Słuchając tego albumu mogę tylko powiedzieć tyle, że jest wspaniałą okazją do podróży w czasie, że właściwie dobór utworów zaprezentowanych podczas koncertu, który znalazł się na najnowszym dwupłytowym dziele grupy Karnataka pt. „Requiem For The Night” pokrywa się z moją osobistą playlistą. Z sześciu albumów długogrających, które zespół ma na swoim koncie wybrano piosenki z tych, które najbardziej lubię i które przypominają mi dlaczego ten zespół wdarł się do szerokiej grupy moich ulubionych zespołów folkowo-neo-progresywnych.
Czyż można sobie wyobrazić lepsze intro niż połączone utwory „Karnataka” i „Road To Cairo”? Dzieli je dwanaście lat, ale pasują do siebie niemal idealnie. „Karnataka” pochodzi bowiem z mojej „najulubieńszej” płyty zespołu – „Delicate Flame of Desire” wydanej w 2003 roku, natomiast „Road To Cairo” z płyty „Secrets of Angels” (2015). Pierwszy z utworów, jak również cała płyta, z której pochodzi, to dla mnie taki „muzyczny tatuaż” wczesnej Karnataki. Tatuaż, który zbudowany jest z następujących nazwisk: Rachel Jones, Anne-Marie Helder i Heather Findlay. Te trzy wokalistki i ich wybitna współpraca na płycie to geniusz progresywnej wokalistyki. Dwugłosy, chórki… do tego brzmienie fletu oraz cudowna gra całego zespołu do dzisiaj sprawiają, że od czasu do czasu ten krążek gdzieś u mnie brzmi. Ale wróćmy do najnowszej produkcji – tegorocznego koncertowego krążka, na którym umieszczono nagrania z koncertu w Zoetermeer (Poppodium Boerderij) z 2024 roku. Co prawda już nie trzy wokalistki rozpoczynają to wydarzenie, a jedna – Sertari, lecz trzeba przyznać, że robi to w sposób cudowny, a jej pytanie: „Are you ready?” może się spotkać tylko z jedną odpowiedzią: gotowi i stęsknieni. Tak rozpoczyna się to koncertowe, wspaniałe widowisko (bowiem oprócz płyty CD zostało ono wydane także na płycie Blu-ray).
Obecna Karnataka i ta „moja” dawna, to dwa inne zespoły. Tamten, to dziewczęca delikatność, to lekkość i ulotność. Ten współczesny to jakże modna neoprogresywna moc podgrzewana przez syntezatorową kanonadę i popisujące się sola gitar. To wreszcie zbliżający się do operowych div głos w wykonaniu wokalistek. To wreszcie aranżacja spełniająca dynamiczne wymogi odtwarzaczy mp3. Ale nie stoi to na przeszkodzie, by zachwycić się nowym dziełem zespołu. O dwóch pierwszych utworach – „Karnataka” i „Road To Cairo” – już wspomniałem. Od pierwszego momentu słychać, że cały koncert będzie żywiołową prezentacją w typie… „the best of”, a rolę pierwszoplanową będzie grała gitara Luke’a Machina. Jeśli Państwo nie wierzą, to proszę posłuchać „Road To Cairo”. To tylko początek gitarowych „popisów” tego gitarzysty.
Dziesięciominutowy utwór „All Around The World” (z płyty „Requiem For A Dream” z 2023 roku) dodają do Machinowskich popisów wspaniałą grę sekcji rytmicznej. Panowie Jones i Summerfield dają z siebie wszystko, by wykreować wrażenie epickiej mocy i dramatyzmu. To, można by powiedzieć, niemal monumentalna kompozycja, w której wokal Sertari brzmi znakomicie. Ale przecież ten utwór pochodzi z płyty z 2023 roku, na której była już członkiem zespołu.
Co do „Strange Behaviour” mogę powiedzieć tylko tyle: jest siła i potęga, jest „kanonada” neoprogresywnych aranżacji, ale (w moim indywidualnym odczuciu) brakuje tej „dziewczęcości” z płyty „Delicate Flame of Desire”, z której ta kompozycja została zaczerpnięta. Wiem, że progres przynosi ze sobą zmiany, ale wspomnienia jednak pozostają zbyt silne. Choć dobrą stroną tego stanu rzeczy jest przypomnienie, że kompozycja z roku 2003 całkiem dobrze brzmi w nowej syntezatorowo-gitarowej aranżacji ze zdecydowaną linią wokalną.
„Sacrifice”, kolejny utwór wyjęty z płyty „Requiem For A Dream”, to ponownie potężnie brzmiący syntezatorowo-gitarowy majstersztyk z pozytywnie dudniącą linią basu. Nie można się tu do niczego przyczepić, to po prostu kompozycja, w której wszystko brzmi tak jak na studyjnej płycie tyle, że w bardziej żywiołowej formule.
Przedostatnia kompozycja z pierwszego krążka tego albumu – „Don't Forget My Name” – to hit tej części koncertu. Tutaj głos Sertari potrafi zmiennymi tonacjami wywołać przysłowiowe ciarki na skórze, a łkająca gitara Machina dodać całości rysu dramatycznego. A do tego wszystkiego trzeba jeszcze dołożyć syntezatorowe pejzaże zagospodarowujące tyły.
I gdy „Don’t Forget My Name” jest hitem tej części koncertu, to jego opus magnum jest niemal dwudziestominutowa symfoniczno-epicka suita „Forgiven”. To muzyka symfoniczna w najmocniejszym wydaniu i słychać, że zespół jest w szczytowej formie. Duet fortepianowo-wokalny w siódmej minucie i potem w dwunastej oraz snujące się solówki gitarowe nie tylko oblekają utwór patetycznym płaszczem, ale też uwznioślają jego przesłanie. No i jeszcze do tego prawie trzyminutowa solówka Machina… Wspaniałość.
Druga część koncertu (czyli płyta CD nr 2) zaczyna się od finałowej kompozycji wziętej z albumu „The Gathering Light” z 2010 roku. I tutaj także zespół wytacza ciężkie działo. Już na początku słychać dudy niezawodnego Troya Donockleya, a potem już tylko potok pasjonujących pejzaży syntezatorowych wyczarowywanych przez Roba Wilshera, które uwypuklają wokal i, tym razem, oszczędną lecz bardzo melodyjną grę Machina. I jakoś tak zbyt szybko mija te dziesięć minut, jakie trwa ta kompozycja.
Drugi utwór z tej części koncertu to wyjątek. „Heaven Can Wait” pochodzi z drugiej płyty zespołu pt. „The Storm” (2000) i, jakby zgodnie z tytułem, rozpoczyna się szumem fal będącym doskonałym wprowadzeniem do bardzo, ale to bardzo, stonowanej, w porównaniu z poprzednimi wykonaniami, aranżacji. Bez pośpiechu, bez muzycznej mocy, bez zdecydowanych brzmień, niemal balladowo, z krótkimi podkreśleniami akordów gitary. A rozpoczynająca się w czwartej minucie gra gitary jest najlepszą solówką Machina na tym koncercie.
Dwadzieścia pięć minut z utworem „Requiem For A Dream” rozpoczyna „życie lasu”, brzmiące śpiewy ptaków i odgłosy natury. Tak rozpoczyna się opis samotnej planety w agonii, gatunku płacącego cenę za wyrządzone szkody w stosunku do naszej egzystencji. Jedyne, co można powiedzieć o tej kompozycji, to rada: proszę usiąść wygodnie, podkręcić wszystkie regulacje głośności na full i dać się wciągnąć w wir muzyki i słów. I mieć nadzieję, że nikt, ani nic nie przeszkodzi w tej muzycznej podróży.
Czas na przedostatni utwór – „Forsaken” (z płyty „The Gathering Light”) to kolejny epicki utwór na tym krążku. To dwanaście minut czarodziejskiego spektaklu, podczas którego Sertari pokazuje swoją drugą twarz… Twarz wrażliwą, delikatną, bardzo melodyjną. Śpiewa w niższej niż poprzednio tonacji, co dodaje tej piosence więcej dramatyzmu. I jako „bonus” po raz kolejny w trzeciej minucie otrzymujemy wspaniałe solo Machina. Siedem minut majestatu gitary! Prawdziwe arcydzieło.
I wreszcie koniec – „Forbidden Dreams” (z płyty „Secrets Of Angels” z 2015 roku) kończy ten koncert. Jest mocno i rockowo… tak na zakończenie. Gitarowo… z hardrockowymi akordami. Syntezatorowo… w majestacie królewskiej szaty muzycznej. Grzmiąco… z wyraźną linią sekcji rytmicznej. Epicko… na koniec, dla utrwalenia wrażeń. Na outro… by nie zapomnieć, że uczestniczyło się w fantastycznym wydarzeniu muzycznym, które winno zadowolić każdego słuchacza. Oczywiście znajdą się malkontenci (jak ja), którym czegoś będzie brakowało, ale to dwupłytowe wydawnictwo udowadnia, że grupa Karnataka dalej jest w dobrej formie, a ich czwarte wydawnictwo live to wspaniały album i wspaniały dokument pokazujący to, co zespół ma w tej chwili najlepszego do zaoferowania.
Polecam ten album wszystkim fanom muzyki neoprogresywnej w jej epickim, nieco patetycznym, ale jakże melodyjnym i wciągającym odcieniu. I tylko proszę nie przesadzić z głośnością…
