Bernard, Marco - Moby Dick

Rysiek Puciato

Już samo oglądanie okładki płyty „Moby Dick”, której autorem jest znany z formacji The Samurai Of Prog basista Marco Bernard, jest przyjemnością samą w sobie. Grafiki autorstwa Eda Unitsky’ego wprawiają w zachwyt swoją bajkowością i profesjonalizmem wykonania. Troska o każdy szczegół połączona z pomysłowością przedstawianych obrazów podpowiadają o tym, co czeka słuchacza, gdy już zasiądzie do słuchania tego wydawnictwa. Sama powieść, która stoi u podstaw tej muzycznej interpretacji losów kapitana Ahaba, Izmaela, Queequega, i pozostałych członków załogi statku „Pequod” jest prawdopodobnie wszystkim dobrze znana. Oto owładnięty szaleństwem dowódca sprawia, że jedynym celem wyprawy jest zemsta na wielorybie, który go okaleczył, legendarnym białym kaszalocie, Moby Dicku. Szaleńcza pogoń za kaszalotem staje się okazją do pokazania wielorybniczego rzemiosła, do przedstawienia całej ówczesnej wiedzy na temat wielorybów oraz opisem walki między uczuciami a zdrowym rozsądkiem, między wolą człowieka a przeznaczeniem. Okazją do pokazania strachu, zachowań ludzkich w obliczu niebezpieczeństwa i zwykłej człowieczej niemocy. To pomieszanie stylów, wątków, sposobów narracji sprawia, że „Moby Dick” nie jest prostą opowieścią o polowaniu, szaleństwie i losach ludzi. Nie jest jedynie powieścią przygodową lub jakimś psychologicznym traktatem o człowieku, a jednocześnie nasuwa pytanie wcale nie literackie, a całkowicie muzyczne: jak to wszystko przedstawić za pomocą dźwięków, akordów, riffów, linii wokalnych? Jak sprawić żeby słuchacz pojął grozę wydarzeń, dramat niemocy i jednocześnie poczuł moc przeżyć związanych z żeglugą pod bezkresnym niebem, polowaniem i życiem na morzu.

Od razu trzeba przypomnieć, że autor płyty nie pierwszy raz podejmuje się zadania stworzenia muzycznej opowieści na „zadany temat”. W roku 2020 przedmiotem muzycznej opowieści uczynił Guliwera. Rok później Robinsona Crusoe. Piotruś Pan stał się tematem płyty z roku 2023. W tym samym roku pojawiło się kolejne wydawnictwo czerpiące inspiracje z literatury, tym razem był to „Człowiek w żelaznej masce”. Nie jest więc zaskoczeniem kolejna próba muzycznego przedstawienia literackiej historii w postaci muzycznych impresji.

I w każdej z kolejnych prób tego rodzaju udaje się Bernardowi stworzyć atmosferę symfonicznej opowieści bazującej na perfekcyjnej grze wszystkich instrumentów przypominających dobrze znane konstrukcje klasyków muzyki. Każdy z utworów, a jest ich na tym krążku raptem sześć (wliczając w to tzw. bonus track), jest zamkniętym muzycznym rozdziałem przybierającym formę suitową. Oczywiście nie brakuje tu typowych dla rocka symfoniczno-progresywnego mocnych pasaży organowych, solowych popisów gitary czy umiejętnie wplecionych w aranżacje skrzypiec, wiolonczeli i fletu. Otrzymujemy sześć suit o niemal klasycznej strukturze brzmieniowej, których cechą charakterystyczną, jak mi się wydaje, jest delikatność i melodyjność tworzące niemal kinowy nastrój. Słuchacz czuje się jakby oglądał nie tyle spektakl teatralny, a raczej film, w którym kolejne obrazy prezentowane są w postaci krótkich migawek dźwiękowych. Uwiarygodnieniem takiego stwierdzenia jest sposób przygotowania tzw. książeczki, która oprócz tekstów i zdjęć oraz informacji technicznych zawiera niejako „odreżyserskie” uwagi pomagające zorientować się słuchaczowi-widzowi do jakiego momentu opowieści odnosi się dany utwór muzyczny. Owo „reżyserskie” wprowadzenie na przykład w przypadku pierwszej z kompozycji pt. „Loomings” wygląda tak: „(…) W pierwszym rozdziale „Moby Dicka”, zatytułowanym „Loomings”, poznajemy Izmaela, żeglarza spragnionego przygód, który postanawia dołączyć do wyprawy wielorybniczej na pokładzie statku Pequod, dowodzonego przez tajemniczego kapitana Ahaba. Rozdział ten barwnie przedstawia Nantucket, kwitnący ośrodek przemysłu wielorybniczego, a narracja Izmaela odsłania ścisłą hierarchię i trudne warunki na pokładzie statku. Ten wstęp sugeruje niebezpieczną i nieprzewidywalną podróż, która czeka załogę, gdy wyruszy w rejs”. Kolejne części tej płyty, kolejne kompozycje poprzedzone są podobnymi „podpowiedziami”.

Dalej jest już tylko muzyka i teksty. Dalej jest już tylko frapująca muzyczna opowieść o bohaterstwie i tchórzostwie, o wielkich czynach i równie wielkich zaniechaniach. Wkraczamy w świat wielorybników, świat ludzkiego szaleństwa, ludzkiego strachu, w świat morskiej przygody i zaklętego mikroświata załogi zmagającej się z codziennością życia na rozszalałym oceanie. A wkraczamy w ten świat nie byle jak - dźwiękami fortepianu, który niczym współczesny alfabet Morse’a zapowiada, że nadchodzi coś niezwykłego, że następne części opowieści zabiorą nas poza ten codzienny, widzialny świat, że przychodzi czas przygody. Proszę tylko posłuchać niemal klasycznej, orkiestrowej aranżacji w drugiej minucie. Potem jest już tylko morze, podróż, przygoda podkreślana przez organy wciągające na głębiny oceanu. Wkraczamy do krainy obsesji. „Loomings” to jednocześnie dobry obraz tego, czego od strony muzycznej należy się spodziewać po dalszych utworach. Symfoniczne aranżacje oparte na dobrze znanych progresywnych rozwiązaniach mieszających wspaniałą grę klawiszy z sekcją rytmiczną. Lekkie ujazzowienie i unosząca się melodyjność sprawiają, że jest to utwór niezwykle lekki i jednocześnie, dzięki grze fortepianu, jakoś tajemniczy.

„The Quarter Deck” – druga z kompozycji to już opowieść o obsesji. Opowieść o poszukiwaniu białego wieloryba. Oprócz „głosu” wieloryba na uwagę zasługuje ciekawie rozwiązana kwestia linii wokalnej. Wyraźnie słychać duet, choć w opisie pojawia się nazwisko tylko jednego wokalisty. A poza tym ta kompozycja „należy” do organów i skrzypiec. To one tworzą jego nerwosystem, jego dynamikę i to one wciągają swoją grą słuchacza.

Improwizacja na samym początku. Mocno symfoniczne dźwięki zaraz po niej. I wreszcie vintage’owe klawisze w drugiej minucie wraz z balladowo brzmiącą linią wokalną – tak zaczyna się trzecia z kompozycji „Fastfish, Loosefish”. Później wkraczamy na wspaniałe, utrzymane w stylu lat siedemdziesiątych terytorium lirycznej opowieści o zwyczajach wielorybników. Wspaniały i, chciałoby się powiedzieć, „singlowy” to utwór.

„The Quadrant” to nerwowe oczekiwanie na spotkanie z białym potworem odzwierciedlone także w linii muzycznej. Odważne impowizacje organów, solo fletu, mocna gitara. To zarazem ponad dziesięciominutowa kompozycja podzielona na trzy części: „The Sea Mark”, „Crossing The Equator” i „ The Thrill Of The Chase”. To muzyczny opis strachu, nerwowości i poczucia zagrożenia, a zarazem jakiegoś poczucia dumy wynikającego z udziału w tak niebezpiecznym przedsięwzięciu. I tak „pomieszany” jest ten utwór, dzieląc poszczególne frazy na delikatne i ostre, na improwizacyjne i nastrojowo-balladowe. To zarazem momenty, w których patetyczne dźwięki starają się oddać patos całej sytuacji.

Przedostatnia kompozycja z tego krążka to muzyczny opis bitwy. Opis tragedii wynikającej z obsesji. Opis konfrontacji człowieka i natury, losu i przeznaczenia. „The Chase” to marynarska pieśń o łowach na białego potwora. To połączenie melodeklamacji, krótkich śpiewanych zawołań i części instrumentalnych. Wrażenie muzycznego chaosu symbolizuje walkę z wielorybem, momenty ujawniania się szaleństwa i zatracenia rozsądku na rzecz chęci zwycięstwa z niepokonanym potworem. O jedenaście minut muzycznej swawoli mającej na celu oddanie emocji towarzyszących polowaniu.

Nieco dziwne jest to, że ostatni z utworów, „Epilogue”, jest opisany jako bonus track. „Odreżyserska” informacja podpowiada, że to podsumowanie głównych tematów powieści „Moby Dick” – obsesji, rewanżu, kompleksów ludzkiej natury. Muzycznie to instrumentalny utwór na fortepian i gitarę basową z towarzyszącymi w tle odgłosami szumu fal. Czas na zastanowienie, na przemyślenie tego, co słyszeliśmy, na zadumę nad człowieczeństwem?... – mają Państwo na odpowiedź niemal trzy minuty…

Nieco po macoszemu potraktuję dodatek, który otrzymujemy wraz z fizyczną kopią płyty „Moby Dick”. Płyta numer 2, jak pozwolę sobie ją tu nazwać, to zestaw coverów zatytułowany „Undercover Deux”. Płyta zawiera siedem utworów plus jeden. Taki podział jest moim osobistym podziałem. Dlaczego? O tym nieco później. Nie będą opisywał tego, co dzieje się na tym krążku. Bo nie da się ująć słowami autorskich „przeróbek” takich utworów, jak: „Anthem” zespołu Rush, „Good Time Bad Times” Led Zeppelin, „Uncle Remus” Franka Zappy, „Foreplay/Long Time” zespołu Boston, czy wreszcie „In The Dead Of Night” grupy UK. A to wcale nie koniec. Bo jest jeszcze niesamowita wersja kompozycji Ala Di Meoli „Race With The Devil On A Spanish Highway” i własna interpretacja „Impressioni Di Septembre” mistrzów włoskiego rocka progresywnego – grupy PFM.

Osobne miejsce, jak śmiem twierdzić, zajmuje tu kompozycja „Stories Of The Sea”, która bazuje na linii basowej zgranej przez M. Manringa – mistrza gry na bezprogowej gitarze basowej, ale w mojej opinii duży wkład w brzmienie tego utworu wniósł Marco Grieco, za co należą mu się specjalne wyrazy uznania.

W przygotowaniu tych dwóch krążków brało udział ponad dwudziestu muzyków i, aby nie pominąć żadnego, nie będę ich tu wymieniał.

Jak wypada ta kolejna próba zmierzenia się muzyki z literaturą? Bez wątpienia albumy Marco Barnarda czerpią wiele inspiracji z klasyki rocka, klasyki rocka progresywnego, jego włoskiej odmiany i… muzyki klasycznej (przynajmniej co do struktury). Przystępując do ich słuchania należy o tym pamiętać, żeby z tym większą świadomością pozwolić sobie na płynięcie wraz z kolejnymi dźwiękami. Nie są to wydawnictwa dla roztrzepanych lekkoduchów, a raczej dla swoistych koneserów wspaniałych dźwięków i pojawiających się harmonii. Nie chcę jednak powiedzieć, że to jakaś muzyka dla wybranych. To po prostu dźwięki dla wymagającego słuchacza z pewnym muzycznym doświadczeniem i… zamiłowaniem do poszukiwań nietuzinkowych rozwiązań aranżacyjno-brzmieniowych.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce