A gdyby tak cofnąć się do średniowiecza, które potocznie nazywane jest czasem ciemnoty i zacofania? Nie, nie w celach badawczych, nawet nie w celach muzycznych, a jedynie po to, by zacytować fragment wypowiedzi Bernarda z Chartres, która (jak mi się wydaje) w pewien sposób opisuje to, co się obecnie dzieje w tzw. nowej fali włoskiego prog rocka. W fali, która rozpoczęła się w latach dziewięćdziesiątych i pokazała, że Włochy to nie tylko klasyczny Rock Progressivo Italiano (RPI)– mieszanka klasycznego rocka, rocka symfonicznego i eksperymentalnej psychodelii doprawiona włoskojęzycznymi wokalami zanurzona w muzycznych przyprawach z lat siedemdziesiątych, która pokazała, że dla wielu zespołów RPI jest doskonałym punktem wyjścia, a nie etapem końcowym.
No to zacytujmy wspomnianego Bernarda z Chartres: „(…) jesteśmy jak karły, które wspinają się na ramiona gigantów, by widzieć więcej od nich i dalej sięgać wzrokiem, i to nie za sprawą bystrości swojego wzroku, czy wysokości ciała, lecz dzięki temu, że wspinamy się w górę i wznosimy na wysokość gigantów”. Interpretacja wprost jest następująca: wszystko już było, a teraz tylko rekonstruujemy to, co już kiedyś skomponowano, nagrano i wyśpiewano. Interpretacja nieco bardziej złożona jest taka: otrzymaliśmy w „spadku” dobre podstawy, dobry muzyczny fundament, na którym teraz możemy zbudować nowe jakości zawierające takie elementy, jak upływ czasu, zmianę wrażliwości muzycznej, zmiany sposobów muzykowania. Interpretacja pierwsza to interpretacja osób, które rock progresywny nazywają „zabytkiem”. Interpretacja druga, to sposób patrzenia tych, którzy dostrzegają w tym sposobie muzykowania nowe elementy, zmiany i rozwój, choć może nie jest on linearny.
Ponieważ zdecydowanie należę do drugiej grupy i z wielką uwagą śledzę to, co się dzieje w muzyce rockowej we Włoszech proponuję, by poświęcili Państwo chwilę swego cennego czasu na posłuchanie płyty zespołu Diaspro pt. „Diaspro”. To pierwsza płyta zespołu, który istnieje od 2017 roku i, jak to często bywało, na skutek Covidu zawiesił działalność, by dopiero teraz dokończyć to, co się wtedy zaczęło. Czego można się spodziewać po tym wydawnictwie? Zespół na swoim Bandcampie pisze tak: „(…) 11 songs, 8 hand-drawn illustrations. The story of a man chasing his love, only to find himself face to face with his own shadow. Get your ticket for the quest”. Spotkanie ze swoim cieniem… Pogoń za ukochaną… Trzeba sprawdzić co się pod tymi zapewnieniami kryje.
Gdyby nie pojawiające się gdzieś tak w połowie dźwięki mellotronu i organów można by pomyśleć, że „Introduzione” to wstęp do filmowej opowieści o południowych Włoszech z lat siedemdziesiątych. Akustyczna gitara w niemal klasyczny sposób podprowadza słuchacza do pierwszej opowieści z tego krążka.
„Piccola Stazione” – mała stacja. Chciałoby się od razu dodać: gdzieś na „końcu świata”. To zarazem symbol rozstania przecudnie opowiedziany przez siedem minut, które jednak wydają się trwać i trwać z racji szeregu udanych zabiegów aranżacyjnych. Mamy tu do czynienia nie tylko ze zmianami tempa, zmianami stylów, ale, co najważniejsze i najpiękniejsze, z niezwykle urokliwą kompozycją mieszającą typową piosenkę włoską z bardzo współczesnymi progresywnymi aranżacjami.
I gdyby nie zmiana napisów w odtwarzaczu pewnie nikt by się nie spostrzegł, że bez żadnej przerwy rozpoczyna się trzeci utwór, a zarazem kolejna część opowieści o próbie odnalezienia ukochanej. „Verso La Città Grande” (W kierunku miasta). I jeżeli poprzednia opowieść jest zakotwiczona w tradycyjnym rocku progresywnym, to ta emanuje improwizacjami i typowymi dla RPI rozwiązaniami aranżacyjnymi. A łatwo dostrzegalną nowością są alternatywnie brzmiące gitary, które sprawiają, że całość nabiera alternatywno-rockowego charakteru. Ale poszukiwania ukochanej nie ustają. Brak rezultatów, zniechęcenie, bezradność… O tym jest krótka „wstawka” pt. ”Salto In Alto” (w dosłownym tłumaczeniu – „Skok wzwyż” – przyp. RP).
Delikatne skrzypce, spokojna opowieść snuta z towarzyszeniem fortepianu o bezradności, zniechęceniu, o wszystkim, co utrudnia poszukiwania. Nic nie ma sensu jeżeli ja stracę – „(…) Non ha più senso / Se perdo lei / Tragica certezza dove sei?”.
I znowu trzeba uważać. Utwór „Per Salire Su” („Aby się wspiąć”) pojawia się nagle, przerywając nastrój poprzednika. I od razu zaczyna się rockowa pogoń. To mocny rockowy utwór z ciekawie rozegranymi klawiszami. Ostre solo gitary miesza się tu z tym, co dobrze znamy z utworów włoskiego symfonicznego prog metalu.
Niczym kontrapunkt pojawia się kompozycja „Piano Rialzato” – początkowo jest to rasowa piosenka w stylu RPI, która wraz z pierwszymi dźwiękami gitary slide i brzmieniem mocnej rockowej aranżacji zmienia się niczym kameleon w rockową balladę, by następnie (w drugiej minucie) z pomocą skrzypiec powrócić do swojego piosenkowego wymiaru. I jestem przekonany, że uważny słuchacz znajdzie tu wiele innych stylów i wątków.
„Verso La Tana Di Gelso” – instrumentalna, czterominutowa kompozycja przerywa narracyjny ton płyty. Brzmi „po włosku”, melodyjnie, nieco improwizacyjnie z ciekawym brzmieniem skrzypiec i dialogiem muzycznym pomiędzy fortepianem i gitarą.
Trzy kolejne kompozycje: „Totem”, „Gelso” i „Inferno” w sumie trwają niecałe trzy minuty. Z mocą i rockową zadziornością informują słuchacza, że nie można ustawać w poszukiwaniach. Po poprzednich porcjach utworów mieszających style, nieraz dość odległe od siebie, te kompozycje to przykład „progresywnego zamieszania w stylu włoskim”: rock, kościelne organy, włoska piosenka, improwizacja, a zarazem dalsza część opowieści o bezskutecznym poszukiwaniu prowadzącym do próby rozmowy ze „swoim cieniem” – tym lepszym, doskonalszym „ja”.
Podsumowaniem, puentą tego wydawnictwa jest utwór – „Senza Di Me” („Beze mnie”). Z „włoskim” morałem: „Con parole che rendono impossibile una storia d'amore/ Come Romeo & Giulietta Cosima e Wagner Dante e Beatrice” (Słowami, które sprawiają, że historia miłosna jest niemożliwa / Jak Romeo i Julia, Cosima i Wagner, Dante i Beatrycze) – życie tak się czasami układa, że nie ma happy endu, nie ma gorącego pocałunku przed opuszczeniem kurtyny. Ale jest za to ciekawa płyta, która o tym wszystkim opowiada w sposób włoski i nie-wloski.
W sposób włoski – z typowymi aranżacjami, mocnym brzmieniem organów, gdzie to jest potrzebne, liryczną włoską piosenką o balladowym charakterze, zamiłowaniem do improwizacyjnych wstawek. W sposób nie-włoski – z zaznaczeniem wyraźnych i mocnych linii gitary, ich nieco alternatywnym brzmieniem, większym udziałem elektroniki i żywiołowością. Wielkim plusem tego wydawnictwa jest umiejętne łączenie ze sobą kolejnych kompozycji, które sprawia, że można posłuchać tego krążka jako płyty zawierającej jeden długi utwór. I choć wydaje się to być karkołomna próba dla słuchacza, to jednak może warto spróbować. Efekt… niezwykle ciekawy, ale też i próba nie jest łatwa.
Debiutancki album grupy Diaspro, to dobry przykład potwierdzający tezę Bernarda z Chartres… Wykorzystujemy poprzedników, by stworzyć coś nowego, co wcale, ale to wcale, nie jest jedynie nadbudową, a często bywa twórczą przebudową, a panowie: Dante Campora (wokal), Marcello Chiaraluce (gitary), Giovanni Giordano (gitary), Andrea Manuelli (klawisze), Bruce Muirhead (bas) i Luca Grosso (perkusja) mogą być bardzo zadowoleni ze swojej pracy.
