Lubię podróżować po krainach rocka symfoniczno-progresywnego, chyba o wiele bardziej niż po jakiś innych. Nie jestem pewien czy to przyznanie się do muzycznych preferencji ma jakieś znaczenie czy też nie, ale słysząc, że utwór z jakiejś płyty ma dwadzieścia, trzydzieści minut czuję dreszcz emocji. I choć w tym przypadku, o którym szerzej będzie dalej, nie ma takich kompozycji, to jednak płyta, która pierwotnie ukazała się w roku 2012 wypełniła swoiste poczucie braku, jakie wtedy powstało. Choć dla „prawdziwej prawdy” należałoby wskazać na rok 2008 jako na moment, w którym odczułem wspomniany „brak”.
Rok wcześniej ukazał się bardzo dobry album pt. „The Sum Of No Evil” zespołu The Flower Kings ze wspaniałą okładką rybo-vana autorstwa Eda Unitsky’ego. Album nagrany w doborowym składzie: Roine Stolt, Tomas Bodin, Jonas Reingold, Zoltan Csörsz i… Hasse Fröberg. Drugi utwór z tego albumu – „Love Is the Only Answer” - to do dzisiaj czołówka mojej prywatnej playlisty (raptem dwadzieścia cztery minuty – sic!). I… zrobiła się cisza. Oczywiście zespół ruszył w trasę (listopad 2007r.), ale już z nowym perkusistą - Patem Mastelotto. W 2008 roku trasa po USA została anulowana. Jonas Reingold skupił się na pracy we własnym projekcie – Karmakanic - nagrywając płytę „Who's The Boss In The Factory”, a Tomas Bodin nagrywał płytę solową pt. „Cinematograph”. W jednym z wywiadów z tego okresu Roine Stolt powiedział: „(…) tak, prace nad kompilacją materiału na kolejny album The Flower Kings są już w toku, ale tym razem będzie to bardzo długi proces. Włożymy o 50% więcej wysiłku w znalezienie odpowiednich utworów/tekstów, a także upewnimy się, że cokolwiek zagramy, będzie w 100% wartościowe i prosto z serca, a także zagrane z precyzją i pasją. Może to potrwać rok, może dwa, ale damy wam wszystko, co kochacie w TFK i progresywnym rocku w ogóle, tylko tym razem zrobimy to jeszcze lepiej”. Słowem, nastała cisza w obozie The Flower Kings. Rok 2009 przyniósł album „The Fading Ghosts Of Twilight” zespołu Agents Of Mercy, w którym główną rolę grał Roine Stolt. Mniej więcej w kwietniu tego roku pojawia się informacja o ponownych planach nagraniowych supergrupy Transatlantic. Efektem tego „zjednoczenia” był wydany pod koniec 2009 roku porywający album „The Whirlwind” ze wspaniałą tytułową suitą (bezsprzecznie jedną z najważniejszych w historii rocka symfonicznego). Tomas Bodin założył nowy zespół – Eggs & Dogs i nagrał z nim płytę „You Are” (na basie w tym projekcie zagrał Michael Stolt). Wreszcie, panowie Roine Stolt i Jonas Reingold wzięli udział w pracach nad debiutanckim albumem formacji An Endless Sporadic. Rok 2010 to trasa zespołu Transatlantic oraz wspólna trasa po Stanach Zjednoczonych grup Karmakanic i Agents Of Mercy.
W całej tej „układance” brakuje informacji o… Hasse Fröbergu, co wcale nie znaczy, że ten muzyk skrył się w zaciszu domowym i odpoczywał. W zapowiedziach dotyczących wznowienia albumu, o którym będzie mowa już za dosłownie kilka zdań początek własnego projektu muzycznego pod nazwą Hasse Fröberg & Musical Companion (HFMC) Hasse skomentował to tak: „(…) HFMC wydali swój debiutancki album „Future Past” w sierpniu 2010 roku. W lipcu 2011 roku zespół ponownie wszedł do studia, aby rozpocząć nagrywanie kolejnego albumu, „Powerplay”, który ujrzał światło dzienne w kwietniu 2012 roku. Tym razem zespół zdecydował się na współpracę z kolegą z The Flower Kings, Tomasem Bodinem, jako współproducentem. To, co zaczęło się jako luźna i przyjemna sesja nagraniowa, nagle stało się desperackie z powodu napiętego terminu. Powodem był fakt, że HFMC otrzymało wówczas zaproszenia na dwa duże festiwale: Night Of The Prog w Loreley w Niemczech i RoSfest w Gettysburgu w USA. Album „Powerplay” pomógł zespołowi spotkać się z fanami po obu stronach Atlantyku, grając koncerty zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych”. I ponieważ od czasu wydania w roku 2012 album „Powerplay” nigdy nie był on wznawiany, dobrze się stało, że dzięki staraniom wytwórni Freia Music dostajemy do rąk, czternaście lat po premierze, zremasterowaną wersję tego fantastycznego albumu z dodatkowymi dwoma bonusami z koncertów z 2022 i 2024 roku.
Zremasterowany album „Powerplay” zawiera dziewięć utworów plus dwie wspomniane kompozycje bonusowe i mimo czternastu lat przerwy brzmi… symfonicznie, rockowo, progresywnie, fantastycznie. Od pierwszej chwili mniej więcej wiadomo czego można się po tym albumie spodziewać. „My River To Cross” – pierwsza kompozycja z płyty zaczyna się, trwa i kończy tak, jak na rasową symfoniczną kompozycję przystało: klawisze, gitara, wielogłos i wszystko, czego potrzeba, by zagospodarować muzyczne przestrzenie przez nieco ponad dziesięć minut. Napisałem wyżej „mniej więcej”, bo proszę wsłuchać się w mocne gitarowe wątki zahaczające o metalową stylistykę wspomaganą nieco chrapliwym wokalem Hassego.
Gitarowy początek utworu „The World Keeps Turning” nadaje mu rockowego szlifu. Taki sposób aranżacji jest chyba znakiem szczególnym tej płyty. Mocniejsze rockowe gitary wspomagane potężnymi akordami organów, które czarują w momentach wyciszeń i zmian tempa na te bardziej liryczne. „The Final Hour” – ta kompozycja brzmi niemal jak spokojniejsze utwory The Flower Kings. Ma w sobie delikatność i rozegranie przypominające ten zespół, a elementem wyróżniającym jest powierzenie gitarze roli wyznacznika tempa, w które dopasowują się wspaniałe organy i chórki. Tym samym tropem podąża utwór „Waves”. Brzmi elegancją i perfekcyjną aranżacją. I po prostu płynie niczym rzeka melodii, która obmywa brzegi spokojnym nurtem i romantycznym nastrojem. Proszę sobie zapętlić tę kompozycję, bo naprawdę trudno jest się oderwać od jej hipnotycznej melodii.
Nie byłem nigdy w Venice w Kalifornii, ale po wysłuchaniu utworu „Venice CA” chyba mam jakieś wyobrażenie co mógłbym tam robić…. Hmmm, niech no się zastanowię. Ten utwór to jednocześnie (moim zdaniem) pewna cezura pomiędzy progresywną a rockową częścią płyty. Zdecydowane brzmienie z posmakiem amerykańskiego rocka, rockowo-popowy refren. Po prostu dobra, melodyjna piosenka. Podobnie rzecz ma się z „Is It Ever Gonna Happen”. To po prostu rockowy pochód z mocnym, rockowym wokalem jakby podobnym do tych znanych z innych zespołów hardrockowych. Po cięższych riffach poprzedniego utworu następny – „White Butterfly” - wyczarowuje z pomocą gitary slide świat delikatnej opowieści o wewnętrznej rozterce. Choć utwór „The Chosen Ones” rozpoczyna się w podobny sposób jak „White Butterfly”, to jednak nie jest tylko „ładniutką” piosenką, bowiem wraca na tory muzyki rockowej ubogaconej przyjemnym brzmieniem klawiszy. Kłaniają się tu dobrze znane brzmienia z lat siedemdziesiątych zmyślnie pomieszane ze współczesną rockową stylistyką. Ostatnim utworem z pierwotnej wersji albumu jest kompozycja „Godsong” z jej fortepianowym początkiem ponownie przypominająca nieco symfoniczne dokonania The Flower Kings z małym, acz znaczącym dodatkiem: jakby queenowskimi wstawkami muzyczno-wokalnymi.
Zremasterowana wersja zawiera wspomniane dwa bonusy z koncertów: „White Butterfly” i „Venice CA”. Słychać wyraźną różnicę wokalną pomiędzy nagraniem z roku 2012, a tymi z lat 2022 czy 2024. Słychać, że nagrania live są bardziej dojrzałe. „White Butterfly” brzmi dostojnie, a towarzyszy mu tylko fortepian elektryczny. „Venice CA” w dalszym ciągu przyśpiesza tętno i pokazuje rockowy pazur. Toż to nagranie sprzed zaledwie dwóch lat. Obie kompozycje udowadniają, że się nie przestarzały, że w dalszym ciągu mają wyczuwalną charyzmę, podobnie zresztą jak cała płyta.
Długo trzeba było czekać na ponowne pojawienie się tego albumu w sklepach. Powiem tylko tyle: było warto, bo czyż (jak mawia porzekadło albo jakaś mądrość ludowa) oczekiwanie nie wzmaga apetytu…? I choć, co prawda, ta uszlachetniona wersja starej płyty nieco złagodziła głód nowej muzyki, to jednak go nie ugasiła. Przydałoby się coś więcej, a krążą słuchy, że cierpliwość podobno popłaca. Polecam to wydawnictwo, bo to i powrót do niemal początków grupy Hasse Fröberg & Musical Companion, a przy okazji to ciągle wspaniale brzmiąca porcja doskonałej muzyki.
