mlwz - edunitsky - banner - facet

Armia - Legenda

Dariusz Maciuga

1988 był dla Tomasza Budzyńskiego rokiem, w którym, jak każdy przykładny młody obywatel Polski Ludowej, miał zgłosić się do miejscowego WKU celem powołania do armii (ludowej rzecz jasna). Jednak Budzy nie miał zamiaru być przykładnym obywatelem tworu zwanego PRL, więc coś z tym faktem, chcąc nie chcąc, musiał zrobić. Wraz z armijną załogą postanowił osiedlić się na jakiś czas na Mazurach. Wyszło znakomicie: zamieszkali we wsi Stanclewo, gdzie mieli do dyspozycji pięćdziesiąt hektarów ziemi z czterema domami, które należały do znajomego Roberta Brylewskiego – Marcina Millera. Do tego otoczenie dzikiej przyrody, cisza przerywana jedynie odgłosami lasu, niezmącony niczym spokój, można rzec: jak w Shire... Jeśli do tego dołoży się nowy sprzęt do nagrywania i małe studio o wdzięcznej nazwie Złota Skała, to dla muzyka zafascynowanego literaturą Tolkiena są to warunki idealne do spędzenia tam nawet całego życia. Bez dwóch zdań sielanka.

W takich właśnie okolicznościach powstawała „Legenda” - druga płyta Armii. I właśnie te warunki panujące podczas procesu tworzenia muzyki, przesiąknięte aurą baśniowości, tajemniczości i swego rodzaju mistyki, wpłynęły w sposób zasadniczy na ostateczny wydźwięk albumu. Słowo „mistyka” nie jest tu przypadkiem, ponieważ niedługo po wydaniu płyta została doceniona przez samego Jerzego Prokopiuka, a teksty określone mianem „poezji gnostyckiej”. Nie mija się to bynajmniej z prawdą, gdyż sam Budzyński też tak je postrzegał. Zresztą mówiąc konkretniej - liryki te są bezpośrednim wynikiem fascynacji lidera gnostycyzmem, poezją Rimbauda, Becketta a także chrześcijaństwem i rycerstwem średniowiecznym, o czym sam autor często wspomina zarówno w wywiadach, jak i w dużej mierze w swej autobiograficznej książce „Soulside Story”.

Ta metafizyczno – baśniowa otoczka dotyczy też samej muzyki. Uwydatnia ją absolutnie rewelacyjne, przestrzenne brzmienie, które po raz kolejny pojawiło się dopiero na ostatnim wydawnictwie, czyli po niemal 35 latach. Ponadto muzyka charakteryzuje się wielowymiarowością i bogatą dźwiękową ornamentyką. Dominuje gitarowa ściana dźwięku, ale jest to tylko wrażenie pozorne. Jest to tylko pierwsza warstwa, pod którą kryje się spora ilość ciekawych rozwiązań brzmieniowych, żeby wspomnieć tylko dodatkowe dźwięki gitar akustycznych („Przebłysk 5”, „Opowieść zimowa”), brzmienia naśladujące śpiew ptaków, klawiszowe tła („To moja zemsta”) i niesamowite pogłosy („Gdzie ja, tam będziesz Ty”). Choć trzeba też zaznaczyć, że zabieg kreowania wielowarstwowości muzyki Armia stosuje z powodzeniem do dziś, chociaż nie takim stopniu, jak na „Legendzie”. I chwała im za to, bo dzięki temu muzyka staje się bardziej wyrafinowana i zróżnicowana. Ponadto tym, co mocno ubogaca tę płytę jest jej klimat, który można zilustrować tylko słowem: „zima”. Okazuje się, że jest to skojarzenie jak najbardziej trafne, bo płyta powstawała w dużej mierze o tej porze roku. Kto wie? Może „w pewną zimową noc...”? W istocie to właśnie wtedy słuchanie tej płyty dostarcza najlepszych wrażeń, lepszy staje się jej odbiór i łatwiej się w nią wsłuchać. Przedostatnim elementem, który charakteryzuje muzykę albumu jest perkusja. I nie chodzi wcale o jej brzmienie, ale o to, co robi za jej pomocą świętej pamięci Piotr „Stopa” Żyżelewicz. Za opis tych wyczynów niech posłuży stwierdzenie Budzyńskiego, że większość następnych perkusistów Armii miała naprawdę spore problemy z powtórzeniem tych zagrywek na koncertach (a uczniowie, czy nowicjusze to przecież nie byli). No i na koniec zostaje instrument, który jest po dziś dzień tym, bez którego Armia nie byłaby Armią. Mowa oczywiście o nieśmiertelnej waltorni Banana. Jaki jest efekt jej zastosowania, można łatwo sobie wyobrazić, ale na tym albumie, w połączeniu z pozostałymi brzmieniami, jest to po prostu niewyobrażalny monumentalizm i symfoniczność, które są obecne zasadniczo we wszystkich utworach.

Na koniec trzeba wspomnieć o kwestii pozadźwiękowej, czyli okładce (a raczej ogólnie o oprawie graficznej). Choć tak naprawdę to w muzyce rockowej dźwięk, obraz i słowo są ze sobą ściśle połączone*. Chyba mało kto nie kojarzy motywu śpiącego Don Kichota z klasycznym logotypem zespołu powyżej, ale uwagę przykuwa surowość całej grafiki, a jednocześnie jej spory artyzm. Jest to rezultatem tego, że Budzyński stworzył ilustracje z powycinanych i odpowiednio zmontowanych zdjęć z książki „Kultura średniowiecznej Europy” Le Goffa (choć trzeba dodać, że dopiero drugie wydanie w Ars Mundi uznał za zadowalające pod kątem jakości papieru i druku). Efektem jest oprawa graficzna, która wspaniale uzupełnia dwa pozostałe elementy rockowego komunikatu, czyli dźwięku i słowa.

Czy zatem w oparciu o wszystko, co tu napisałem można uznać „Legendę” za najlepszą płytę Armii? Nie da się odpowiedzieć jednoznacznie, choć na pewno należy do panteonu. Bez wątpienia jest to album unikalny, niesztampowy i bardzo indywidualny względem pozostałych. Zdecydowanie „Legenda” jest… legendą i warto z nią obcować, ale też najważniejsze jest to, żeby starać się nie porównywać jej z resztą płyt zespołu. Trzeba ją traktować jako element pewnej całości, którą jest dyskografia Armii.

* W ciekawy sposób wykazuje i uzasadnia to Marcin Rychlewski w książce „Rewolucja rocka. Semiotyczne wymiary elektrycznej ekstazy”.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce