Choć „odkryliśmy” (dzięki wytwórni Apollon Records) ten zespół stosunkowo niedawno, to trzeba wiedzieć, że The Violent Years funkcjonuje na norweskim rynku muzycznym już od ponad 20 lat. Jest mi miło poinformować, że 10 kwietnia br. norweskie combo powróciło z nowym albumem zatytułowanym „Blizzard / Sunshine”. Z muzycznego puntu widzenia jest on stylistyczną kontynuacją tego, z czym mieliśmy do czynienia na poprzednim krążku, „Via Antarctica” (2019). The Violent Years zawsze wyróżniał się fundamentem głęboko osadzonym w tradycji amerykańskiego rocka i melancholijnego art popu, czego doświadczyliśmy chociażby najpierw na EP-ce zatytułowanej tak samo jak nazwa zespołu, a potem na chwalonych przez krytyków albumach: „Trying to Get Over” (2012) oraz, recenzowanych na naszych łamach, „I Blame You And You Blame Me” (2018) i wspomnianym już „Via Antarcticę” (2019).
Album „Blizzard / Sunshine” porusza różne aspekty miłości – od rozpaczliwej tęsknoty po ciche pojednanie. Teksty pozwalają tytułowym zamieciom i blaskom słońca, a także morskim falom i letnim ogrodom odzwierciedlać wewnętrzne nastroje towarzyszące temu często trudnemu, a czasem skomplikowanemu uczuciu. Są ilustracją konkretnych momentów w życiu bohaterów poszczególnych piosenek, nadając im tym samym głębi i wyrazistości. Ten album to jedna wielka opowieść o utracie równowagi, o poszukiwaniu światła w ciemności, o szukaniu sensu, gdy opada euforia towarzysząca żywym jeszcze niedawno uczuciom. W rozpiętości między zimnem a upałem, zamiecią a słońcem, jasną i ciemną stroną życia, album przedstawia stonowaną, dojrzałą i głęboko ludzką ekspresję, która na długo zapada w pamięć po ucichnięciu ostatniej nuty każdej z wypełniających jego program piosenek.
A jest ich dziesięć: dziesięć stonowanych piosenek, pełnych zadumy, tęsknoty, refleksji, melancholii i nostalgii. Tak, cały album jest stonowany, wyważony, głęboko przemyślany. Delikatne partie fortepianowe i ciepła, refleksyjna instrumentacja stanowią podstawę dla wielowarstwowych gitarowych faktur, a rytmy utrzymane są w kontemplacyjnym nastroju. Aranżacje przywołują uczucie nostalgii, łącząc subtelną dynamikę z momentami cichego napięcia, co ilustruje sentymentalny charakter tekstów. Linie wokalne są bardzo spokojne i wyważone, oddają zarówno wrażliwość, jak i cichą mądrość płynącą z różnych – dobrych i złych - doświadczeń.
Pierwszym singlem towarzyszącym płycie „Blizzard / Sunshine” był utwór „Come To Me Lover”. Doskonale oddaje on charakter całej płyty. Ucieleśnia ponadczasowe poczucie tęsknoty i więzi. Łączy w sobie duchową intymność ze szczerością artystycznej wypowiedzi. Odzwierciedla tematy miłości, przyjaźni i refleksji. Rezonuje ze słuchaczem zarówno jako prywatne wyznanie bohatera, jak i wspólne, uniwersalne, po prostu ludzkie, doświadczenie, i pokazuje siłę zespołu w tworzeniu utworów, które wydają się jednocześnie bezpośrednie, jak i przepełnione uniwersalną mądrością.
Nagrania zostały zrealizowane z dbałością o fakturę, produkcja pozwala każdemu elementowi – fortepianowi, gitarze i wokalowi – swobodnie oddychać, tworząc przestrzenny, a zarazem spójny i wielobarwny, choć przez cały czas utrzymany w melancholijnym klimacie, pejzaż dźwiękowy. Nowy album The Violent Years to ewidentny dowód na to, że norwescy muzycy (grupę tworzą: Kenneth Bringsdal, Lars Erik Humborstad, Jack van der Hagen, Eivind Thorsvik oraz Kjetil Sjølingstad) wciąż potrafią we wspaniały sposób łączyć głębię narracji z subtelnym muzycznym wyrafinowaniem i oferować refleksyjne, emocjonalne klimaty i kontynuację cichej, ambitnej artystycznej podróży zapoczątkowanej na poprzednich płytach zespołu.
Ten kunsztownie opracowany i wycyzelowany muzyczny zestaw brzmi z jednej strony w sposób bardzo wysmakowany, a z drugiej - jest po prostu piękny w odbiorze. Niezależnie od tego, czy chodzi o singiel „Come To Me Lover” czy o subtelną orkiestrową balladę „Light In Here”, jest na nim kilka perełek („Heart And Soul”, „The Calling” kompozycja tytułowa czy chociażby trwająca zaledwie 90 sekund miniaturka „Our Love”), a muzyka The Violent Years płynie sobie spokojnie niczym cicha, czysta rzeka.
Cicha, swobodna, kameralna melancholia…
