that it was more than I could bear / No memory of the first time I went to Morpheus’ realm / Nor when I first realized that I felt this overwhelmed” (Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy poczułem, jak moje płuca napełniają się świeżym powietrzem. / Ani kiedy po raz pierwszy poczułem, że to więcej, niż mogę znieść. / Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz poszedłem do krainy Morfeusza. / Ani kiedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że czuję się tak przytłoczony). I nie jestem wcale zdziwiony, że wiele momentów z tego utworu jakoś przypomina pomieszanie punkowo-alternatywnej zadziorności z kojącymi melodiami syntezatorów.

„Pool Balls” to zieleń, to wiatr rozwiewający włosy i słońce oświetlające twarz podczas szaleńczej jazdy motocyklem. To pomieszanie elektroniki z prostym i rozciągniętym solo gitary. To odzwierciedlenie życia, zderzeń atomów, ruchów planety, rodzącego się życia, to symbol zmian. „(…) Atoms collide, electrons jump / Motion occurs as particles bump / The universe in patterns, some call it fate / No prayer answered, everything’s” (Atomy zderzają się, elektrony skaczą / Ruch powstaje, gdy cząsteczki zderzają się ze sobą / Wszechświat układa się we wzory, niektórzy nazywają to przeznaczeniem / Modlitwy nie są wysłuchane, wszystko jest z góry ustalone). A gdzieś tam pośrodku jest człowiek i jego problemy.

„Rain” przez dziewięć minut uwodzi swoją szaro-niebieską barwą zachmurzonego nieba. To balladowa opowieść o oczyszczającej mocy wody - tej zamkniętej w kroplach deszczu i tej skrywającej się w kroplach łez – „(…) The raindrops running down my face / The surroundings moving at a slower” (Krople deszczu spływające po mojej twarzy / Wszystko wokoło porusza się wolniej). I do tego jeszcze delikatna orkiestracja, na tle której wybrzmiewa efektowne gitarowe solo.

„The Wilderness Within” epatuje ukrytym strachem w kolorze grafitowym. A proste mocne basowo brzmiące riffy gitary tylko dodają temu rockowego utworowi mocy, której nie łagodzą syntezatory brzmiące w tle. I powtarzający się tekst: „(…) It’s not a dream, it’s reality - a forward glace at history / It’s not a dream, it’s reality - a wilderness no one can flee” (To nie sen, to rzeczywistość – spojrzenie w przyszłość / To nie sen, to rzeczywistość – dzikość, z której nikt nie ucieknie).

„Christmas Flowers” – nie, nie ma tu bieli i złota. Jest piosenka-nostalgia za minionym światem, za rzeczywistością, która odeszła wraz z zamknięciem ostatniej kwiaciarni, ostatniego baru, wraz ze śmiercią miasteczka. Tu dominuje kolor czarny momentami tylko przeobrażający się w szarość. „(…) It all began when the florist shut his door / No one was buying his flowers anymore / Next thing we knew the post office followed / And soon after that the only doctor had to go / Our children eventually left to study, / But they never returned from the city / They found love, careers, and more, / And our home wasn’t theirs anymore” (Wszystko zaczęło się, gdy kwiaciarnia zamknęła drzwi / Nikt już nie kupował kwiatów / Następnie zobaczyliśmy, że podążyła za nią poczta / A wkrótce potem jedyny lekarz musiał odejść / Nasze dzieci w końcu wyjechały na studia, / Ale nigdy nie wróciły z miasta / Znalazły miłość, karierę i wiele więcej / A nasz dom już nie był ich). To pieśń o świecie, który odszedł, o świecie dzieciństwa, o świecie z „czasów dawnych”, zaaranżowana w bardzo epicki i melodyjny sposób, taki z pogranicza neo progu. To prawie piętnaście minut opowieści o zamierzchłych i wcale nie zamierzchłych czasach, opowieści o tym, co się dzieje teraz, gdzieś obok, o zmianach, których nie można chyba zatrzymać. O tym, że spotykamy się raz w roku, na Boże Narodzenie, bo to taka tradycja, bo to jedyna możliwość, bo to jedyne rozwiązanie, bo… tak to już jest.

„Next Time” – zawsze przecież jest jakiś następny moment… Wystarczy gitara akustyczna i głos, by zaśpiewać, że „(…) But there's always next time / Yes, there will always be next time” (Ale zawsze będzie następny raz / Tak, zawsze będzie następny raz). Czasami prosta aranżacyjnie opowieść wystarczy, by opowiedzieć o nadziei, o tym, że będzie dobrze, że się uda. Takie jest zakończenie tego krążka. Ostatni utwór pełen jest niegasnącej nadziei. Taki multikolorowy. Na zakończenie, które się nie kończy…

Taka jest ta płyta. Pełna melodii, jakiejś zadumy i jednocześnie prostoty. Nie ma tu ani jednego nieprzemyślanego dźwięku, ani jednej zbędnej linijki tekstu. Jest tu natomiast dużo podskórnej nadziei na to, że wszystko jednak będzie toczyło się dobrymi ścieżkami, że wszystko będzie miało swój pozytywny ciąg dalszy. Taką właśnie płytę chciałbym Państwu polecić właściwie (a przynajmniej taką mam nadzieję) na przednówku wiosny.

Lunear to francuska grupa, w skład której wchodzą: JP Benadjer (gitary, bas, wokal), Seb Bournier (perkusja, wokal) i Paul J.No (wokal, klawisze). „There Is Always Next Time” to już ich piąty album. Tak na marginesie, to polecam jeszcze ich poprzednie wydawnictwo pt. „From Above” z 2024 roku (patrz też ich Bandcamp). W tym wypadku powiedzenie, że zawsze przecież będzie jakiś następny moment nie zadziała, bo to płyta na tu i teraz.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce