Długo można by dyskutować na temat: co jest motorem napędowym ludzkich działań? W zależności od najprostszych i najprymitywniejszych instynktów i zachowań i tych najbardziej wyrafinowanych i wysublimowanych, odpowiedzi byłyby tak różne, jak to tylko jest możliwe. Pieniądze, sława, popularność, dobrobyt, powodzenie… i ta wymienianka mogłaby trwać i trwać. Rzec by można: co człowiek to inna odpowiedź. Ale spróbujmy na moment powrócić do, być może, staromodnego powiedzenia, że miłość może wszystko, że napędza nasze działania i jest niezwykłym motorem, który działa jako inspiracja do pokonywania trudności, osiągania celów, tworzenia i poświęceń, ale też może prowadzić do skrajnych emocji, tragedii czy rozpaczy, w zależności od kontekstu. Nie wiem, czy taka przyczyna działań ludzkich jest obecnie popularna i „wszechobecna”, ale proszę pozwolić, że na czas czytania tej recenzji przyjmą ją Państwo jako „prawdziwą”, „ważną” i „rzeczywistą”. Dlaczego? Bo płyta, do wysłuchania której chciałbym zachęcić, jest co najmniej niezwykła, inna i po ostatni dźwięk zanurzona w specjalnym, nieoczywistym świecie wspaniałych melodii, złożonych faktur harmonicznych, nietuzinkowych aranżacji zawierających egzotyczne akcenty średniowiecznych intonacji, symfonicznych wzlotów i wszystkiego tego, co dostarcza rock progresywny w jego włoskim wydaniu. Ta płyta to otwarta partytura, która próbuje odsłonić przez swoje bogactwo dźwiękowe świat miłości w jej różnych wymiarach, jakościach i odsłonach. To niemal pięćdziesiąt minut intrygującej i urzekającej podróży zmierzającej do źródła pojmowania tego, co czasami dzieje się w nas samych, co obserwujemy dookoła nas, co próbuje wydostać się na zewnątrz nas w chwilach uniesień, łzy w oku i jakby bezwolnego westchnienia. To po prostu płyta studyjnego projektu włosko-australijskiego pisarza i kompozytora Leonarda Pegoraro stworzona we współpracy z Matteo Riccim, muzykiem i inżynierem dźwięku w „Studio 77” w Genui pod kierownictwem artystycznym Fabio Zuffantiego (Finisterre, La Maschera di Cera, Höstsonaten) - kluczowej postaci współczesnej włoskiej sceny rocka progresywnego.
To po prostu płyta projektu RaraOvis pod tytułem „Ne sveleremo l'essenza” (w nieporadnym tłumaczeniu na język polski: „Ujawnienie istoty”). Pięć kompozycji zawartych na tym albumie to wysublimowana i niezwykle dialektyczna droga próbująca odsłonić istotę miłości w jej różnych wymiarach. To koncepcyjny album przekształcający temat miłości w podróż podzieloną na pięć etapów (pięć utworów, w tym, na sugestię i pod nadzorem Zuffantiego, ostatnia, długa, dwudziestodwuminutowa, finałowa suita), które opisują uczucie miłości od jego pierwotnego fizycznego kontekstu przez to, co nazywamy „nieodwzajemnionym zauroczeniem”, czy dalej: „wieczną namiętnością” aż do filozoficznej próby zdefiniowania jej istoty. Wybór gatunku nie jest przypadkowy: natura progresywnego rocka, z jego kontrastującymi, ewoluującymi i przekraczającymi granice tematami, muzycznie odzwierciedla ścieżkę samego Erosa.
Utwór numer jeden - „Primi passi” (”Pierwsze kroki”) ze swoim niezmiernie cichym i łagodnym początkiem jest jakby wstępem, który porusza delikatnymi wokalami. Flet, fortepian, gitara i dwie linie wokalne, które przez ponad połowę czasu trwania tej kompozycji kreują atmosferę cichej i rozmarzonej opowieści o czymś nieuchwytnym i intymnym, by w ostatniej minucie przypomnieć, że to jedynie marzenie, że to jedynie pierwsze kroki, że wszystko jeszcze przed nami.
Utwór numer dwa – „Sento calore” („Czując ciepło”) - to początkowe improwizujące dźwięki fortepianu, rozedrgane, niespokojne… Niezrozumiałe dla samych siebie. Są wspaniałym wstępem do duetu wokalnego, który niby śpiewa te same słowa, a jednak pokazuje dwa różne światy, dwa różne rozumienia porządku miłości: męski i żeński.
Wśród głosów solowych, czasem naprzemiennie, a czasem nakładających się na siebie w harmonijnym dialogu słychać Fabio Cintiego, jednego z najbardziej eleganckich i wyrafinowanych włoskich piosenkarzy i autora tekstów - Franco Battiato oraz Irene Manca - obiecującą młodą genueńską wokalistkę o czystym i intensywnym głosie, potrafiącą modulować swoją ekspresję między lekkością a siłą. Klarnet, fagot i flet tworzą prostą, ale jakże dostojnie brzmiącą melodię. Skrzypce i wiolonczela dodają wokalnemu duetowi teatralno-operowego wymiaru, przywodząc na myśl rodzaj arii, która w sposób wcale nie operowy wyśpiewuje kłębiące się uczucia.
Utwór numer trzy – „Luci a mandorla” („Migdałowe światła”) - to na wskroś poważnie brzmiąca kompozycja, której tematem przewodnim jest zauroczenie i rodząca się miłość. Stąd może bardzo narracyjny ton fortepianu i wokal, którym towarzyszą skrzypce i orkiestrowo brzmiący zespół. To orkiestrowe brzmienie napędza kompozycję i nadaje jej progresywny sznyt, a sekcja smyczkowa bardzo to wszystko udelikatnia, tworząc ostatecznie klasycznie brzmiącą miniaturę muzyczną. Mieszanka elementów muzyki klasycznej z dobrze znanymi pasażami progresywnymi zdaje egzamin, mieszając konwencje i nastroje oraz, co najważniejsze, pozwala na pięciominutowe obcowanie z szalenie ładnie brzmiącą klasycyzująca kompozycją.
Utwór numer cztery – „I contorni dell'alba” („Kontury świtu”) - to spokojna, niemal neoklasycystyczna piosenka ze znanym z wcześniejszych utworów duetem wokalnym. To jednocześnie bardzo progresywny, w dobrze znanym włoskim stylu, utwór, w którym do głosu dochodzą organy i jest dużo miejsca na ich solowe popisy. Zmienia się także tempo. Znika, wraz z nastaniem świtu, intymność. Pojawia się rytm, tempo, głośniejsza i bardziej zdecydowana orkiestracja i tylko momentami do głosu dochodzi delikatne, „płaczące” i improwizujące solo fortepianu. Nadchodzi świt, przychodzi codzienność, znika skrywający nieśmiałość cień… tak, jak to bywa w realnym życiu.
Utwór numer pięć – „Ne sveleremo l'essenza” („Ujawnienie istoty”) - to dwudziestodwuminutowa kompozycja tytułowa. To przedziwna mieszanka stylów. Operowe libretto, klasyczna instrumentalizacja, przemienne wokale, wyraźna perkusja, a oprócz nich flet, skrzypce i momentami ostrzejsza gitara. Na uwagę zasługują modulowane linie wokalne, które przenikają się i pozostają w stałym dialogu tworząc quasi-klasyczne konstrukcje przeplatane iście kansasowskimi skrzypcami. Nie jest to kompozycja prosta. Jej zależność od improwizacji, klasycznego polotu i nieco eksperymentalnych linii sekcji rytmicznej nie pozwala na przypisanie do jakiegokolwiek konkretnego stylu. Do tego stylowego pomieszania dochodzą jeszcze całkiem dobrze znane dźwięki progmetalowe przełamywane dziwną orkiestracją wzorującą się na zespołach dixielandowych. Słowem, słuchacz ma tu pełne „uszy roboty”, ale też to wynajdywanie poszczególnych „smaczków” sprawia, że całość, zmuszając do ciągłej uwagi, niezmiernie wciąga. Nie obiecuję, że polubią Państwo ten utwór podczas pierwszego przesłuchania, pewnie i drugie nie zmieni tej sytuacji, ale przecież wytrwałość czyni mistrza, a tej tutaj naprawdę potrzeba.
Zwykle mówi się, mając na myśli włoską odmianę rocka progresywnego, że jest ona przesączona grą bombastycznych organów, że czerpie z klasycznego metrum, że nieco „podlizuje się” utworom operowym, że korzysta z klasycznie brzmiących wokali. Na tej płycie wszystko to jest i jest jeszcze więcej. Wydaje mi się, że jest ona skierowana do węższego grona odbiorców, którzy poszukują nie tylko muzyki niejednoznacznej i nieoczywistej, ale chcą zmierzyć się z muzyką zawierającą wiele elementów eksperymentalnych i nietuzinkowych. „Ne sveleremo l'essenza” to w pełnym tego słowa znaczeniu płyta typu ‘crossover’. I to właśnie czyni ją godną uwagi. A poza tym zawsze warto w swych muzycznych wędrówkach zahaczyć o coś, co może nie przypadnie do gustu, ale pozwoli szerzej przyjrzeć się wielorakim drogom powstania muzyki, jej zróżnicowanego kształtu i poszerzyć swoje tzw. horyzonty poznawcze. I choć zabrzmiało to nieco dydaktycznie, to może jest w tym jakieś „drugie dno” warte poznania?...
W pracy nad tym wydawnictwem brało udział aż trzynastu muzyków na co dzień grających w bardzo różnych zespołach. Wśród instrumentów, oprócz tych tradycyjnych dla muzyki rockowej, słychać flet poprzeczny, skrzypce, altówkę, fagot, pianoforte, klarnet…, a całość to, że powtórzę, bardzo „crossoverowy” krążek na muzycznej scenie w tym roku. Jeśli dokonają Państwu rozbioru nazwy zespołu – RaraOvis - na dwie części, to okaże się, że mamy do czynienia z „białym krukiem” (rara ovis). I taka właśnie ta płyta jest...
