Humanoid to słowo o złożonej etiologii. Po łacinie „humanus” oznacza „ludzki”, z kolei drugi człon pochodzi z greki. „Eidos” to „wygląd”, „postać”. W skrócie humanoid określa każdy byt, którego kształt ciała przypomina ludzkie. Ten przedziwny termin obejmuje więc ssaki naczelne, jak i mityczne istoty czy sztuczne organizmy (androidy). W wielu dziełach literatury, muzyki czy filmu, bohaterowie darzyli uczuciem te niesamowite istoty. Wystarczy wspomnieć romantyczne uczucie Ricka Deckarda do Rachel w filmie Ridleya Scotta „Blade Runner” z 1982 roku, który powstał na motywach powieści „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” autorstwa Philipa K.Dicka, czy miłość Jake’a Sully do mieszkanki planety Pandora Neytiri z dzieła Jamesa Camerona „Avatar”.
Taka tematyka pojawiła się też na nowym albumie zespołu Karmamoi pt. „Eternal Mistake”. Zacytuję słowa opisujące scenariusz tej muzycznej opowieści: „Eternal Mistake” jest historią o miłości, lecz nie taką, jakiej oczekujemy. To opowieść o człowieku i humanoidzie, dwóch duszach przekraczających wszelkie granice logiki, poszukujących czegoś prawdziwego w świecie pełnym elektroniki, kodów i niedoskonałości. Album mówi o tym, co się dzieje, gdy emocje spotykają się z rozsądkiem, kiedy empatia zderza się z rzeczywistością, a serce uczy się, że błędy mogą być piękne.
Muzycy grupy Karmamoi to mistrzowie historii niesamowitych, czarownych i niezwykle ciekawych. Potrafią malować dźwiękiem kadry swojej opowieści. To doświadczeni artyści. Zespół powstał wiele lat temu, w 2008 roku w Rzymie. Jego dyskografia obejmuje osiem albumów studyjnych: „Karmamoi” (2011), „Odd Trip” (2013), „Silence Between Sounds” (2016), „The Day Is Done” (2018), „Room 101” (2021), „Strings From the Edge of Sound” (2024) oraz tegoroczny, „Eternal Mistake”, (premiera: 17 kwietnia 2026r.).
Obecny skład to: założyciel grupy Daniele Giovannoni (perkusja, instrumenty klawiszowe, wokal), Valerio Sgargi (wokal prowadzący, instrumenty klawiszowe, gitara), Alex Massari (gitara) i Alessandro Cefali (bas). Na „Eternal Mistake” wystąpili też znakomici goście: Adam Holzman (fortepian, elektryczne pianino, Moog w utworze „Hero”), Randy McStine (gitarowa solówka w „Nothing But”), Susanna Brigatti (wokal w „We Are Going Home”) i Gabriele Giovannoni (głos w „Regrets”).
Muzyka, warstwa liryczna, aranżacja i produkcja to wspólne dzieło duetu Valerio Sgargi - Daniele Giovannoni. Miks i mastering jest zasługą Fabio Ferri z Millenium Audio Recording w Rzymie. Autorem szaty graficznej jest Joel Barrios. Album był nagrywany w Mediolanie i Rzymie od listopada 2024 do grudnia 2025 roku. Wypełnia go trzynaście utworów, trwających niewiele ponad godzinę.
Początek albumu ukrywa mrok i czas zamieniony w szarą garść popiołu, w nostalgię, łzy deszczu i smutną narrację. Głos należy do Gabriele Giovannoniego. Jest rysą na szkle, obrazem sklejonym z porcji dźwięków i ponurych odcieni klawiszy, scenariuszem wtopionym w apokaliptyczny pejzaż świata przyszłości. „The Regrets” może kojarzyć się z magicznym wstępem do filmu „Dune” Davida Lyncha. Wypowiedziane słowa niepokoją swoją treścią, ukazują posępna wizję tego, co już się jest i stanie się przeznaczeniem:
„And now, now that we are on the bound of destruction. We can see the face of our end. Piles of ash of crimes made over the ages will bury us, but we are still not learning. Why? Why do we keep on drifting to the shocking time when the ashes will drop on us like tears of desperate regrets. It will be too late, too late, too late…”.
„Lara Is Your Name” jest prawdziwym początkiem historii o miłości w „czasach zagłady i niepokoju”, o uczuciu mężczyzny do kobiety, która jest humanoidem. Niepowtarzalny klimat tej kompozycji tworzy doskonała harmonia pomiędzy tenorem Valerio Sgargi, a miękką pracą instrumentów. Nawet solówka gitary jest eteryczna, wtopiona w rozmarzone tło. Narastające uczucie, fascynacja i świadomość sytuacji, która wymyka się spod kontroli, poraża bohatera swoją nieprzewidywalną mocą.
„Unbroken feelings of creeping waves on my skin. You dim me, while you’re getting closer. Reassuring words. You tied my senses up to your winking eyes, to your illusion smile. Shuffing me inside your vibes blowing my life…”.
W „Don’t Knock On The Door” poszczególne kadry opowieści nabierają mrocznych, fatalistycznych odcieni. Muzyka faluje w oceanie zmierzchu, tętni niepokojem, wiruje ciemnością w rytm basu i perkusji. Gęste riffy mierzą się z wokalem i brzmieniem klawiszy.
„I Am Not On Your Side” to czysta energia, skomponowane z zeppelinowskim blichtrem ogniste boogie. Struny gitar napinają się do granicy pęknięcia, sekcja rytmiczna emanuje ogniem, rytm buduje twardy fundament, a linia wokalna splata wszystko w jedność. Zmiany tempa, synkopy, zaskakujące frazy i dynamika są w tym utworze jak erupcja Mauna Loa.
„Nothing But” to dziesięciominutowa suita z gościnnym udziałem Randy’ego McStine’a. Stonowane chórki i sekcja rytmiczna nadają otoczkę tajemniczości, cudowne frazy gitary wbijają w fotel, a głos Valerio prowokuje swoją mocą i oryginalnością. Solówki Randy’ego rozkwitają jak kwiaty, unoszą się lekko, tryskając fontanną brzmień i rozbłyskając światłem. Valerio ponownie ukazuje swój ogromny potencjał. To jeden z najciekawszych głosów w muzyce progresywnej.
„The Mirror” jest niczym scena z „Upiora w operze” Andrew Lloyda Webbera. Naszego bohatera ogarnia melancholia. Zastanawia się nad przedziwnym uczuciem, jakie zakuło jego serce w kajdany pożądania. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z absurdu sytuacji, w jakiej się znalazł. Bajeczny głos Valerio przenosi słuchacza do klasycznego świata muzyki ukrytego pod sklepieniem teatru, wśród rzeźb, fresków, aksamitów i luster. Są tu chwile refleksji i rodzących się pytań:
„I look into the mirror of fate. I fail to recognize myself. What remains is a blurred duplicate of who I am now…”.
Czym jest dusza, czy naprawdę istnieje, kto ją posiada i czy można ją utracić? - to pytania, na które trudno uzyskać odpowiedź, szczególnie gdy świat, który nas otacza, jest pełen sprzeczności, okrucieństwa i przemocy, gdy nie wiemy co przyniesie przyszłość, a wszelkie marzenia zmieniają się w popiół. „No Soul” ma w sobie dużo kontrastów. Zwrotka ujmuje spokojem i delikatną linią wokalną wspartą akompaniamentem fortepianu. Refren jest dynamiczny, płonący ekspresją, z mocnym bel canto i soulowymi chórkami.
Tytułowy utwór „Eternal Mistake” stanowi jedną z najpiękniejszych kompozycji na płycie. Muzyka płynie niczym majestatyczny żaglowiec. Uwodzi jak zapach jaśminu skropionego poranną rosą. Przestrzenne brzmienie, barwna orkiestracja, świetlista gitara, wokal i rytm perkusji, na której gra Daniele Giovannioni, są niczym bicie serca…
W „We Are Going Home” pojawia się przejmujący duet Valerio Sgargi - Sussaną Brigatti. Ich głosy rozpinają niewidoczny baldachim pośród gwiazd, snów i szeptów. W tle rozkołysane frazy fortepianu, który po chwili wzmacnia gęsta orkiestracja. Wystarczy tylko zamknąć oczy, by wyobrazić sobie ich dwoje, trzymających się w objęciach i snujących plany pełne marzeń.
„Hero” przenosi nas w zupełnie inne realia stylistyczne. Ponownie mamy tu wspaniałego gościa. Jest nim maestro Adam Holzman. Magiczny fortepian, klawiszowe improwizacje i elektroniczne brzmienia ścierają się z pełnym ekspresji popisem Daniele. Mister Giovannoni nie ma sobie równych, gdy uderza w napięte membrany bębnów. Jego perkusja żyje milionem bytów, steruje nurtem rytmicznych narracji i przewija kolejne kadry opowieści. Nie można pominąć warstwy wokalnej. Jest ona nieco odmienna i na początku przypomina nieco manierę Layne Staleya. Utwór bogaty jest w zgrabne solówki syntezatora i zawikłane klawiszowe improwizacje.
„Passing Away” prowadzi do kresu muzycznej podróży. Wspaniała orkiestracja, soczyste riffy gitary oraz energiczna praca sekcji rytmicznej są fundamentem dla wokalnego expose Valerio Sgargi:
„Yes, it’s time. We are passing away flying down from the crown of love to the ground. We found ourselves lying on the floor close and alive. But in your eyes, there weren’t tears…”.
Zakończenie albumu to krótki temat „No Fucking Way”. Valerio swoim wysokim G może naruszyć strukturę kryształu. Spora dawka zanurzonych w chaosie riffów, ognista perkusja oraz twarda struktura basu tworzą bardzo efektowny finał albumu.
Czas na podsumowanie. Jak zawsze było mi niezmiernie miło słuchać i pisać recenzję albumu zespołu Karmamoi. Ich muzyka jest barwna niczym motyl, zaskakuje świeżością i zmiennością formy. Umiejętności tych włoskich artystów nie podlegają dyskusji. To najwyższy poziom. To, co jednak wydaje się najważniejsze, to pasja i delikatny błysk ukryty w każdej nucie - rodzaj magii, której coraz bardziej brakuje w otaczającym nas świecie. Czegoś, co motywuje i napędza szalone koło życia…
