Czy nazwisko Juliusz Verne coś Państwu mówi? Dla mnie to niemal symbol bardzo wczesnej młodości. To wypieki na twarzy podczas czytania „20.000 mil podwodnej żeglugi”, „Tajemniczej wyspy”, „Dzieci kapitana Granta” czy wreszcie „W 80 dni dookoła świata”. To pierwsze spotkania z niesamowitymi historiami, brawurowymi ucieczkami, fantazją, przygodą. To wreszcie początek tzw. literatury fantastycznej. I choć ciągle pamiętam wiele szczegółów z tych powieści, to jest jednak kilka (a chyba nawet kilkanaście), o których nic nie wiem, o których nie wiedziałem. Jedną z nich jest „Zamek w Karpatach” – książka wydana po raz pierwszy w 1892 roku pod oryginalnym tytułem „Le Château des Carpathes”. Akcja powieści rozgrywa się w dalekiej Rumunii, w pobliżu pewnej wioski, gdzie wśród karpackich gór stoi tajemniczy zamek. Budzi on grozę w okolicznych mieszkańcach, podsycaną jeszcze przez mroczne legendy. Ludzie jeszcze bardziej zaczynają się bać zamku, kiedy pewnego dnia zauważają, że wydobywa się z niego dym. W końcu tajemnicę zamku postanawia wyjaśnić Nicolas Deck, młody leśniczy, który wraz z doktorem Patakiem wyrusza na wyprawę mającą na celu wyjaśnienie niezwykłych wydarzeń związanych z niepokojącą budowlą. Taką historie można wyczytać z książki, a jej muzycznym „odpowiednikiem” jest najnowszy, dziesiąty już, album niemieckiego zespołu Nautilus pt. „A Castle Full Of Secrets”.
Dwa lata po wydaniu poprzedniego albumu – „When Time Is Just A Word” – Nautilus powraca i to powraca w typowym dla siebie i bardzo ciekawym dla słuchacza stylu. Istniejący od 1998 roku jako duet elektroniczny założony przez Martina Ludwiga i Ralfa Obela zespół przechodził wiele różnych zawirowań personalnych, by w końcu doczekać się uznania ze strony publiczności i krytyków wydając w 2000 roku swój trzeci w kolejności album pt. „Solar Moon”, który został uznany w Niemczech za najlepszy album roku. Od tego czasuzaczyna się zwrot ku muzyce progresywnej i akustycznej w przeciwieństwie do typowo elektronicznej charakteryzującej wcześniejsze wydawnictwa. Progresywną „kropką nad i” jest krążek „In Search of Castaways” z 2004 roku. A później… A później są już dobrze znane albumy, jak choćby trzy ostatnie: „The Mystery of Waterfalls” (2020), „A Floating City” (2022), czy wspomniany „When Time Is Just A Word” (2024). I choć określa się tą grupę jako tygiel Tangerine Dream, Pink Floyd, Klausa Schulze, a nawet Ash Ra Tempel, to bynajmniej nie jest to dla samej muzyki żadną ujmą, bowiem pomimo nawiązań i skojarzeń ma ona swój bardzo charakterystyczny elektroniczno-akustyczny styl, do którego lepiej pasowałoby chyba określenie „szkoła berlińska” - szersze i jakoś tak lepiej oddające jej delikatno-medytacyjne brzmienie niepozbawione jednak ostrzejszych, gitarowo-syntezatorowych momentów.
A najnowszy album to swoista rozkosz dla ucha, szczególnie do fanów szeroko pojętej muzyki elektronicznej i… ‘prog-related’. Progresywny zwrot, o którym była mowa wyżej, w przypadku tego wydawnictwa zaznaczony jest poprzez wciągającą, neoprogresywną grę gitary elektrycznej. Szereg dość długich i w miarę łagodnych pasaży gitarowych podkreśla i akcentuje tym razem narracyjne wątki muzyki. Nowe wydawnictwo to w większości płyta instrumentalna lub instrumentalna z dodatkiem kilku fraz śpiewanych. To znak szczególny Nautilusa. Poprzednie wydawnictwa także utrzymane są w podobnym instrumentalnym lub instrumentalno-szeptanym stylu. I może dlatego można z zawartymi na nich utworami spędzać całe dni. Mogą być muzyką tła, mogą być pokazem umiejętności aranżacyjnych zespołu, mogą być odpoczynkiem, letnim powiewem łagodnej bryzy, ostatnim promieniem słońca, księżycem nieśmiało wspinającym się na nieboskłon, fascynującą opowieścią czytaną w świetle latarki... Mogą być wszystkim, czego sobie tylko słuchacz wymarzy. Ich konstrukcja pozwala na wiele marzycielskich rozwiązań - od szalonych przygód gdzieś na krańcach świata począwszy, poprzez kosmiczne podróże, do najbardziej niesamowitych przygód i bohaterskich czynów. Mogą być podróżą do świata wspomnień, podróżą przez czas, podróżą do krainy marzeń tych niespełnionych i tych zapomnianych. Odkryciem głęboko zapomnianych myśli na tematy ważne i te prozaiczne.
To płyta pełna sekretów, sekretnych dźwięków, tajemniczych muzycznych wskazówek. Odgłosów wyjących wilków, głosów bajkowych postaci, szelestu kroków, podmuch wiatru, szaleńczego tańca wróżek. To historie wampirów, śpiących księżniczek, proroczych wizji i bajkowych tajemniczych ogni na łące o zmierzchu.
To album poukładany z ambientowej lekkości, kołyszących narracji i melodyjnych aranżacji. Bez silenia się na wyjątkowość i udziwnione eksperymentalne zapędy twórców. To krążek samonapędzającej się opowieści marzyciela wyrażonej w prostych riffach i akordach syntezatorów.
To wreszcie wydawnictwo o czystych dziecinnych marzeniach. O snach dorastającej młodzieży i wspomnieniach tych nieco starszych słuchaczy. To album dla każdego na każdą porę. I za to wszystko lubię wydawnictwa sygnowane nazwą Nautilus.
To prawie sześćdziesiąt dziewięć minut muzyki przygotowanej przez panów Jürgena Dürrbecka (syntezatory), Martina Ludwiga (klawisze, syntezatory, sample), Meiko Weigela (wokale, bas), Wernera Strätza (e-gitary) z gościnnym udziałem Elmar Darimont (wokal).
Przy tej muzyce można marzyć i śnić… Gwarantuję!
