Historie opowiedziane na tej płycie krążą wokół tematów, które na odczepnego nazywamy „ciężkimi”, „drażliwymi”. Toczą się wokół słów z utworu „If Else” – szóstego w kolejności: „(…) Its getting close to midnight / No reason to exist” (Zbliża się północ / Nie ma powodu, by istnieć). Toczą się wokół słów z utworu numer siedem pt. „Inheritance” – „(…) Wishing for another day / Hoping for another way with you” (Pragnę kolejnego dnia / Mam nadzieję na kolejną chwilę z Tobą). Toczą się wokół słów z utworu z numerem trzy pt. „Null The System” – „(…) Program me into obscurity / And rewrite my lines / When I am in total disrepair / I can reload my mind” (Zaprogramuj mnie od zera / I przepisz wiersze poleceń / Kiedy będę w całkowitej ruinie / Będę mógł przeładować swój umysł). Toczą się wokół problemów samotności, uzależnienia i izolacji. Toczą się w rytm podłączania się do „sieci”, w rytm bycia postacią w cyfrowym krajobrazie, bohaterem kolejnej gry, którego jedynym przyjacielem jest inny komputerowy bohater. Logowanie – wylogowanie, życie – cyfrowa śmierć. Ten album jest o naszym uzależnieniu od technologii, maszyn, komputerowych zabawek i gadżetów, o bezsensie istnienia w świecie realnym, tym obok, tym codziennym.
„A Romance Of Many Dimensions” to już trzeci album angielskiej formacji The Paradox Twin nagrany przy współudziale i opiece artystycznej znanego z zespołów Arena, Frost*, czy In Bites – Johna Mitchella. Już ich pierwszy album z 2018 roku pt. „The Importance of Mr. Bedlam” cieszył się popularnością, a pierwszy singiel z tego wydawnictwa – „Planeta” – został mianowany do nagrody Progressive Music Awards zanim jeszcze album ujrzał światło dzienne. Drugi album – „Silence From Signals” wydany w 2021r. - ugruntował to uznanie, a w tym roku przyszedł czas na trzeci krążek pt. „A Romance of Many Dimensions” (Romans o wielu wymiarach, czy też Romans wielowymiarowy – przyp. RP). I choć o romansie w klasycznym rozumieniu tego terminu nie ma tu mowy, to bez wątpienia tęsknota za romansem, za bliskością, za poczuciem przynależności i, w ogóle, za miłością jest motywem napędzającym muzykę kolejnych kompozycji. Bohaterowi wszystkich opowieści muzycznych zawartych na krążku brakuje „czegoś”, brakuje relacji jakie nawiązuje zwykle człowiek z człowiekiem, dwoje/dwóch/dwie zakochanych… cóż zatem mu pozostaje… SIEĆ! Logowanie – wylogowanie. Generowany świat wszelkich możliwości – codzienny świat (nie)realny.
Chyba dlatego muzycznie wszystko na tym albumie jest wielka skargą i pokazywaniem niemocy. Aranżacje są delikatne, ale też melancholijno-depresyjne. Pod płaszczykiem delikatności i melodyjności kryje się cała różnorodność emocjonalna opisująca los współczesnego człowieka. Niemoc, niepokój, izolacja, odosobnienie i smutek przemieszany z niemożliwą do spełnienia tęsknotą za „drugim”, za zwykłą przyjaźnią z kimś realnym. Początkowy utwór – „Linter” - cicho i delikatnie rozpoczyna swój syntezatorowy wstęp, a rozpoczęta opowieść płynnie łączy się z następnym – „Operator”. Początek to niepokojące nabijanie rytmu przez perkusję na tle delikatnej elektroniki przypominającej przepływ informacyjnych bitów. Do tego wspaniały anathemowski wokal. Te dwie kompozycje, jak i pozostałe, zbudowane są trochę według sprawdzonej anathemowskiej recepty: wzrastająca moc linii wokalnej oraz towarzyszącego jej instrumentarium. Od delikatnej ciszy do dudniącej gitarowej ekspresji. Ale nie ma co ukrywać, to dobra recepta dobrego zespołu i … doskonale się tu sprawdza.
„Null the System” i „My Main Function” - dwie kolejne kompozycje - to muzyczny efekt sytuacji dobrze znanej ze świata komputerów. Co się dzieje, gdy widzimy słynny niebieski ekran na monitorze? Pryska delikatność, pryska opanowanie, złość zaczyna buzować w każdej komórce ciała, system nerwowy przesyła ogromne ilości impulsów do każdego mięśnia nakazując pięściom uderzenie w stół, oczy mrużą się zaskoczone nieoczekiwana sytuacją. I takie są te utwory. Mieszają delikatność z brutalną metalową zadziornością. Moc metalowych riffów miesza się ze wspaniałym duetami wokalnymi, które są najmocniejsza stroną tych kompozycji. Proszę nie zniechęcać się płynnym muzycznym gniewem wylewającym się z utworu „Null The System” bowiem następujący po nim „My Main Function”, zbudowany także wedle recepty anathemowskiej, swoim początkiem przynosi nieco oddechu. Tym razem mamy do czynienia z jednym wokalem w wykonaniu Danny’ego Sorrella, którego barwa głosu w doskonały sposób naznacza utwór narracyjnym charakterem pozwalając jednocześnie na łagodne wejście drugiej, żeńskiej linii wokalnej we wspaniałej interpretacji Sarah Bayley, która próbuje łagodzić kolejne metalowe dźwięki. I choć cały ten utwór ma swój wyjątkowy charakter, to jednak nie mogę nie powiedzieć, że końcowa, metalowa część utworu mogłaby być nieco skrócona. Poza tym duet wokalny… sposób aranżacji… brzmienie… wszystko nieco przypomina Anathemę z okolic albumu „Weather Systems”.
Nieco inaczej brzmi piąty utwór - „UI”. Bardziej rozmarzony, bardziej łagodny, spokojniejszy, delikatnie rockowy, tajemniczy. Proszę posłuchać rozwlekłych, rozciągniętych dźwięków gitary i orkiestracji w postaci gry skrzypiec. To muzyczny przełom na tym krążku. Po udanym początku i bardzo ekspresyjnych kolejnych utworach ten brzmi niczym ballada. Wręcz zadziwia, a powtarzane niczym mantra słowa: „(…) Falling away” brzmią jak wielka rezygnacja ze wszystkiego.
Następne utwory to już tylko kolejne odsłony narracyjnej pustki i izolacji. „If Else” – najlepszy na płycie – brzmieniem perkusji wyznacza depresyjny rytm, którego jedynym dodatkiem są równie smutne syntezatory. „Inheritance” – najdelikatniejszy na płycie - mami początkową grą gitary akustycznej i delikatną linią wokalną. To wspaniała czterominutowa ballada z ogromnie ciekawą aranżacją. „Pixel Shader” – wyłamuje się mocną gitarą z tego depresyjno-smutnego nastroju stworzonego przez dwa poprzednie utwory. Pół na pół instrumentalno-wokalny pulsuje elektroniką, na tle której gitara rozpoczyna swój nisko brzmiący riffowy taniec. To faza, o której marzy narracyjny bohater tego krążka – faza wymazywania tego, co było z jednoczesnym niepewnym oczekiwaniem na to, co się stanie później.
Ta płyta musi się kończyć akustyczną balladą, która brzmi jak rodzącą się nadzieja, jak przebijający się przez chmury promień słońca. „Nested Scratch” swoją lekkością niesie nadzieję i wspaniale kończy to bardzo, ale to bardzo, interesujące wydawnictwo. Jeżeli ktoś chciałby zacząć słuchanie tego albumu od utworu jasnego, pełnego nadziei, wiary i miłości to właśnie „Nested Scratch” jest do tego stworzony. To jednocześnie dobra kompozycja do zapisania na osobistej liście „must play”.
W czym tkwi moc tego albumu? W wokalnych duetach. One są magnesem przyciągającym do słuchania. Anathemowskie aranżacje zdają egzamin. Wspomniane trzy utwory z drugiej części tego krążka brzmią perfekcyjnie. Reszta nie ustępuje. Czy to wystarczy, by kogoś zachęcić do posłuchania? Tego nie wiem, ale na prawdę warto spróbować. Trio w składzie: Danny Sorrell (wokal, syntezatory, gitary, programowanie), Sarah Bayley (wokal) i Graham Brown (perkusja) pod czujnym okiem grającego na basie Johna Mitchella nagrali bardzo udany album. Naprawdę bardzo udany.
